Ekspert ostrzega. Zajrzeli do środka rosyjskiego drona wojskowego i wpadli w osłupienie

Wygląda na to, że Rosja znalazła kolejny sposób na zwiększenie możliwości swoich bojowych bezzałogowców latających. Drony BM-35 zaczęły bowiem latać nie z typowymi stacjami radiowymi, nie ze szpulą światłowodu, a z terminalami łączności satelitarnej.
SpaceX, Internet Starlink
...

Trwająca za naszą wschodnią granicą wojna od dawna nie jest już starciem wyłącznie czołgów, artylerii i piechoty. To poligon, na którym w czasie rzeczywistym testowane są technologie łączności, nawigacji i automatyzacji, a cywilne gadżety z katalogu sklepu internetowego potrafią w kilka tygodni zamienić się w element systemu uzbrojenia. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z pola walki, gdzie obok wojskowych radiostacji leżą komercyjne drony, smartfony, a teraz także terminale satelitarne. Dokładnie te same, które pierwotnie miały służyć do pracy zdalnej czy oglądania serwisów streamingowych, a nie do naprowadzania ładunków wybuchowych na cele w obcym państwie.

Rosyjski dron BM-35 ze Starlinkiem

Ukraińskim siłom obrony udało się przechwycić i zestrzelić rosyjskiego drona uderzeniowego typu BM-35, którego ładunek okazał się nie mniej interesujący niż jego destrukcyjny potencjał. Wewnątrz maszyny specjaliści znaleźli terminal komunikacji satelitarnej Starlink, przystosowany do zdalnego sterowania lotem. Stanowi to pierwszy przypadek użycia tej komercyjnej technologii w takim typie bezzałogowca, który został oficjalnie potwierdzony przez ekspertów.

Czytaj też: Cichy jak cień, a uzbrojony jak kilka wyrzutni lądowych. Chiny budują podwodnego potwora

Fotografie i szczegółowe analizy techniczne ujawniają terminal satelitarny firmy SpaceX zarządzanej przez Elona Muska zintegrowany bezpośrednio z płatowcem drona. Do tej pory rosyjska armia stosowała podobne rozwiązania głównie w dronach serii Mołnia, ale oto właśnie obserwujemy wyraźne rozszerzenie tego zastosowania na kolejne platformy bojowe. Jest to ruch, który w niepokojący sposób zmienia układ sił w obszarze walki elektronicznej.

Satelita kontra walka radioelektroniczna, czyli drony trudniejsze do zakłócenia

Wbudowanie terminali satelitarnych w bezzałogowe statki powietrzne przynosi Rosji wymierne korzyści taktyczne. Sterowanie przez satelity pozwala operatorom kierować dronami z dużo większych odległości, a samo połączenie pozostaje stabilne nawet w obliczu systemów zakłócających. Tradycyjna walka radioelektroniczna, zaprojektowana do przerywania naziemnych kanałów łączności okazuje się często bezsilna wobec sygnału z kosmosu.

Kiedy drony Shahed zaczną latać na Starlinku? To tylko kwestia czasu, być może nawet dni, a nie miesięcy. To dla nas duży problem. Bezzałogowe statki powietrzne z tego typu sterowaniem nie są narażone na [metody] wojny elektronicznej i trafiają w cel precyzyjnie pod kontrolą operatora z Rosji opisał specjalista od walki radioelektronicznej Serhij Beskrestnow (Flash).
Shahed-136

Plany rosyjskie sięgają jednak dalej niż tylko odporność na zakłócenia. Aktualnie Rosja ma przygotowywać się do wprowadzenia do walki nowej generacji dronów uderzeniowych o kryptonimie Gieran-4, które mają być wyposażone w pociski klasy powietrze-powietrze. Te bezzałogowe myśliwce mają wykorzystywać terminale Starlink zarówno do sterowania, jak i namierzania celów. Jeśli te doniesienia się potwierdzą, będzie to oznaczać ewolucję rosyjskich dronów z prostych, samobójczych platform w aktywne, wielozadaniowe systemy bojowe, które nie będą kończyć istnienia na jednej misji.

Czytaj też: Cały arsenał na jednym superżołnierzu. Chiny testują wizję piechoty przyszłości

Jeżeli do takiej konstrukcji dołożymy stabilne łącze satelitarne, to oto powstanie scenariusz, w którym rosyjskie systemy bezzałogowe ewoluują od prostych, jednorazowych latających bomb do platform patrolowo-uderzeniowych. Mogą one przez dłuższy czas krążyć w rejonie działań wojennych, prowadzić rozpoznanie, a w razie wykrycia celu uderzyć zdalnie odpalonym pociskiem.

Łączność satelitarna nie jest nowością w dronach

Opisany przypadek pokazuje, jak szybko zmieniają się reguły gry w wojnie dronów. Chociaż już od dekad bardziej zaawansowane drony wykorzystywały łączność satelitarną, uzyskując dosłownie globalny zasięg, to demokratyzacja tego typu technologii umożliwia wsadzanie jej nawet do tanich bezzałogowców. To o tyle problematyczne, że do tej pory ukraińska obrona powietrzna opierała się na trzech filarach: klasycznych systemach przeciwlotniczych, rosnącej flocie własnych bezzałogowców oraz rozbudowanej walce radioelektronicznej, która zakłócała naziemne kanały sterowania. W momencie, gdy rosyjskie drony dostają dostęp do niezależnej infrastruktury satelitarnej, to… no cóż, reguły gry ulegają zmianie. Zakłócić lokalny nadajnik to jedno, ale zakłócić globalną sieć niskoorbitarną? To już coś zupełnie innego, zarówno technicznie, jak i politycznie.

Czytaj też: Abrams M1E3 ma więcej ekranów niż przycisków. Czołg USA nowej generacji wywołał dyskusje

Drony MQ 9 Reaper
Reaper MQ-9 to jeden z przykładów starego drona z łącznością satelitarną

Z perspektywy operatora po stronie rosyjskiej takie rozwiązanie daje szereg korzyści. Dron nie musi utrzymywać stabilnego połączenia z konkretną stacją naziemną, którego zasięg ogranicza krzywizna Ziemi i ukształtowanie terenu. Zamiast tego korzysta z siatki satelitów krążących kilkaset kilometrów nad powierzchnią, a sygnał wpada do sieci za pośrednictwem najbliższego terminala naziemnego. W praktyce oznacza to możliwość sterowania bezzałogowcem z głębi terytorium Rosji, przy zachowaniu na tyle dobrej jakości łącza, by nie tylko korygować kurs, ale też prowadzić obserwację wideo i precyzyjne naprowadzanie na cel.

Globalna sieć zaopatrzenia. Skąd biorą się terminale?

Pojawia się kluczowe pytanie o źródło zaopatrzenia, bo przecież terminal Starlink to nie coś, co znajduje się w byle rosyjskim sklepie. Tak się składa, że Rosja miała zbudować rozległy, wieloetapowy kanał zakupów, działający poprzez firmy-przykrywki zlokalizowane w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Singapurze i Malezji. Pozyskane w ten sposób terminale trafiają zarówno do jednostek naziemnych, gdzie służą do koordynacji działań, jak i prosto do linii montażowych producentów dronów uderzeniowych. Incydent z przechwyconym BM-35 to najbardziej namacalny dowód na prawdziwość tych doniesień. Pokazuje on również, że próby odcięcia Rosji od zaawansowanych technologii są niezwykle trudne do wyegzekwowania w praktyce, co stanowi poważne wyzwanie dla sankcji.

Co dalej z walką z dronami?

Sprawa BM-35 z terminalem Starlink na pokładzie jest więc czymś więcej niż tylko kolejnym epizodem w długiej liście dronowych innowacji tej wojny. To sygnał, że granica między cywilną infrastrukturą cyfrową a wojennym zasobem krytycznym praktycznie przestaje istnieć. Tak jak kiedyś spory toczyły się o to, czy przewozić paliwo i amunicję koleją, która obsługuje też pasażerów, tak dziś podobne dylematy pojawiają się wokół konstelacji satelitarnych, usług chmurowych czy globalnych sieci telekomunikacyjnych.

Wojny rzadko jednak zmienia jedna spektakularna nowinka. Dużo częściej o wyniku decyduje zdolność do szybkiego uczenia się i reagowania na serie drobnych innowacji przeciwnika. BM-35 z przykręconym Starlinkiem to właśnie taki sygnał ostrzegawczy. Pokazuje, że Rosja potrafi kreatywnie korzystać z globalnej infrastruktury cyfrowej, a Zachód (jeśli chce poważnie traktować własne sankcje i bezpieczeństwo swoich technologii) musi równie kreatywnie odpowiedzieć. Im szybciej zapadną konkretne decyzje w sprawie ograniczenia dostępu do terminali satelitarnych, tym mniejsze będzie ryzyko, że kolejne zestrzelone drony będą ujawniać tę samą, niepokojącą zawartość.