Zacznę od tego, że Ace Combat 8: Wings of Theve ogrywałem na pececie, klawiaturze i myszy. Jedyny problem? Odpowiadanie na pytania skrzydłowych i wydawanie im poleceń, bo wymaga to przeniesienia ręki z WASD na strzałki.
Połączenie procesora Intel Core i7-12700K z 32 GB pamięci RAM oraz kartą graficzną GeForce RTX 4080 pozwoliło mi grać w rozdzielczości 2K, ustawieniach Ultra i z DLSS ustawionym na poziomie Jakość bez przeszkód. Klatki trzymały się na poziomie średnio 96 FPS, a spadki najgorszego 1% i 0,1% sięgały do odpowiednio 47 i 40 FPS, więc źle nie jest, choć w tego typu grze chciałoby się zobaczyć te średnio 140 FPS.



Liczyłem na symulator, ale nawet poziom ekspert wybacza wiele
Wizja spędzania kilku godzin na opanowaniu podstawowych ruchów zawsze odstraszała mnie od gier tego typu i stąd moje dotychczasowe obcowanie z prostszymi systemami sterowania samolotami z m.in. Battlefielda 6. Czym zupełnie innym jest bowiem latanie “jako-tako”, a wykorzystywanie pełnych możliwości danej maszyny tak, żeby samo przemierzanie przestworzy dawało frajdę. Spodziewałem się więc, że Ace Combat 8 zaskoczy mnie rozbudowanym samouczkiem i koniecznością rozgrywania specjalnych treningów, aby przestać rozbijać się o taflę wody, ale już w pierwszych godzinach okazało się, że to nie jakiś wymagający symulator samolotu bojowego, a coś znacznie bardziej uproszczonego.
Czytaj też: Nie Remaster, a Modaster, czyli dlaczego Wiedźmin 3 Remaster mnie rozczarował

Dla fanów serii zapewne nie będzie to zaskoczenie, ale dla mnie było, kiedy to nawet poziom eksperckiego pilotowania okazał się prosty w nauce i na klawiaturze zamykał się w klawiszach WASD, a do tego CTRL+Space oraz Q i E. Do tego dochodzi kwestia wybierania rodzaju amunicji (rolka albo klawisze 1-3) oraz oczywiście strzelania (LPM i PPM), z czego działko główne ma nieograniczoną ilość nabojów, a pocisków jest tyle, że głowa mała, bo tych podstawowych zwykle ponad sto, a specjalnych kilkadziesiąt, co samo w sobie mówi o poziomie realizmu.

Samo odwzorowanie maszyn, którymi latamy, jest z kolei świetne i trudno na nie narzekać. W podstawowych skórkach od razu widać, z czym mamy do czynienia, a podczas lotu nie tylko silnik, ale też aktywne elementy sterujące reagują na wszystkie nasze ruchy. Realizm jest więc tam, gdzie być powinien, a więc w miejscach, gdzie nie przeszkadza specjalnie w odbiorze gry i pozwala wystawić jeden myśliwiec z nieograniczonym paliwem na misję przeciwko kilkunastu celom.

Finalnie więc Ace Combat 8 to bardziej gra zręcznościowa, w której świetnie się lata i zestrzeliwuje kolejne cele, a dodatkowo produkcja nagradza nas za podzielność uwagi. Na ekranie dzieje się bowiem sporo, typem pocisków warto żonglować, a ciągłe rozmowy oraz informacje rozbrzmiewające w języku angielskim (ich tłumaczenie wyświetla się na górze ekranu) sprawiają podczas misji wrażenie wręcz przytłoczenia. Jak na warunki wojenne i stawkę życia oraz śmierci, kupuję tę wizję.
Kampania rozpisana na 30 misji
Z jednej strony możemy się cieszyć, że Ace Combat 8 nie oferuje po prostu 30 misji do wybrania z menu i zaliczenia aż skończymy całą fabułę. Zamiast tego (w wielkim uproszczeniu) śledzimy poczynania niedobitków uwiązanych do lotniskowca, którzy walczą o suwerenność i z czasem naturalnie zaczynają walczyć z superbronią “tych złych”. Przedstawiają nam to liczne przerywniki filmowe, tłumaczące całe to zamieszanie na świecie i wymagające od nas od czasu do czasu reakcji w formie… naciśnięcia jednego przycisku. Po co? Nie wiem. Chyba to taki trick, żeby nauczyć gracza, żeby uważał na cutscenkach.
Czytaj też: Zagraj w moją grę za darmo! Demo DIGSITE ZERO już dostępne na Steam

Sęk w tym, że ta gra w moich oczach obyłaby się całkowicie bez tych przerywników i próby zrobienia jakiejś wielkiej opowieści. Doceniam wprawdzie pomysł, intrygujące podejście do propagandy i tchnięcie w taką produkcję głębszego, artystycznego wręcz momentami przekazu, ale można byłoby to zrobić skromniej, konkretnej (krótsze i bardziej treściwe w konkrety cut-scenki) albo wręcz odwrotnie (zostawić interpretację po stronie gracza), a tym samym wyszłoby moim zdaniem lepiej. Nie potrzebuję bowiem np. najazdu kamery na zbliżające się maszyny elitarnego wroga. Wystarczy sama muzyka, która zaczęłaby rozbrzmiewać przez radio wtedy, kiedy ci wrogowie rzeczywiście nadlatują.

Zamiast tego dostajemy zatrzęsienie pokazówek, przedziwną mieszankę bohaterów, dziwaczną tajemnicę od samego początku i momentami wręcz niezrozumiałe akcje. Wszystko to śledzimy z punktu widzenia pilota, który słowem się nie odezwie, ale któremu w głowie raz po raz rozbrzmiewa głos tego, kogo zastąpiliśmy w celach propagandowych. Innymi słowy, jest to coś jak Silverhand w głowie V rodem z Cyberpunka, ale zrobiony w uproszczony sposób, a jego melancholijny głos i przemyślenia stają się z czasem nawet męczące. Ba, trudno wręcz w pewnym połapać się, o co w tym wszystkim chodzi i czy aby nie pominęliśmy kilku cutscenek. Trzy grosze do tego narracyjnego chaosu dorzuca wspomniana całkowita bezosobowość głównej postaci, która nie ma głosu, choć padają w jej stronę pytania i rozmówcy zdają się słyszeć jej odpowiedzi. Jakie? Tego nie wie nikt.


Zaznaczam tutaj jednak, że nie znam poprzednich odsłon. W ogóle. Nic nie mówią mi wszystkie te określenia związane z państwami, a przez brak znajomości filarów serii, mogę tutaj czegoś nie rozumieć. Jest więc szansa, że zostałem po prostu zasypany zbyt wieloma informacjami, które na żadnym etapie “nie zaskoczyły” i pozostawiły po sobie chaos. Nie rozumiem jednak finalnie, dlaczego twórcy w ogóle bawili się w jakieś podmianki postaci w celach propagandowych, zamiast po prostu połączyć dwie osoby w jednej i tym samym nawet zyskać większe zainteresowanie gracza przez osobistą historię głównego bohatera. Znacznie uprościłoby to odbiór całej gry, wyeliminowało problem braku głosu i finalnie sprawiło, że taka oto produkcja akcji byłaby bardziej zjadliwa między misjami.
Jak gra się w Ace Combat 8: Wings of Theve?
Kampania Ace Combat 8: Wings of Theve ma wiele misji, bo aż 30 i przez pierwszą połowę mamy wrażenie, że twórcy odpowiednio zadbali o różnorodność, ale przy 22 misji (około 16 godzinach) poczułem po raz pierwszy małe znużenie powtarzaniem tego samego. Działa to wszystko bowiem tak, że przed praktycznie każdą misją czeka na nas odprawa, na której poznajemy szczegóły akcji, cele i tym samym możemy zaplanować sobie to, jakie maszyny sprawdzą się w akcji najlepiej. O tym jednak za chwilę.


Podczas misji zwykle skupiamy się albo na zwalczaniu wrogiego lotnictwa, albo dochodzą do tego również cele naziemne i nawodne. Na każdy rodzaj sprzętu możemy zabrać specjalne uzbrojenie, bo np. bomby albo pociski przeciwokrętowe, ale główny rodzaj pocisków działa na wszystko, a do tego są samonaprowadzające i w magazynie mamy ich od groma, więc to na nich opieramy się najczęściej. Samo główne działko szybkostrzelne straciło z kolei na znaczeniu i przydaje się przy zwalczaniu celów naziemnych albo zestrzeliwaniu myśliwców, jeśli już jakimś cudem siądziemy im na ogonie, co zdarzyło mi się może kilka razy.


Z kolei sam dobór maszyn ma pozornie ogromną wagę, ale nie przywiązywałbym do tego aż tak dużo uwagi i brał to, czym lata się nam najlepiej. Przykładowo w misji skupiającej się na celach naziemnych, nie omieszkałem wybrać słynny samolot szturmowy BRRRRRT! zwany szerzej jako A-10 Thunderbolt II i… miałem problem. Bomby okazywały się często mniej skuteczne od podstawowych pocisków, a finalnie zestrzelenie wrogich dronów okazało się pod koniec misji na tyle wymagające, że musiałem powtarzać czasową sekwencje kilkukrotnie (wtedy amunicja jest w pełni odnawiana), a moi skrzydłowi nagle stracili na skuteczności. Właśnie… skrzydłowi.
Czytaj też: Właśnie to chciałem usłyszeć o Wiedźminie 4. Teraz Redzi muszą to udowodnić

W naszej ekipie znajdują się najczęściej cztery maszyny pilotowane przez trzech pilotów oraz nas. W każdym momencie możemy rozkazać pozostałej trójce atakować konkretny cel, atakować wszystko, co się rusza, bronić nas jako lidera i zezwalać na używanie amunicji specjalnej. Czy ma to wpływ na grę? Czasem tak, czasem nie, bo np. zwalczanie celów naziemnych przez towarzyszy nieraz uratowało mi całą misję po kilku próbach skończonych porażką, a wystarczyło raz po prostu spuścić ich ze smyczy, żeby część stanowisk przeciwlotniczych szybko obróciła się w perzynę, choć nawet nie kiwnąłem palcem.

Oczywiście w ramach 30 misji dostajemy dużo różnorodności, bo raz musimy zwalczyć całe lotnictwo, raz zadbać o wyczyszczenie wybrzeża, aby umożliwić desant sojuszniczym jednostkom, a w tym wszystkim nie zabrakło też akcji w stylu eskortowania czy niszczenia jak największej ilości infrastruktury w ograniczonym czasie. Najbardziej zapamiętałem zresztą cztery takie właśnie misje “innego typu”. W dwóch z nich trzeba było wyeliminować potężne pancerniki, w trzeciej uciec w samolocie-złomie między wzgórzami, radarami i pociskami, a w czwartej strącić z nieba ogromny samolot dowództwa. Pod tym względem jest różnorodnie, ale proces zaliczania celów jest już w dużej mierze powtarzalny.

Finalnie zabawa w Ace Combat 8 zaczyna maleć wraz z kolejnymi spędzonymi godzinami, kiedy to zaczynają wychodzić na wierzch coraz to większe braki gry. Na odblokowanie F-22 w specjalnym drzewku progresji (znajdziemy tam ulepszenia, bronie i konkretne samoloty) za walutę zdobywaną w misjach zależnie od naszych poczynań, czekałem długo, a kiedy już go odblokowałem, to… się zawiodłem. Pilotowanie tej maszyny przewagi powietrznej piątej generacji oczywiście jest inne, ale schemat walki pozostaje ten sam, jak w pierwszej maszynie. Sprowadza się do powtarzanej w kółko zabawy w kołowanie, robienie nagłych zwrotów, podejść do celów naziemnych i nawodnych oraz okazjonalnego wystrzeliwania flar, kiedy akurat nie mamy miejsca na szybki zwrot, a pociski depczą nam po lotkach.

Cały ten proces wygląda efektownie, sama gra jest przyjemna i dosłownie hipnotyzuje nas przez wartką akcję i fakt, że ciągle jest coś do zrobienia w powietrzu, ale… jest w tym wszystkim powtarzalna i z czasem staje się schematyczna. Przestaje nas bowiem obchodzić, czy właśnie mamy na celowniku starego MiG-a czy może myśliwiec pokroju Su-57. Zresztą sama obecność znacznie bardziej zaawansowanych maszyn w przestworzach nie jest specjalnie akcentowana, a wpływ na przebieg całej misji ma już bardziej chmura ograniczająca naszą widoczność i powodująca zlodowacenie kadłuba czy też samolot walki elektronicznej, który wpływa negatywnie na nasz radar.
Multiplayer jest, ale to opowieść na inny czas
Ace Combat 8 zachęca nas do rozpoczęcia zabawy w multi dopiero po skończeniu fabuły, a tam czeka na nas zabawa nie tylko w samolotach, ale też “osobiście” w specjalnym hubie z postaciami innych graczy. Nie spędziłem tam jednak zbyt dużo czasu na potrzeby tej recenzji, bo jak to z wieloosobowymi funkcjami bywa, są często oderwane od głównej gry i kampanii. Na pewno jest to świetny pomysł w grze o tak solidnych podstawach w zakresie głównych mechanik.







Recenzja Ace Combat 8 – podsumowanie
Przed rozpoczęciem Ace Combat 8: Wings of Theve spodziewałem się, że odbiję się od tej gry po kilku godzinach. Tymczasem wystarczyło kilka pierwszych misji, żebym zrozumiał, że przez lata zupełnie źle patrzyłem na Ace Combat. Jest to przede wszystkim bardzo przystępna gra akcji, która wojskowe maszyny, prawdziwe uzbrojenie i efektowne niebo wykorzystuje do zapewniania nam ciągłego dopływu szybkiej, widowiskowej rozgrywki. Problem w tym, że kiedy opadł pierwszy zachwyt, zacząłem coraz mocniej dostrzegać ograniczenia tego pomysłu.

Kolejne odblokowane maszyny zmieniają parametry i dostępne uzbrojenie, pogoda potrafi rzeczywiście namieszać podczas walki, a twórcy robią sporo, żeby trzydzieści misji różniło się od siebie skalą, celami oraz wielkimi starciami. Fundament pozostaje jednak praktycznie niezmienny. Po kilkunastu godzinach kolejny supernowoczesny myśliwiec i następny elitarny przeciwnik nie robiły już na mnie takiego wrażenia, bo wiedziałem, że za chwilę ponownie będę krążył za celem, czekał na namierzenie i wypuszczał kolejną rakietę.

Jednocześnie po latach pisania o samolotach wojskowych, a w tym o myśliwcach w roli głównej, zobaczenie ich wszystkich w akcji było na pewno ciekawym przeżyciem. Spodobało mi się zwłaszcza to, jak twórcy podeszli do odwzorowania maszyn, a nawet nowinek technologicznych w militarnej sferze, zamieszczając w grze drony w roli myśliwców, tak zwanych lojalnych skrzydłowych wspierających samoloty załogowe, specjalne palety z pociskami manewrującymi zrzucane przez transportowce, a nawet rzeczywiste uzbrojenie. Ode mnie za to plusik, choć od razu go zabieram za dziwaczne przedstawienie dział magnetycznych, które w Ace Combat 8 doprowadzają do wielkich kuli ognia w powietrzu.


Czy warto więc dać szansę Ace Combat właśnie od tej części? Wydaje mi się, że tak, a to zwłaszcza jeśli podobnie jak ja do tej pory omijaliście serię z przekonaniem, że to zabawa przede wszystkim dla miłośników lotnictwa.

