Czas pożegnać Micro 4/3. Ile można się ratować Canonem?

Arkadiusz Dziermański Z-ca Redaktora Naczelnego

Przez ostatnie 1,5 roku moim głównym aparatem jest Olympus OM-D E-M1 II. Przez ostatnie 1,5 roku prawie wszystkie ważne zdjęcia robię… pożyczonym Canonem. Chyba czas pożegnać się z Micro 4/3.

Olympus miał mi wystarczyć na długo. Wystarczył na kilka miesięcy

Decyzja o zakupie Olympusa była prosta. Zbliżał się Czarny Piątek, a to był wówczas najkorzystniejszy wybór z dostępnych aparatów. Nie pamiętam dokładnej ceny, ale OM-D E-M1 II w zestawie z M.Zuiko 12-40mm F/2.8 Pro kosztował naprawdę dobre pieniądze. Wygrał wówczas z Canonem EOS R i z perspektywy czasu… mądry Polak po szkodzie.

Teraz nie zrozumcie mnie źle. Olympus jest świetnym sprzętem. Robi bardzo dobre zdjęcia i sprawdza się w części mojej pracy. I właśnie tutaj jest pies pogrzebany. Bo kiedy tylko pojawił się pierwszy (jeden z kilku w historii Polski) koniec pandemii, pojawiły się nowe scenariusze zdjęć. Wraz z nimi pojawiły się pierwsze problemy. Ale może najpierw…

Za co lubię i za co można lubić Olympusa OM-D E-M1 II

Olympus OM-D E-M1 II to przede wszystkim bardzo wygodny aparat. Ma bardzo rozbudowane, ale genialnie zrobione Menu. Bardzo łatwo można tutaj odnaleźć interesujące nas funkcje. A jeśli jakaś nazwa nie do końca mówi nam, do czego to może służyć, dostajemy przejrzystą podpowiedź, co to takiego jest. Rozmieszczenie przycisków i ogólna ergonomia są genialne!

Do tego bardzo lubię sposób ustawiania ostrości. Mogę jednym przyciskiem wywołać siatkę, szybkim ruchem pokrętła zmienić jej rozmiar, a D-Padem przesunąć punkt ostrości. Brzmi to może skomplikowanie, ale kilka dni i po punktach ostrości skaczesz jak górska kozica. Oczywiście touch focus też się znajdzie, ale kompletnie go nie używam. A i przesuwane pierścienie ostrości w obiektywach M.Zuiko, włączające od razu ostrzenie ręczne, to mistrzostwo świata!

Ogółem autofocus też jest zaletą tego aparatu (za to go też czasami nienawidzę, ale o tym zaraz). Działa błyskawicznie na niemal wszystkich obiektywach. Jest celny, dobrze działa rozpoznawanie oka. To wszystko powoduje, że OM-D E-M1 II świetnie sprawdza się w fotografii produktowej. Czy to typowo studyjno-sterylnej, czy moim codziennym strzelaniu testowanego sprzętu w przeróżnym otoczeniu.

Bardzo dużą zaletą aparatu jest też stabilizacja obrazu. Zdarzało mi się, że brałem do ręki inny aparat, niespecjalnie pilnowałem stabilnej pozycji i zastanawiałem się – gdzie jest ostrość? No tak, tu nie ma stabilizacji z Olympusa. Przy stabilnej ręce, na dobrym wydechu, można pokusić się o fotografowanie z czasem otwarcia migawki na poziomie 2-3 sekund. Z ręki.

Drugim zastosowaniem, w którym Olympus bardzo dobrze się spisuje, jest szeroko pojęty zoom. W systemie Micro 4/3 ogniskową obiektywu mnożymy przez dwa. Więc popularny teleobiektyw 70-200mm występuje tutaj w wariancie 40-150mm, co jest ekwiwalentem 80-300mm. A to robi różnicę. Jeśli chodzi ogółem o fotografowanie z zoomem, dużo lepiej pracowało mi się na Olympusie, niż Canonach czy Sony. Czy były to zdjęcia produktowe, protesty (dzienne!, do tego też wrócimy), czy zwyczajnie kaczki w parku. Ale też bardzo byłem zadowolony np. z tego, jak wypadł Suzuki Jimny fotografowany właśnie obiektywem 40-150mm.

W kwestii zoomów mamy też obiektywy 150-400mm, czy 300mm, co pamiętajmy – mnożymy x2. A do tego możemy dodać telekonwerter 2x i mamy istną snajperkę do fotografowania dzikiej przyrody.

Nie jest to co prawda moim priorytetem i nie robi mi to większej różnicy, ale nie można obojętnie przejść obok wymiarów i masy aparatu. Jeśli ktoś szuka poręcznego sprzętu to w Olympusie na pewno znajdzie dobrego przyjaciela. Zaletą małych rozmiarów jest też to, że Olympus może w miejscach publicznych nie uchodzić za profesjonalny aparat.

Czytaj też: Test Hyundai Tucson Plug-In Hybrid 2021. Przestronnie i wygodnie

Za co mam dość Olympusa?

Największym problemem OM-D E-M1 II, jak i ogółem aparatów systemu Micro 4/3, jest praca w trudniejszych warunkach oświetleniowych. Jedynym ratunkiem jest wydłużenie czasu naświetlania, bo z ISO nie poszalejemy. W zasadzie już powyżej ISO 1200 robi się źle, ale do ISO 3200 można jeszcze próbować powalczyć. Im dalej, tym gorzej. A w zasadzie to tragicznie.

W związku z powyższym aparat nie radzi sobie ze zdjęciami z targów, niektórych premier czy różnego rodzaju eventów. Powodzenia w robieniu zdjęć osoby przemawiającej na scenie przy czasie naświetlania rzędu 1/15s. Podczas targów czy premier oświetlenie bywa zazwyczaj efektowne. Nie mylić z przydatnym. Tutaj często na zdjęcie ma się pojedyncze sekundy i trzeba je zrobić szybko. Kosztem np. wyższego ISO, na które w tym przypadku nie możemy liczyć.

Z czasem w naszej ofercie testów pojawiły się samochody. To pokazało kolejny problem Olympusa, jakim okazało się straszne tendencje do przestrzeliwania ostrości. Wielokrotnie fotografując auta, muszę ograniczać obszar ostrości. Bo bez względu na obiektyw aparat będzie ostrzyć na wszystkim, tylko nie na samochodzie. To nic, że jest to największy i najbliżej znajdujący się obiekt przed obiektywem. Według aparatu tło wygląda ciekawiej i koniec.

Problematyczną kwestią są też obiektywy. Jest drogo i nie ma zbyt wielu alternatyw. Dlatego też obok M.Zuiko 12-40mm F/2.8 Pro dokupiłem dwie genialne (i tanie!) Sigmy – 16 i 30mm F/1.4. Gdybym chciał skompletować idealny zestaw, obok M.Zuiko 12-40mm F/2.8, byłby to M.Zuiko 7-14mm F/2.8 Pro (do wnętrz aut i lubię szeroki kąt na wyjazdach), 25mm F/1.2 (do trudnych warunków) oraz 40-150mm F/2.8 (do eventów, sprzętu i hobbystycznie protestów/manifestacji). Cena? Aktualnie to łącznie 18 268 zł, bez 12-40mm. Dziękuję, postoję. Obiektywy Olympusa można zamienić choćby na Panasonica, ale ceny są zazwyczaj porównywalne.

No i na koniec, nie jestem fanem obrazka z Olympusa. Zwyczajnie nie czuję, że mam możliwości edycji zdjęcia porównywalne z aparatami Sony czy Canona, jak i sama obróbka zajmuje mi wyraźnie więcej czasu. Może nie umiem, nie zaprzeczę, ale to zdecydowanie nie jest to samo.

Przez ostatni rok najważniejsze zdjęcia robiłem Canonem

Za to lubię swoją pracę – mam dostęp do różnego rodzaju sprzętu. O ile tylko dana firma jest skłonna do współpracy. Canon jest bardzo pomocny i dosłownie ratował mnie nie raz przez ostatni rok. Nie ma co ukrywać, to transakcja wiązana. Ja mam do dyspozycji sprzęt, na którym mogę polegać, Canon ma recenzję w medium o bardzo dobrym zasięgu. Tak działa rynek, ale nie z każdym można się tak sprawnie dogadać.

To właśnie Canonem robiłem zdjęcia do materiałów promocyjnych na Chipa i WhatNext.pl:

Zrobiłem nim ogrom zdjęć na targach IAA w Monachium (więcej w linkach poniżej):

Premiery na targach IAA Mobility 2021. Co pokazał Mercedes, BMW i Volkswagen?
Targi IAA Mobility 2021 elektrycznymi samochodami stały. Relacja cz. 1
IAA Mobility 2021 to nie tylko auta elektryczne. Były też hybrydy

Nie wspominając już o zdjęciach do użytku prywatnego:

Doszliśmy do momentu, w którym w zasadzie przerobiłem cały najważniejszy asortyment marki. Zazwyczaj korzystałem z EOS-a R, ale zdarzyło mi się też operować EOS-em 6D Mark II, jak i EOS-em R5. Z kolei na targi Mobile World Congress pod koniec lutego pojechałem wyposażony dosłownie po uszy.

Zarówno z RF 50mm F/1.2, jak i genialnym 24-70mm F/2.8 zdążyłem się już poznać, z tym drugim nawet bardzo. Nowością dla mnie był RF 15-35mm F/2.8. Takiej ogniskowej używałem tylko w Sony i gdybym miał powiedzieć, który wypadał lepiej to… miałbym problem. Oba są równie dobre. Z takim zakresem ogniskowym zdecydowanie mógłbym pracować na co dzień. Oto kilka zdjęć z RF 15-35MM F2.8L IS USM:

Czytaj też: Jak wykorzystać sieć 5G? Wiele gałęzi przemysłu już wie jak to zrobić

Czas przesiąść się na swoje i wybór padnie… nie na Canona?

Z bólem serca, bo EOS R wpada idealnie w mój budżet. Poza tym bardzo lubię zdjęcia z Canona. Przed Olympusem bardzo długo korzystałem z EOS-a M50 (też dzięki uprzejmości Canona <3) i plastyka zdjęć z tych aparatów jest genialna. Są bardzo łatwe w edycji, mają charakterystyczne, bardzo ładne kolory. Aż chce się odpalać Lightrooma i patrzeć, co można wycisnąć z danego zdjęcia.

Niestety, o ile EOS R mieści się w budżecie, tak problemem są obiektywy. A konkretnie ich cena. Dlatego też wybór padnie na Sony i A7 III (o ile jeszcze uda się go znaleźć). Z prostej przyczyny. W cenie obiektywu RF 24-70mm F/2.8 Canona będę miał Sigmę 24-70mm F/2.8 Art, szerokiego Samyanga 14mm F/2.8 i podstawowy 50mm F/1.8. I nawet jeszcze mi sporo zostanie.

Gdyby tylko w ofercie firm trzecich wybór szkieł do Canona był choć w połowie tak dobry jak w przypadku Sony, bez wahania brałbym EOS-a R. A tak, będzie Sony. Co nie oznacza, że Canon nie będzie pojawiał się na łamach Chipa. Wręcz przeciwnie, testów na pewno nie zabraknie. Pierwszy sprzęt odbieram już za kilka dni. Co to będzie? Tego Wam nie powiem, ale cóż… jaram się! Bo jest na co czekać.