Test SsangYong Tivoli. Tani obciach? Te czasy dawno minęły

Kiedy opowiadałam znajomym o zbliżającym się teście SsangYonga Tivoli, byli albo ciekawi tego auta, albo mrużyli oczy z politowaniem. OK, byłam w stanie to zrozumieć, bo sama pamiętam czasy, gdy południowokoreański producent mocno „inspirował” się swoją europejską konkurencją. Jest to jednak przeszłość, a my skupmy się na teraźniejszości.

SsangYong Tivoli jest dużo mniejszy niż wygląda

Oglądając SsangYonga Tivoli na targach w Poznaniu, wydawało mi się, że jest autem dosyć masywnym. To samo wrażenie towarzyszyło mi, gdy odbierałam je do testu. Dopiero gdy zaczęłam nim parkować pod blokiem i zauważyłam, że bez problemu zmieścił się w tym samym miejscu parkingowym, w którym zwykle stawiam swoje Clio, coś przestało mi tutaj pasować. Sprawdziłam więc jego wymiary i okazało się, że jest mniejszy od wszystkich SUV-ów, jakimi miałam okazję jeździć! Dałabym głowę, że jest większy chociażby od Mazdy CX-30, ale okazuje się, że wcale tak nie jest. Tym, co sprawia, że Tivoli wydaje się autem o słusznych rozmiarach, jest jego wysokość – 1 613 mm. Nie jest to może wartość powalająca na kolana, ale sprawia, że Tivoli jest autem wyższym niż chociażby Honda HR-V, czy Suzuki S-Cross. Kiedy jednak spojrzymy na jego pozostałe wymiary, przekonamy się, że nie takie Tivoli wielkie, jak się wydaje. 4 225 mm długości i 1 810 mm szerokości pozwalają na zachowanie przyzwoitej równowagi pomiędzy funkcjonalnością a komfortem.

Sama bryła Tivoli jest, cóż, całkiem przyjemna. Na pewno nie jestem fanką tyłu tego auta – wydaje mi się toporny i płaski, jednak na przód patrzy się z przyjemnością. Nie ma tutaj żadnej bufonady i udziwnień – jest schludnie, prosto i estetycznie. Gdyby był pomalowany na jakikolwiek inny kolor, niż biały, byłby jeszcze ładniejszy.

Na chwilę uwagi zasługują też felgi. Jeśli zdecydujecie się na opcję z 18’’ felgami aluminiowymi, macie do wyboru dwa fajne wzory, jeśli jednak zechcecie przyoszczędzić i pozostaniecie przy 16’’… nie będzie to już tak miły widok. Tivoli nie jest autem ogromnym, ale na 16-calowych felgach wygląda pokracznie i uwierzcie – w tym przypadku rozmiar ma znaczenie.

Arkadiusz Dziermański

Z perspektywy pasażera muszę przyznać, że SsangYong Tivoli mocno przyciąga wzrok. Specjalnie obserwowałem otoczenie i zarówno piesi, jak i inni kierowcy ze sporym zaciekawieniem skanowali bryłę auta. Wbrew pozorom, jest to model, który potrafi wzbudzić zainteresowanie. Co więcej, jeszcze w przypadku żadnego testowanego samochodu ludzie nie podchodzili do nas tak często, jak w przypadku Tivoli. A co to, a jak to jeździ, a czy to dobre, bo interesuję się, ale jest mało informacji… To było duże zaskoczenie.

Ponarzekać trzeba na powłokę lakieru. Nie wiem, co jest z nią nie tak, ale oprócz tego, że brudzi się wybitnie szybko, nawet pomijając kwestię białego koloru, to strasznie ciężko się go myje. Nie pamiętam, abym miał równie duże problemy z wyczyszczeniem samochodu do zdjęć. Choć biały Tivoli wygląda elegancko, radziłbym szukać innego koloru.

Czytaj też: Test BMW i4 – radość z jazdy!

Wnętrze Tivoli miało być tanie i tandetne. Nie jest

Sylwia Januszkiewicz

Pisząc o wyglądzie Tivoli wspomniałam, że jest schludnie, prosto i estetycznie. Miło mi zameldować, że o wnętrzu mogę napisać dokładnie to samo. W zależności od tego, na jaką opcję wyposażenia się zdecydujecie, tapicerka będzie materiałowa, skórzana lub mieszana. Testowany przez nas egzemplarz był wyposażony w tą ostatnią –  tapicerka materiałowa z bokami ze skóry TPU (syntetyczna skóra produkowana z wykorzystaniem poliuretanu). Same fotele są wygodne, ale uprzedzam – siedzi się naprawdę wysoko, nawet po maksymalnym obniżeniu fotela. Przyzwyczajenie się do tego zajmuje chwilę, ale osoby cierpiące na schorzenia stawów biodrowych na pewno to docenią podczas wsiadania i wysiadania.  

Metalowa kratka na głośniku, winyl(?) dookoła klamki, kawałek skóry, miękki plastik… To wygląda dobrze!

Chociaż wnętrze jest proste i nie razi, po dokładnym przyjrzeniu się materiałom użytym do jego obudowania, widać oszczędności – mamy tutaj dużo plastiku. Wybaczcie, nie szarpałam poszczególnych elementów, żeby sprawdzić, czy nie trzeszczą, ale podczas jazdy zwróciliśmy na to uwagę – nic niepokojącego nie słyszeliśmy, więc zakładam, że wszystkie elementy zostały spasowane poprawnie.  Środkowy panel został niestety pokryty plastikiem piano black. Jak wszyscy wiemy, oznacza to permanentne zabrudzenia. Nie chce mi się tego powtarzać, bo piszę to przy każdym aucie wyposażonym w ten materiał, ale niech formalności stanie się zadość. Tak jak przy innych autach, tak i tutaj widać każdy paproch i każdy odcisk palca, a wyczyszczenie tego tak, aby nie było widać kurzu, jest po prostu niewykonalne. Chyba wolałabym plastik.

Dzięki wysokości auta nawet wysocy pasażerowie nie będą narzekać na brak przestrzeni, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Mam niewiele poniżej 180 cm wzrostu, a siedząc z tyłu, do sufitu brakowało mi dobrych kilkunastu centymetrów. Miejsca na nogi również nikomu nie zabraknie – przy mocno odsuniętych przednich fotelach mogłam rozsiąść się wygodnie. Niestety, na tym komfort się kończy. Z tyłu, poza rozkładanym podłokietnikiem, nie znajdziemy żadnych innych udogodnień. Nie ma nawet jednego portu USB, także jeśli ktoś planuje kupić Tivoli i zabierać dzieci w długie trasy, radzę zainwestować w powerbanki. Bardzo dziwnym elementem są kieszenie na przednich siedzeniach. Prawdę mówiąc, nie są to nawet kieszenie – to kilka rzędów gum, które aż się proszą o to, aby nimi postrzelać i powkurzać kierowcę. Nie wiem, po co to komu, bo nie utrzyma niczego poza ulotką, ale na szczęście można to łatwo zdjąć.

Podsumowując te wywody – po wnętrzu Tivoli da się wyczuć, że jest to auto budżetowe, ale nie będzie Was to razić po oczach. Jasne, nie znajdziemy tutaj ciętych kryształów, czy LED-owego oświetlenia zmieniającego kolory, ale rozmawiamy o aucie, które w najwyższej wersji wyposażenia kosztuje 99 990 zł, bądźmy więc rozsądni.

Czytaj też: Test Nissan Leaf. Czy miejska legenda ma jeszcze trochę… prądu w baku?

SsangYong Tivoli zaskakuje wyposażeniem. System multimedialny i nawigacja zawstydza wiele droższych aut

Kolega z pracy, po usłyszeniu ceny Tivoli, zaczął mnie bombardować pytaniami (rozgląda się za nowym autem). Wyglądało to mniej więcej następująco:

– A ma podgrzewane fotele?

– Ma.

– A kierownicę podgrzewaną?

– Też ma.

-…O. A kamerę?

– Też.

Cupholder jest bardzo płytki i ma nieco za duże otwory

Trwało to jeszcze przez jakiś czas, po czym ów kolega upewnił się po raz kolejny, czy dobrze sprawdziłam cenę. Otóż tak, kochani. Za niecałe 100 tys. zł dostaniecie w Tivoli całkiem sporo fajnych rzeczy. Poza elementami wspomnianymi wcześniej, dostaniecie dwustrefową klimatyzację, czujnik zmierzchu, deszczu, bezprzewodową ładowarkę do telefonu, 9’’ wyświetlacz centralny z systemem nawigacji, 10,25’’ wyświetlacz LCD HD w miejscu zegarów (czego nie ma w testowanym egzemplarzu), obsługę Android Auto/Apple Car Play, oświetlenie LED, relingi, czujniki parkowania, kamerę cofania, czujniki martwego pola, czy dodatkową poduszkę kolanową dla kierowcy. Jest tego trochę więcej, ale już to, co wymieniłam powyżej, pokazuje że w Tivoli nie ma biedy! Poza tym wiele z tych elementów działa naprawdę sprawnie!

Jakiś czas temu testowałam auto, którego nazwy tutaj nie wymienię i krytykowałam producenta za wrzucenie do niego elementów wyposażenia, które w teorii są fajne, tyle że w przypadku testowanego pojazdu, były po prostu niedorobione i bardziej wkurzały, niż pomagały. Nie tym razem. Tivoli został wyposażony w naprawdę wysokiej jakości kamerę cofania, która zachowuje prawidłową perspektywę i nawet przy słabym oświetleniu pozostaje użyteczna.

W przypadku nawigacji jest tak samo. Zazwyczaj testuję ją bardziej z poczucia obowiązku, niż z ciekawości, bo na co dzień posługuję się mapami Google (Android Auto w Tivoli uruchamia się praktycznie od razu po podłączeniu kabla USB). Tylko dwóch producentów przekonało mnie do swoich produktów, u reszty zazwyczaj działa to z prędkością żółwia i skutecznością rządowej tarczy antyinflacyjnej. W przypadku SsangYonga było… bardzo dobrze! Mapy były czytelne i działały nadspodziewanie płynnie, pozostawiając daleko w tyle analogiczne funkcjonalności zastosowane u większości konkurencji. Nissan Leaf – auto fajne, ale kosztujące ok. 200 tyś. zł, nie mogłoby się pochwalić nawet w połowie tak płynną nawigacją jak SsangYong Tivoli. Ta płynność działania nie dotyczy tylko nawigacji – całe menu jest szybkie i sprawne, ktoś tutaj postarał się o komfort użytkowników.

Niestety, wyłącznie użytkowników znających angielski. Nie mamy tutaj opcji ustawienia polskiego języka i to jest moim zdaniem jedna z większych wad auta. Jasne, jeśli ktoś posługuje się angielskim nawet w ograniczonym zakresie, ogarnie to menu, ale dla osób, które tego języka nie znają, może to być przeszkoda nie do pokonania. Jak racjonalnie wytłumaczyć osobie starszej, która w szkole uczyła się rosyjskiego i nigdy nie potrzebowała znajomości języka angielskiego, że w Tivoli nie ma menu po polsku? Trochę słaba opcja.

Podsumowując – producent ewidentnie wyszedł ze słusznego założenia, że jeśli w coś Tivoli wyposaża, ma to działać dobrze. Jeśli nie działa dobrze, nie ma sensu tego upychać i sztucznie podbijać ceny. Sprawdziliśmy wszystkie elementy, które wymieniłam wyżej (oczywiście poza poduszką powietrzną 😊) i, poza angielskim menu, nie byliśmy w stanie przyczepić się do niczego.

Czytaj też: Test KIA Sportage MHEV. Nie bez powodu jest tak popularna

Bagażnik – jest. Ale jak się otworzy klapę to go prawie nie ma

Do tej pory głównie chwaliłam Tivoli, ale żeby nie było zbyt kolorowo – bagażnik ma pojemność 427l. W wyższych wersjach wyposażenia mamy podwójną podłogę bagażnika – w tej konfiguracji, z rozłożoną roletą, zmieścimy dwie średniej wielkości torby podróżne i….koniec.

Jeśli złożymy podłogę i roletę, miejsca jest więcej, ale nie oszukujcie się – bagaży czteroosobowej rodziny na dłuższy urlop nie upchniecie. Trzeba się ratować bagażnikiem dachowym, albo brać Tivoli Grand.

Czytaj też: Test Opel Mokka-e. Miejski maluch, który udaje dużego

SsangYong Tivoli to nie jest wyścigówka. Za to pali jak smok

Tivoli jest dostępny w dwóch wersjach silnikowych (benzyna) – 1.2 T-GDI o maksymalnej mocy 128 KM przy 5 000 obr./min i momencie obrotowym 230Nm w zakresie 1 750 – 3 500 obr./min, oraz 1.5 T-GDI o maksymalnej mocy 163 KM przy 5 000 – 5 500 obr./min i momencie obrotowym 260 (AT) lub 280 (MT) Nm w zakresie 1 500 – 4 000 obr./min.

Ponieważ auto lekkie nie jest, taka konfiguracja raczej nie wyrywa z kapci. Testowaliśmy Tivoli z silnikiem 1.5 w automacie i bywały momenty, w których irytowałam się na przyspieszenie. Nic nie dawało nawet wciśnięcie gazu w podłogę, bo wtedy pojawiała się turbodziura, a kiedy zjawisko mijało, Tivoli bardziej wył, niż przyspieszał. Co prawda auto zostało wyposażone w tryb jazdy Sport, ale osobiście nie zauważyłam różnic w prowadzeniu. Mało tego, podczas jednej z moich kwiecistych przemów, pasażer włączył ten tryb i musiał mi o tym powiedzieć – sama się nie zorientowałam, bo i nic się nie zmieniło. Przy manualnej skrzyni zapewne dałoby się jeździć bardziej dynamicznie, ale działoby się to kosztem piłowania auta, a przecież nie tędy droga.

Tivoli jest autem dla bardziej statecznych kierowców. Zdecydowanie. Jeśli żyjecie spokojnie, jeździcie spokojnie i zazwyczaj nigdzie Wam się nie spieszy, będziecie zadowoleni. Jeżeli natomiast żyjecie w zatłoczonym mieście i każdy dzień to walka z czasem i korkami, może być różnie. Da się to auto zmusić do jakiejś tam dynamiki, ale będziecie za to bardzo słono płacić. Dosłownie.

Podczas jazdy w mieście, gdy stania w korkach i jazdy było mniej więcej po połowie, Tivoli spalił 10,3l/100 km. Wersja 1.5l z napędem na jedną oś i automatyczną skrzynią biegów spala według producenta 8,1 l/100km w cyklu miejskim. Ostatecznie udało mi się osiągnąć taką wartość, ale był późny wieczór, bardzo mały ruch i musiałam się pilnować, aby przyspieszać bardzo spokojnie, bo przy każdym mocniejszym wciśnięciu pedału gazu spalanie skakało niemiłosiernie. Podczas jazdy pozamiejskiej auto w testowanej konfiguracji powinno spalić ok. 6,2 l/100km. Próbowałam, uwierzcie.

Na autostradzie, przy prędkościach rzędu 120 – 140 km/h Tivoli spalał średnio 9,3 l/100km. Może gdyby jazdę pozamiejską sprowadzić do jeżdżenia po drogach z ograniczeniami rzędu 90 km/h, udałoby się, ale na trasach szybkiego ruchu, nie ciągnąc się za TIR-ami, nie ma szans. Dobrą wiadomością jest to, że istnieje możliwość nabycia egzemplarza z LPG, więc istnieje szansa, że nie będziecie płakać podczas tankowania.

Czytaj też: Test Nissan Townstar. Praktycznie do granic możliwości?

Podsumowując temat – albo jeździcie spokojnie i w miarę ekonomicznie, albo katujecie siebie, samochód, jeździcie trochę dynamiczniej i bardzo nieekonomicznie. Albo bierzecie egzemplarz z gazem.

Co jeszcze mogę powiedzieć o tym, jak się prowadzi Tivoli? Na pewno warto wspomnieć, że ma bardzo miękkie zawieszenie. Osoby, które lubią „płynąć” podczas jazdy, będą zadowolone. Tak samo będą zadowolone osoby, które preferują lekkie układy kierownicze. Chociaż osobiście jestem przeciwniczką kręcenia kierownicą jedną ręką, osoby, które preferują ten styl prowadzenia, będą Tivoli zachwycone. Co prawda na trasie, przy wysokich prędkościach bywa to utrudnieniem, ale w mieście – bajka.

Czytaj też: Test BMW iX. To najmądrzejsze BMW w historii

SsangYongów powinno być więcej na polskich drogach. Tylko to spalanie…

SsangYong Tivoli na pewno nie jest autem wybitnym, ale przyznaję bez bicia, że bardzo miło mnie zaskoczył. Jak na auto, którego ceny mieszczą się w granicach 66 990 – 99 900zł, jest zaskakująco dobrze wyposażony, a to, co w nim zainstalowano, działa sprawnie i przyjemnie się z tego korzysta.

Jasne, nie jest pozbawiony wad – sama irytowałam się przyspieszeniem, ale to dotyczy mnie. A takie osoby jak ja nie są docelową grupą nabywców tego pojazdu. Jest to auto dla statecznych, spokojnych kierowców, którzy cenią sobie pewne udogodnienia, ale nie mają zamiaru płacić za nie grubych tysięcy. Możemy na tę markę narzekać i wypominać jej potknięcia z przeszłości, ale biorąc pod uwagę dzisiejszą rzeczywistość ekonomiczną, radziłabym raczej schować dumę do kieszeni, spojrzeć na sprawę nieco bardziej obiektywnie i samodzielnie sprawdzić, czy taki SsangYong straszny, jakim go malują. Możecie się bardzo mocno zdziwić i co ważne – po zakupie nie trzeba czekać rok na odbiór auta.