Canon PowerShot V1 jest wykonany lepiej, niż się wydaje i świetnie leży w dłoni

Podczas pokazu przedpremierowego kilka miesięcy temu miałem bardzo mieszane uczucia co do wykonania nowego PowerShota. Wydawał mi się dziwnie plastikową, lekką, niemal pustą w środku puszką. Trochę jak w przypadku starych aparatów kompaktowych, albo Sony ZV-1F. Prawdopodobnie dlatego, że tego dnia obok V1 miałem też w rękach inne, znacznie cięższe aparaty.

Canon PowerShot V1 zdecydowanie zyskuje przy bliższym poznaniu. Tak, obudowa jest wykonana głównie z tworzywa sztucznego. Twardego, bardzo dobrze spasowanego i choć jak na aparat jest lekki, to jak na mały kompakt swoje waży (426 gramów). Czuć go w ręce, co działa na jego korzyść przede wszystkim podczas filmowania.

Dużym plusem jest spora ilość gumy. Choć grip jest niewielki, jest wzorowo wyprofilowany, a dodatkowo mamy wypustkę pod kciuk na tyle obudowy. Dzięki temu aparat dosłownie przykleja się do dłoni i użytkowanie go jedną ręką jest bardzo wygodne.

Konstrukcyjnie wszystko jest na swoim miejscu, a uwagę może przyciągać kratka na lewym boku. To wlot powietrza, którym zasysane jest do wnętrza, co chłodzi podzespoły, głównie podczas długiego nagrywania wideo. Dodajmy jeszcze, że obudowa nie jest w żaden sposób uszczelniona.
Czytaj też: Canon EOS R50 V to świetny sprzęt. A Ty dalej nagrywasz smartfonem?
Canon PowerShot V1 to prosty aparat, ale bez przesadnego upraszczania obsługi

Rzeczą, której nienawidzę w tańszych, prostszych aparatach jest upraszczanie obsługi do granic możliwości. Do tego stopnia, że osoba mająca jakieś pojęcie o obsłudze biorąc taki sprzęt do ręki, nie bardzo wie co tu do czego służy.
Canon PowerShot V1 obsługuje się, dosłownie, jak dowolny inny aparat Canona i chwała producentowi za to. Mamy tu takie same Menu główne, jak w aparatach kosztujących nawet i dziesięć razy więcej, mamy takie same szybkie Menu, tak samo działają skróty – wszystko jest na swoim miejscu i w zasadzie tak to powinno wyglądać.

Oczywiście elementów sterujących mamy mniej, niż w klasycznym bezlusterkowcu. Na górze obudowy znajdziemy włącznik, pokrętło trybów, suwak zoomu połączony z przyciskiem migawki oraz przycisk uruchamiający nagrywanie wideo.

Z tyłu mamy dwa programowalne przyciski, D-Pad otoczony obracanym pierścieniem oraz przycisk Menu i wywołujący galerię. Całość uzupełnia obracany pierścień wokół wysuwanego obiektywu, z opcją zmiany funkcji. Zmienia się też ona w zależności od trybu, np. w manualnym jest to zmiana przysłony, w TV zmiana ogniskowej.
To wszystko w pełni wystarcza do bardzo wygodnej obsługi aparatu w praktycznie każdym zastosowaniu.
Czytaj też: Recenzja Canon EOS R1 – ten aparat pozwala legalnie oszukiwać
Canon PowerShot V1 ma klasyczny dla Canona, krzywo-obracany ekran

Canon PowerShot V1 jest wyposażony w 3-calowy ekran dotykowy o rozdzielczości 1,04 mln punktów z 5-stopniową regulacją jasności. Jest odchylany i obracany, klasycznie dla Canona… krzywo. Czyli po otwarciu nie jest on ustawiony równolegle do obudowy, tylko delikatnie od niej odstaje. Canon już tak ma i trzeba się do tego przyzwyczaić.

Bardzo dobrze przemyślano konstrukcję ekranu pod względem otwierania. Mamy do tego lekkie wgłębienie w obudowie. Jest duże, umieszczone tak, że ręka trafia tam intuicyjnie. Mała rzecz, a bardzo usprawnia obsługę.

Obsługa aparatu może być dotykowa, choć osobiście za tym nie przepadam. Ale do szybkiego ustawienia punktu ostrości, szczególnie w takim kompaktowym aparacie, bywa to bardzo przydatne.
Ekran jest dobrej jakości, z szerokimi kątami widzenia i przyzwoitą jasnością. W większości przypadków 3. poziom jasności w zupełności wystarcza, ale w silnym słońcu warto go podbić przynajmniej do 4. poziomu.
Czytaj też: Test monitora AOC AGON Pro AG346UCD
Specyfikacja to coś, czym Canon PowerShot V1… nie rozpieszcza

To jest moment, w którym aż prosi się o porównania do PowerShota G7 X III, ale spokojnie, do niego jeszcze przejdziemy. Póki co skupmy się na modelu V1.
Aparat jest uzbrojony w matrycę CMOS w rozmiarze 1.4 cala o rozdzielczości 22,3 Mpix. Obiektyw ma ogniskową 16-50 mm (w przeliczeniu na pełną klatkę) i zmienną przysłonę w zakresie f/2.8-f/4.5. Do tego mamy wbudowany filtr ND, który możemy łatwo uruchomić np. z poziomu szybkiego Menu.

Autofocus (Dual Pixel CMOS AF II) oferuje aż 651 punktów i ostrzenie od 5 cm dla ogniskowej 16 mm oraz od 15 cm dla 50 mm, co jest bardzo ciekawym wynikiem. Automatycznie rozpoznaje twarz, oczy, zwierzęta oraz pojazdy.
Do tego warto wspomnieć o zdjęciach seryjnych w maksymalnie 30 klatkach na sekundę (z migawką elektroniczną) oraz nagrywaniu filmów w 4K przy 60 klatkach, ale z cropem.
Czytaj też: Test Xiaomi Redmi Note 15 Pro+ – reklamę, milordzie?
Canon PowerShot V1 w praktycznym użytkowaniu

Wiemy już, że Canon PowerShot V1 świetnie leży w dłoni, co jest już dobrym początkiem. Okres testów przypadł na powrót zimy jak sprzed lat, więc bardzo chwaliłem sobie gumowe wstawki na obudowie, bo nawet przy mocno zmarzniętych dłoniach trzymało mi się go bardzo pewnie. Choć przyciski są nieduże, całkiem wygodnie obsługiwało mi się aparat również w rękawiczkach, choć oczywiście nieprzesadnie grubych.
Podczas fotografowania na pewno od razu każdy zauważy świetnie działający autofocus. Do wyboru mamy autofocus pojedynczy, ciągły (Servo) oraz AI. Ustawienie ostrości działa wzorowo i nie jest to ten sam poziom, co we flagowych bezlusterkowcach, ale V1 niewiele do niego brakuje. Rozpoznawanie obiektów działa bardzo dobrze, podobnie jak śledzenie. Nawet jeśli nasz obiekt zostanie przysłonięty, autofocus nadal stabilnie trzyma się odpowiedniego punktu. Co przydaje się podczas filmowania, kiedy chcemy zrobić ujęcie zza krzaczka, czy lekko przysłonić interesujący nas obiekt. Nie musimy się przy tym obawiać, że ostrość będzie nam przeskakiwać tam, gdzie nie chcemy. Samo ostrzenie jest też bardzo szybkie.

Canon PowerShot V1 nie lubi przesadzać z ISO. Co przyznam, że nieco mnie zaskoczyło, bo spodziewałem się, że przy tych parametrach obiektywu wystarczą minimalnie gorsze warunki oświetleniowe i automat podbije ISO do nieprzyzwoitych wartości. Na zdjęciach w formacie JPEG algorytmy odszumiania działają sprawnie i nawet do ISO 6400 zdjęcia są przyzwoitej jakości. Przy RAW-ach po odszumianie trzeba sięgać czasem nawet przy ISO 800, przy 1600 lub więcej jest to już pozycja obowiązkowa podczas edycji.
Algorytmy Canona przy JPEG-ach mają nad czym pracować. Przy zdjęciach RAW dystorsja obrazu jest przeogromna, czemu towarzyszy też spore winietowanie. Jest to do skorygowania, nawet przez włączenie odpowiednich profili w aparacie, niemniej… jest grubo! Co ciekawe, najlepsze zdjęcia uzyskamy przy krótszych ogniskowych. To tam mamy najlepszą ostrość i najwięcej szczegółów poza centrum kadru.

Aparat trzeba pochwalić za bardzo dobrze działający balans bieli. Nawet w trudniejszym oświetleniu spisuje się solidnie, a dodatkowo możemy włączyć priorytet bieli w naprawdę ekstremalnych sytuacjach dla lepszej korekcji, co zdecydowanie się sprawdza.
Zdjęcia RAW są bardzo plastyczne i co ciekawe, swoje ważą, bo pliki mają po ok 50 MB każdy. Możliwości edycji są więc duże i można uzyskać bardzo ciekawe efekty, dopasowując zdjęcia do własnych preferencji.
Mimo wszystko tym, co najlepiej wychodzi modelowi V1 jest nagrywanie filmów. Szeroka ogniskowa idealnie nadaje się do vlogowania z ręki, czy to w pionie, czy w poziomie. Do dyspozycji mamy nagrywanie w LOG-u, są dostępne różne profile kolorystyczne i bardzo sprawnie działająca stabilizacja obrazu. Pomaga przy tym również obracany ekran, a do pełni szczęścia brakuje tylko gwintu statywowego na boku do pionowego zamocowania na statywie, jak w modelu R50V.
Zdjęcia przykładowe (edytowane):































Czytaj też: Test Google Pixel 10 – smartfon nie topowy, za to bezproblemowy
Canon PowerShot V1 czy PowerShot G7 X III? Na który się zdecydować?

Canon PowerShot G7 X III jest na rynku już od lat i na dobrą sprawę do dzisiaj nie doczekał się następcy. Nie nazwałbym nim modelu V1, bo jest to aparat o zupełnie innym przeznaczeniu.

Canon PowerShot V1 jest cięższy (426 vs 304 gramy), ale to G7 X III jest zrobiony ze zdecydowanie przyjemniejszych w dotyku materiałów. Po stronie modelu V1 mamy:
- większą matrycę – 1 vs 1,4 cala,
- o minimalnie wyższej rozdzielczości – 22,3 vs 20,1 Mpix,
- lepszą stabilizację obrazu – 4 vs 5-stopniowa,
- nagrywanie w 4K w 60 klatkach (z cropem),
- lepszy autofocus – więcej punktów, wsparcie AI, rozpoznawanie większej liczby obiektów, 100% pokrycia kadru,
- lepsze zdjęcia seryjne z autofocusem – do 30 vs do 8,3 klatek na sekundę,
- obracany ekran,
- większą baterię – na 400 vs na 265 zdjęć.
PowerShot G7 X III to z kolei:
- jaśniejszy obiektyw – stałe f/1.8-f/2.8 vs f/2.8-f/4.5,
- szerszy zakres ogniskowych – 24-100 vs 16-50 mm.

Canon PowerShot V1 jest aparatem nowszym i pod wieloma względami lepiej wyposażonym, ale różnica cenowa względem G7 X III jest niewielka. Pierwsze kosztuje obecnie ok 4 000 zł bez kilku złotych, drugi jest coraz trudniej dostępny, a jego ceny wahają się obecnie od 4 000 do nawet 5 000 zł. W takim razie, który wybrać?
Jeśli priorytetem są zdjęcia i to one stanowią 80-90% materiałów, jakie realizujesz aparatem, a szukasz przy tym sprzętu kompaktowego i uniwersalnego, to mimo wszystko postawiłbym na PowerShota G7 X III. Jaśniejszy obiektyw i szerszy zakres ogniskowych dają tutaj znacznie większe możliwości.

Canon PowerShot V1 powinien za to trafić w ręce osób, które albo więcej i częściej kręcą wideo niż robią zdjęcia, albo robią zdjęcia i filmy jednocześnie. To świetny sprzęt do vlogowania, który pozwala bardzo łatwo nagrywać się z ręki i robić to na poziomie znacznie wyższym, niż w przypadku smartfonów.
Choć Canon PowerShot V1 to nadal moim zdaniem sprzęt dziwny, bo trudno jest go klasyfikować jako następcę bardzo udanego PowerShota G7 X III. Mam jednak wrażenie, że Canon też nie próbuje go w ten sposób przedstawiać, bo jest to aparat o zupełnie innych zastosowaniach, który śmiało możemy określić urządzeniem hybrydowym. Który ma sprawdzić się do fotografowania i filmowania, z lekką przewagą tego drugiego. I o ile tak będziemy go traktować – zdecydowanie się sprawdzi w swojej roli.