Test Isuzu D-Max Arctic Trucks – lepszego auta na atak zimy nie mogliśmy trafić

Isuzu D-Max Arctic Trucks (AT35) to zmodyfikowana wersja popularnego pick-upa, która ma wiele ciekawych właściwości. Odstraszających, przetrwania, przekraczania granic… długo można by wymieniać, więc zapraszamy do testu auta, którym chcielibyście jeździć zimą, a i nie pogardzilibyście nim podczas apokalipsy zombie.
...

Isuzu D-Max Arctic Trucks zdobywa 11 na 10 punktów w kategorii męskie auto

Arkadiusz Dziermański
Zdjęcia – Arkadiusz Dziermański, CHIP Polska

Isuzu D-Max Arctic Trucks, dzięki przeprowadzonym modyfikacjom, wygląda zwyczajnie epicko. Straszy i budzi podziw jednocześnie, więc raczej nikogo nie dziwi informacja, że dosłownie nie przejedziecie nim niezauważeni. Raz, że jest małym autobusem, a dwa, że bardzo przyciąga wzrok.

Zacznijmy od wymiarów, które po modyfikacjach wynoszą 5 265 mm długości, 2 040 mm szerokości i 1 875 mm wysokości, a rozstaw osi to 3 125 mm. Patrząc na długość i szerokość – to nie jest dużo. Ale w połączeniu z tą wysokością i ogólną masywnością auta, Isuzu D-Max Arctic Trucks wydaje się o połowę większy. No ok, może 30%.

Pozostając przy wymiarach, wysokość jest nieco oszukana i trzeba o niej pamiętać, bo wjazd do parkingu podziemnego o wysokości w metrów może okazać się niemożliwy. Jeśli zjazd jest stromy, tył nam się podniesie, a że rozstaw osi jest potężny, to zabudowa bagażnika może się nie zmieścić. Raz zatrzymała nas w ten sposób belka wisząca przed wjazdem, która pozwala sprawdzić, czy auto się zmieści.

A jeśli się zastanawiacie, jak wygląda odśnieżanie takiego auta to od razu mówię, że to nie jest zabawa dla ludzi o średniej sprawności fizycznej. O ile śnieg z dachu da się zebrać stojąc na progu, tak do zabudowy bagażnika potrzebna jest drabina, bardzo długa szczotka, albo trzeba to robić dosłownie stojąc na tylnym kole. A i tak sięgałem dosłownie na styk, mając 183 cm wzrostu.

Co obejmują modyfikacje wprowadzone przez Arctic Trucks? Pod względem wizualnym są to 17-calowe felgi i opony terenowe 315/70. Nadkola są potężnie poszerzone, gdzieś te opony trzeba zmieścić i zostały polakierowane. Zmodyfikowane są też stopnie boczne, zderzak, błotniki i nadkola są trymowane oraz zainstalowane zostały chlapacze. Trochę to pomaga, ale i tak jadąc mokrą drogą za tym bydlakiem będzie na Was chlapać jak spod Tira.

Czytaj też: Test Isuzu D-Max – twardy, ale czy nie za toporny?

W środku Isuzu D-Max Arctic Trucks prawie niczym nie różni się od wariantu podstawowego. Szczelność wypadałoby poprawić

Przyznaję bez bicia, że zrobienie zdjęć wnętrza Isuzu D-Max Arctic Trucks mnie przerosło. Jak tylko się za to zabierałem to albo padało, albo wiało, albo wiało i padało, więc zamiast pokazywać Wam deskę rozdzielczą obsypaną śniegiem, będziemy się posiłkować letnimi zdjęciami podstawowego D-Maxa. Tym bardziej, że wizualnie auta różnią się tylko jednym szczegółem i jest to grafika prędkościomierza na ekranie kierowcy, ale jest to bardzo kosmetyczna różnica.

Raczej nikt się nie zdziwi, że we wnętrzu Isuzu D-Max Arctic Trucks jest bardzo przestronnie. Dzięki zmodyfikowanym, wyprofilowanym progom wejście do środka jest bardzo łatwe i te uchwyty na słupkach. A to nie jest wcale niewinna dekoracja. Bez tego możecie mieć problem z wdrapaniem się na górę.

Fotele są ogromne, regulowane elektrycznie po stronie kierowcy i manualnie po stronie pasażera oraz bardzo wygodne. Miękkie i choć nie mają usportowionego charakteru czy mocno wystających boczków, dobrze trzymają na nierównościach. Co ciekawe, po przejechaniu blisko 1 000 kilometrów na fotelu pasażera w D-Maxie czułem się o wiele bardziej komfortowo niż w testowanej przed nim Omodzie 9. Ilość miejsca i wygoda fotela są wypadają w Izusu o wiele lepiej.

Wnętrze jest przyzwoicie wykonane. Bez szaleństw, ale ze sporą ilością skórzanych wstawek przeplatanych plastikowymi wstawkami. Ruchome elementy, jak uchwyty na napoje czy nawiewy skutecznie przypominają nam, że to nie jest marka premium, niemniej trudno wykonaniu cokolwiek zarzucić.

Trudno też mówić o wyciszeniu w aucie o aerodynamice przystanku autobusowego, z wielkimi terenowymi oponami i dieslem pracującym jak w autobusie. Do tego stopnia, że nawet maksymalny nawiew na szybę jakoś specjalnie nie przeszkadza, a podczas ujemnych temperatur okazał się niezbędny. Przy klimatyzacji ustawionej na 21 stopni i ujemnej temperaturze na zewnątrz, bez nawiewu na szybę zaczynała zaparowywać co 5-7 minut.

Na tylnej kanapie jest dużo miejsca i jak wspominałem przy okazji testu podstawowego D-Maxa, dużym plusem jest dobre nachylenie oparcia, przez co podróżuje się tu o wiele wygodniej, niż w terenowych autach Forda. Dzięki temu, że jest tu sporo miejsca na nogi mamy paradoksalnie dużo miejsca na… bagaże. Szczególnie mniejsze rzeczy typu walizki, plecaki czy zakupy, chyba że odpowiednio przygotujemy na nie miejsce z tyłu.

Zabudowa paki jest wykonana z solidnego metalu. Do środka możemy się dostać z tyłu, ale też po bokach. Klapy otwierają się do góry, ale bocznych niestety Wam nie pokażemy, bo… zamarzły w nich zamki. I tak, każda z klap ma osobny, klasyczny zamek zamykany kluczem oraz do otwarcia wymaga przekręcenia mechanizmu, który śmiało możemy nazwać klamką.

Wymiary wnętrza są różnie podawane i długość to 1 485 – 1 495 mm, wysokość 465 – 490 mm, a między nadkolami mamy 1 100 mm szerokości, więc mieści się tu europaleta. To, jak można wykorzystać zabudowę, zależy w zasadzie tylko od fantazji i pomysłowości właściciela auta.

Czytaj też: Test Omoda 9 Super Hybrid – chińskie pomysły na polskiego klienta. Czy działają?

Isuzu D-Max Arctic Trucks to nie jest współczesne auto, ale zadbano w nim o współczesne technologie

Isuzu D-Max Arctic Trucks jest zbudowany w oparciu o ostatnią generację D-Maxa, która debiutowała w 2019 roku, więc trudno oczekiwać tu nowinek technologicznych, ale jak na niezbyt świeże auto naprawdę trudno jest tu narzekać.

Ekrany nie są wybitnej jakości, ale są czytelne w każdych warunkach, a grafiki są proste i choć niezbyt współczesne, nie straszą swoim wyglądem. Wszystko działa z lekkim, ale łatwo wyczuwalnym opóźnieniem i można się do tego szybko przyzwyczaić. Interfejs ekranu głównego nie jest dostępny po polsku, ale nawet bez dobrej znajomości angielskiego można łatwo się z nim odnaleźć. Auto oczywiście musiało być wyposażone w wymagane systemy bezpieczeństwa, jak rozpoznawanie znaków czy asystenta prędkości, ale można go bardzo łatwo wyłączyć i są to dosłownie dwa kliknięcia – guzik pod ekranem i przycisk na ekranie.

Co warto pochwalić, do dyspozycji mamy porty USB-C, a Android Auto i Apple CarPlay działają bezprzewodowo oraz bardzo sprawnie.

Z przydatnych technologii na pokładzie mamy też między innymi asystenta monitorowania martwego pola oraz bardzo przyzwoitą kamerę cofania. Nieco gorzej wypada nagłośnienie, o którym można powiedzieć, że jest i działa. Choć jak trochę pogrzebiemy w ustawieniach dźwięku to wstydu nie ma.

Czytaj też: Test Audi A5 Avant e-hybrid – kombi tylko z nazwy

Isuzu D-Max Arctic Trucks ma niezmienioną moc względem wersji podstawowej. Na asfaltowej drodze jest to problemem

Sylwia Januszkiewicz

D-MAX jest w Polsce dostępny z silnikiem diesla o pojemności 1.9 l, 163 KM mocy i 360 Nm momentu obrotowego (2 000 – 2 500 obr./min). Producent nie podaje jego przyspieszenia, bo nie ma to większego sensu – będzie powoli i w okolicach 14 sekund. Może i jest to wolny pickup, ale za to ile jest w stanie udźwignąć! 3,5 tony dopuszczalnej masy przyczepy z hamulcem! Tak, D-MAX jest w stanie holować półtorej D-MAXa. Do tego 80 cm głębokości brodzenia, 36° kątu natarcia, 28° kątu zjazdu, do tego prześwit powiększony o 20% w stosunku do standardowego D-MAXa i oczywiście napęd 4×4 z przełącznikiem pozwalający na zmianę trybów jazdy: 2H (napęd 2×2), 4H (4X4 na drodze) oraz 4L (4×4 w terenie).

Nasze terenowe Isuzu może i nie jest wyczynowe, ale w polskich warunkach da sobie radę prawie wszędzie. Nie wiem, jak poradziłby sobie na odcinku przygotowanym specjalnie do offroadu, ale tłuczenie się takich miejscach nigdy nie znajdowało się w kręgu moich namiętności. Nie znaczy to jednak, że nie potrafię docenić możliwości D-MAXa. Test przypadał na okres między Świętami a Nowym Rokiem i tak się złożyło, że w Nowy Rok mieliśmy do przebycia całkiem długą trasę. Ponieważ padał gęsty śnieg, a my byliśmy na Podlasiu, grzechem byłoby jechanie ekspresówką, postanowiliśmy więc skorzystać z bocznych dróg, prowadzących przez lasy i pola, w tym przez Biebrzański Park Narodowy. Czy droga była przejezdna? W większości tak, ale bywały momenty w których osobówka bez wątpienia zakopałaby się w śniegu, nas to jednak nie dotyczyło. Mogliśmy podziwiać przepiękne zimowe krajobrazy w spokoju, bez martwienia się o to, czy damy radę dotrzeć do cywilizacji. Była to jedna z najbardziej bajkowych podróży jakie pamiętam i jestem za nią D-MAXowi niezmiernie wdzięczna.

Kiedy już wyjechaliśmy z podlasia i nic ciekawego nie czekało na nas na bocznych drogach, w końcu wyjechaliśmy na zasypaną śniegiem drogę ekspresową S8. Mijaliśmy kierowców, którzy utknęli na prawym pasie, bojąc się rozwijać prędkości powyżej 80 km/h. Nie zrozumcie mnie źle – mieli rację, dostosowywali prędkość do warunków i do swoich pojazdów. My również, ale w naszym przypadku oznaczało to o wiele sprawniejsze pokonywanie kolejnych kilometrów.

Tak naprawdę jedynym utrapieniem związanym z D-MAX zimą, była konieczność jego odśnieżania. Aby usunąć śnieg z dachu, trzeba było wdrapywać się na koła i porządnie się namachać, przy takiej powierzchni i porządnej pokrywie śnieżnej, zajęło nam to 15 minut i tak, odśnieżaliśmy to auto oboje. Czy mi to przeszkadzało? Za to, gdzie mogłam zabrać to auto i nie bać się zakopania w śniegu – a w życiu! Odśnieżając je, za każdym razem cieszyłam się, że za chwilę uciekną z miasta i zobaczę niesamowite rzeczy.

Jeśli akurat musiałam jeździć po mieście, wiadomo – trzeba było odpowiednio dobierać miejsca parkingowe, co zazwyczaj oznaczało stawanie na szarym końcu parkingów, aby nie blokować 2 miejsc np. pod wejściem do galerii handlowej. Jestem też bardzo wdzięczna za kamerę cofania. Widoczność z tyłu jest zerowa, więc bez niej ani rusz. O dziwo, nie brakowało mi systemu kamer 360°, nawet do parkowania równoległego w zupełności wystarczająca była jedna kamera umieszczona z tyłu.

Czytaj też: Test Volkswagen Tayron – to więcej, niż tylko uzupełnienie gamy modeli

Ogromne auto, ale wcale nie tak wielkie spalanie

Zanim przejdziemy do konkretów, zaznaczam: podczas testu warunki były tak trudne, że pomiary wykonywaliśmy z włączonym napędem na wszystkie koła, w przeciwnym wypadku byłoby po prostu niebezpiecznie. Z powodu warunków nie sprawdziliśmy również spalania przy prędkości 140 km/h, bo chciałabym jeszcze trochę pożyć.

Miasto11,5-14,5 l/100 km
Trasa do 90 km/h (70-90 km/h)8,5 l/100 km
Droga ekspresowa (tempomat 120 km/h)11 l/100 km

D-MAX nie jest zelektryfikowany, więc takie wyniki były do przywidzenia. Jak widać, zdecydowanie lepiej sprawdzi się poza dużymi aglomeracjami.

Czytaj też: Test Volkswagen Golf GTI Clubsport – Golf jak ze stereotypów. Taki powinien być!

Przy cenach Isuzu D-Max Arctic Trucks musimy pamiętać, żeby przeliczyć wartości netto i brutto

Ceny Isuzu D-MAX to długa opowieść. Mamy warianty z kabiną pojedynczą, wydłużoną i podwójną, a w każdym z tych wariantów jest kilka opcji wyposażenia. Nie będę wymieniać wszystkich, ale podam Wam widełki – od 115 579 do 166 454 zł netto. Co do finansowania – wersji jest kilka, więc jeśli jesteście nimi zainteresowani, handlowiec chętnie sporządzi odpowiednią kalkulację. Na tym bym zakończyła, ale ponieważ bohaterem dzisiejszego docinka nie jest D-MAX, a D-MAX Arctic Trucks, należy doliczyć cenę modyfikacji. Za 47 900 zł netto otrzymacie m.in. opony terenowe AT 315/70 R17 (BFGoodrich All Terrain T/A KO2), felgi aluminiowe Arctic Trucks, poszerzone nadkola, dedykowane stopnie boczne, podniesione o 40 mm zawieszenie, trymowanie zderzaka, błotników, nadkoli i nadwozia, chlapacze, wyważeniw kół, geometrię zawieszenia oraz wykonanie badań technicznych po modyfikacji.

Jak widzicie, egzemplarz prezentowany na zdjęciach nie zmieści się w 200 000 zł netto, a co do pytania, czy jest wart takich pieniędzy – jeżeli jesteście gotowi tyle za niego zapłacić, to oczywiście, że tak. Przyniósł mi o wiele za dużo radości, abym miała kręcić nosem na jego cenę jak jakaś niewdzięczna malkontentka.

Czytaj też: Test Ford Bronco Outer Banks – czy da się wyciągnąć ogra z bagna na autostradę?

Isuzu D-Max Arctic Trucks ma dawać dużo wartości i tak faktycznie jest

Nieco przerażająca na pierwszy rzut oka konstrukcja, ale przyznaję bez bicia, byłam zauroczona po pierwszym dniu. Kocham pickupy, a ten jest wyjątkowo mięsistym reprezentantem tego gatunku i tak jak reszta jego pobratymców, daje człowiekowi niesamowite poczucie wolności. Wjedzie wszędzie, zapakujecie tam wszystko, nie trzeba tego ładować, siedzi się jak na tronie. Bajka.