18 września 2026 roku amerykańskie Space Systems Command opublikowało RFI dotyczące przyszłych pojazdów kosmicznych programu VICTUS. Formalnie jest to na razie badanie rynku, a nie jakiekolwiek zamówienie, więc daleko jeszcze do stwierdzenia, że USA właśnie kupują flotę “orbitalnych łowców”. Dokument pokazuje jednak bardzo wyraźnie, jakiego rodzaju możliwości interesują dziś Space Force, czyli Siły Kosmiczne USA.
Space Force chce satelity, który będzie czekał na rozkaz
Podstawowe założenie VICTUS jest ciekawe samo w sobie. Gotowy satelita ma móc spędzić dwa lata w magazynie wykonawcy, a po otrzymaniu wezwania znaleźć się na rakiecie i wystartować w ciągu maksymalnie 14 dni. Amerykanie pytają jednak również o znacznie bardziej agresywne warianty gotowości w stylu 36 godzin, a docelowo nawet 12 godzin od rozkazu do startu w ramach celów rozwojowych. Dla mnie najciekawsze zaczyna się jednak dopiero po dotarciu na orbitę.
Czytaj też: USA zwiększają potęgę lotniskowców. Takiej broni jeszcze na nich nie było

Nowy pojazd ma wykonywać operacje RPO-D, czyli zbliżanie, manewrowanie w bezpośrednim sąsiedztwie oraz potencjalne dokowanie z innymi obiektami. Space Force wymienia niską i średnią orbitę okołoziemską oraz trajektorie prowadzące w stronę orbity geostacjonarnej. Sam pojazd ma również dysponować na tyle dużym zapasem możliwości manewrowych, aby po zakończeniu jednego spotkania zmienić położenie i skierować się do kolejnego obiektu. Minimalny próg dla układu napędowego określono na ponad 500 m/s delta-v, a najbardziej ambitny wariant przekracza 1900 m/s.
Jeszcze ciekawiej wygląda wymaganie dotyczące podejścia do celu. Dokument mówi bowiem o RPO-D z punktem najbliższego podejścia wynoszącym zero metrów w przypadku współpracujących obiektów oraz śmieci kosmicznych. Nie chodzi więc wyłącznie o przelecenie kilkuset metrów obok satelity i zrobienie mu zdjęcia teleobiektywem. Projekt ma uwzględniać również możliwość fizycznego kontaktu lub dokowania, a w tym wszystkim ten sam zestaw możliwości może służyć do inspekcji uszkodzonego satelity, serwisowania, usuwania śmieci czy rozpoznania nieznanego obiektu.

Zdolność do precyzyjnego podejścia ma jednak oczywisty charakter podwójnego zastosowania. Satelita, który potrafi kontrolowanie znaleźć się przy innym satelicie, z technicznego punktu widzenia znajduje się również w bardzo dogodnej pozycji do oddziaływania na niego oraz potencjalnie jego neutralizacji.
Taki pościg “z Ziemi na orbitę” już się odbył
Jeszcze kilka lat temu pisałem o tym, jak Space Force chce rozszerzać swoje możliwości obserwowania przestrzeni daleko poza orbitą geostacjonarną. Dziś więc oto obserwacja zaczyna potencjalnie dostawać drugi element, czyli możliwość błyskawicznego wysłania czegoś w stronę tego, co właśnie zostało wykryte. Nie jest to zresztą wyłącznie plan na 2029 rok. W czerwcu 2026 roku misja VICTUS HAZE pokazała wcześniejszą wersję tego pomysłu w praktyce. Rocket Lab otrzymał wtedy polecenie startu i wyniósł pojazd Pioneer na orbitę po zaledwie 16 godzinach i 42 minutach. Następnie satelita został uruchomiony i wykorzystany do operacji zbliżenia oraz obserwacji drugiego pojazdu uczestniczącego w demonstracji.

Czytaj też: Dron wielkości Reapera ma latać obok myśliwców. Lockheed zbuduje pięć bezzałogowców stealth
Właśnie dlatego nowe RFI traktuję poważniej niż typową prezentację możliwości “na przyszłość”. Amerykanie nie pytają bowiem przemysłu, czy coś takiego w ogóle da się zrobić. Podstawowe elementy zostały już sprawdzone. Pytanie brzmi teraz raczej, czy da się zamienić demonstrację w system, który będzie latami czekał na wezwanie i ma temu pomagać również modułowość. Space Force chce architektury niezwiązanej na stałe z jednym producentem sensorów czy wyposażenia i wymaga zgodności z otwartym interfejsem Handle. Innymi słowy, “autobus” satelity ma pozostać możliwie uniwersalny, a jego wyposażenie będzie można dopasowywać do konkretnej misji.
Orbitalny odpowiednik dyżurnych myśliwców dopiero nadejdzie
Patrzę na cały pomysł jak na próbę przeniesienia do kosmosu logiki znanej od dekad z lotnictwa. Radar wykrywa coś podejrzanego, dyżurna para dostaje rozkaz startu, przechwytuje cel i sprawdza, z czym ma do czynienia. Na orbicie wykonanie tego samego jest nieporównywalnie trudniejsze, bo trzeba mieć odpowiednią rakietę, właściwą płaszczyznę orbitalną, zapas paliwa i pojazd zdolny do bardzo precyzyjnego autonomicznego manewrowania. W tym nowym zapotrzebowaniu widać więc znacznie szerszy kierunek.
Czytaj też: Dron-myśliwiec dostał bomby, rakiety i pociski manewrujące. USA szykują mu bardzo szeroką robotę
Pisałem już o nim przy kosmicznej warstwie amerykańskiej Golden Dome, bo wygląda na to, że orbita przestaje być wyłącznie miejscem, z którego wojsko patrzy na Ziemię. Coraz częściej staje się przestrzenią, w której same satelity muszą być obserwowane, bronione, przechwytywane i w razie potrzeby szybko zastępowane. Na razie Space Force nie podało budżetu, nie zagwarantowało nawet właściwego zamówienia, a pierwsze pojazdy tego nowego typu są rozpatrywane dopiero na rok fiskalny 2029. Firmy mają czas na odpowiedź do 19 października 2026 roku.
Źródła: Space Systems Command, VICTUS, Reuters

