Recenzja NiOh 3. Soulsy w feudalnej Japonii!

Przed nami najnowsze dzieło doświadczonego studia, które nikomu nie ułatwia systemu walki, a śmierć w ich produkcjach zazwyczaj podyktowana jest spóźnioną reakcją gracza, a nie niskim poziomem postaci. Team Ninja, zaczynając od Dead or Alive, wyznaczyło sobie kierunek, którym podąża we wszystkich kolejnych projektach. Każda ich gra w mniejszym lub większym stopniu skupia się na soczystej walce, wywołującej frustrację, ale i ogromną satysfakcję po wygranej.
...

Tym razem jedna z ich flagowych marek, czyli NiOh, poszła na całość. “Trójka” zbiera żniwo doświadczeń z poprzednich dwóch odsłon, korzystając jednocześnie z lekcji, jakie studio wyciągnęło z eksperymentów z otwartym światem w Rise of the Ronin z 2024 roku. Choć nie jest to rodzaj rozgrywki, przy którym zazwyczaj powinienem się świetnie bawić, to po spędzeniu w grze sporej ilości czasu, w pełni rozumiem satysfakcję płynącą z gatunku soulslike. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że może to być najlepszy tytuł w swojej kategorii w 2026 roku. 

Czy tak wyglądała feudalna Japonia? Kilka słów o fabule

W przypadku tego typu produkcji zawsze spotykałem się z dwoma rodzajami graczy: tymi, którzy wyłuskują każdy okruch fabuły, co świetnie sprawdza się w grach studia FromSoftware, oraz tymi, którzy pomijają wszystko, by przejść do „prawdziwej” gry, czyli walki. O ile poprzednie części nie posiadały zbyt rozbudowanej warstwy narracyjnej, tym razem twórcy wyraźnie chcieli to zmienić, co widać już po długich i dopracowanych przerywnikach filmowych. 

Akcja zaczyna się w 1622 roku, na początku ery Edo. W grze wcielamy się w Tokugawę Takechiyo, czyli wnuka legendarnego Ieyasu, znanego miłośnikom pierwszej części. Już na początku nasz młodszy brat, Tokugawa Kunimatsu, ogarnięty nienawiścią i zazdrością o sukcesję, ulega mrocznym mocom. Sprowadza on hordę Yokai na Zamek Edo, zamieniając go w piekło i rozpoczynając tym samym krwawy, bratobójczy konflikt. 

Czytaj też: Recenzja Animal Crossing: New Horizons – Nintendo Switch 2 Edition. Najlepszy pretekst, żeby znów przepaść na wyspie

W krytycznym momencie Takechiyo odkrywa w sobie moc swojego ducha opiekuńczego o imieniu Kusanagi, dzięki której zyskuje zdolność transcendencji czasu, pozwalającej mu przenosić się do różnych epok historycznych Japonii. Jednak głównym motywem fabularnym pozostaje poszukiwanie własnego pochodzenia. Takechiyo dowiaduje się, że jego ród posiada unikalną więź z duchami opiekuńczymi, która jest kluczem do powstrzymania nowej fali Amrity, czyli magicznego kamienia, który po raz kolejny niszczy kraj. 

Głównym celem naszego bohatera jest odkrycie, jaka mroczna siła stoi za upadkiem brata i powstrzymanie chaosu rozlewającego się na przestrzeni wieków. Po drodze spotkamy postacie historyczne w ich „lepszych i gorszych” momentach życia. Podsumowując, widać, że tym razem studio Team Ninja przyłożyło się do scenariusza, dbając o to, by fabuła była angażująca, a przy tym wierna klimatowi historycznych podręczników o feudalnej Japonii. 

Mechanika, czyli samą walką człowiek żyje.

Jakkolwiek to zabrzmi, lubię spokojne, ale skomplikowane strategie, w których każdy nasz błąd lub po prostu wybór eskaluje na setki tur (zależnie od gry). Lubię złożone produkcje, dające mi wiele możliwości i ścieżek. Tutaj jest podobnie, choć mamy do czynienia z bijatyką. Nie zrozumcie mnie źle, jeśli chcecie prostej gry, w której wciskacie jeden przycisk, a heros bije przeciwnika po głowie, to też to tutaj znajdziecie. Jeśli jednak chcecie przysiąść nad możliwościami, na pewno się nie zawiedziecie. 

Zacznę od największej różnicy względem większości tego typu gier, czyli płynnej zamiany stylu samuraja na styl ninja i odwrotnie. Zazwyczaj w grach RPG tworzymy jeden rodzaj bohatera, który odpowiada naszym preferencjom, jednak w tym wypadku twórcy zainspirowali się chyba hack’n’slashami. To w nich mamy często dwa buildy postaci, którymi możemy żonglować w zależności od przeciwników. 

Czytaj też: Recenzja Metroid Prime 4: Beyond. Arcydzieło Nintendo, które wynagradza długie oczekiwanie?

W Nioh 3 jest podobnie: możemy grać ciężkim i zadającym duże obrażenia samurajem albo lekkim i zwinnym ninją. Oczywiście reszta budowy tych dwóch typów pozostaje do naszej dyspozycji – możemy tak uzbroić samuraja, że będzie najszybszy w swoim rodzaju, i to samo tyczy się ninja. Jednak na samym poruszaniu się i ilości obrażeń różnice się nie kończą. 

W przypadku stylu samuraja wracamy do korzeni serii, ponieważ skupia się on na trzech podstawowych postawach (niska, średnia, wysoka). Postać ta opiera się na zarządzaniu energią Ki i potężnych kontratakach; jest cięższa, bardziej defensywna i operuje takimi broniami jak katany, odachi czy włócznie. Z drugiej strony, nowość, czyli styl ninja, na każdym kroku stawia na akrobatykę i mobilność. Tutaj postawy znikają na rzecz szybkich uników, gdzie najważniejszy jest refleks. Dodatkowo używamy gadżetów (shurikeny, bomby) wplecionych bezpośrednio w serie ciosów. Ten styl jest szybki, chaotyczny i pozwala na niesamowitą kontrolę pola walki. 

Wszystkie te zmiany zachodzą błyskawicznie w trakcie starcia, co daje masę nowych opcji, szczególnie podczas potyczek z bossami. Kolejną rzeczą jest ekwipunek – tutaj trzeba pamiętać, że jest on oddzielny dla obu stylów, więc przygotujcie się na niezły bajzel w plecaku; co do samej broni, nic się nie zmienia, ponieważ każdy rodzaj śmiercionośnego oręża wymusza zupełnie inną taktykę, co jest normą w soulslike’ach. To samo tyczy się pancerzy, które dzielą się na lekkie, średnie i ciężkie (i tak, nawet w stylu ninja). 

Każdy sprzęt jest już klasycznie oznaczony kolorami (szary to zwykły, fioletowy – legendarny itp.), co wiąże się z dodatkowymi bonusami, jak większe obrażenia czy lepsza regeneracja wytrzymałości. Daje nam to skomplikowane wzory obliczeniowe przy decydowaniu, jaką postacią chcemy aktualnie grać. Do tego należy dorzucić drzewko umiejętności skupione nie tylko na dwóch stylach, ale też na konkretnych rodzajach broni. Dodajmy jeszcze typowe podnoszenie poziomu statystyk oraz kolejną nowość: rozwinięte duchy opiekuńcze. 

Czytaj też: Recenzja Kirby Air Riders. Różowa kulka za kierownicą!

Duchy opiekuńcze to mechanika znana z NiOh 2, która w „trójce” została jeszcze bardziej rozbudowana. Na początek mamy Guardian Spirits, czyli wybieramy ducha (np. sarnę, feniksa czy wydrę), dającego nam pasywne bonusy i określającego typ Kontry Burst, czyli czegoś, co nazwałbym „ultem” naszej postaci. Drugi rodzaj to Soul Cores, czyli rdzenie upuszczane przez pokonane Yokai. Możemy je wyposażyć w naszym duchu, co pozwala używać ataków tych demonów w trakcie walki. W NiOh 3 możemy teraz łączyć te rdzenie (Soul Fusion), aby podbijać ich statystyki i siać jeszcze większe spustoszenie w szeregach wrogów. 

To chyba najważniejsze rzeczy, o których powinieneś wiedzieć przed zakupem. Moje porównanie do skomplikowanych strategii nabiera teraz więcej sensu, prawda? W ogólnym rozrachunku mam wrażenie, że ktoś, kto lubi szybkie i dynamiczne gry, odnajdzie się tu bez głębokiego dopasowywania każdej możliwości. Jednak ktoś taki jak ja, kto woli zrozumieć mechanikę, bo ma np. za wolny refleks, dzięki tym skomplikowanym kombinacjom ma szansę wygrać nawet z największymi bossami Yokai. 

Rozgrywka, czyli esencja każdej gry

Wiem, że już wspominałem, jak bardzo odmienny od moich gustów jest to gatunek, ale to ważna informacja dla kogoś, kto czyta tę recenzję i ogrywa soulslike’i. Samo przejście prologu zajęło mi około trzech godzin, mimo że była to lokacja bardzo krótka i zamknięta. Niestety, na początku pokonanie pierwszego bossa ułatwił mi jedynie grind. O co mi dokładnie chodzi? 

Gra nie jest łatwa i nie wybacza drobnych potknięć, jednak zostawia furtki dla upartych. Gdy już wyszedłem z prologu, zabawa stała się odrobinę łatwiejsza, ponieważ nowe, w odróżnieniu od poprzednich odsłon, czyli wspomniane, otwarte lokacje dają wiele możliwości. Oczywiście z tą otwartością świata nie ma co przesadzać; daleko mu do takiego Skyrima, a niektóre miejsca wyglądają tak klaustrofobicznie jak Mahakam w Wiedźminie 2

Jakie są więc plusy? Przede wszystkim to, że grając w trybie ninja, możemy zachodzić pomniejszych przeciwników z wielu stron i eliminować ich po cichu, właśnie dzięki swobodzie w strukturze lokacji. Dodatkowo wolny wybór ścieżki daje graczom takim jak ja możliwość grindu, co pozwala ulepszyć postać oraz ekwipunek, realnie zmniejszając trudność niektórych starć. 

Czytaj też: Recenzja Hyrule Warriors: Age of Imprisonment. Wojna, którą do tej pory tylko oglądaliśmy na muralach

Mapa jest oczywiście ogromna i zwiedzanie jej w całości zajmie sporo czasu, czego nie ułatwia fakt, że nasz bohater nie może przemieszczać się konno. Na szczęście w tym przypadku twórcy gry nie byli zbyt okrutni i rozmieścili na mapie wiele punktów szybkiej podróży, jakimi są kapliczki. Te miejsca kultu mają zresztą znacznie więcej zastosowań: to właśnie w nich awansujemy postać oraz zarządzamy naszymi duchami i rdzeniami dusz. 

Możemy w nich również sprzedać niepotrzebny sprzęt, kupić nowy, rozwinąć błogosławieństwo Kodamy (jeśli wcześniej połapaliśmy te małe zielone duszki) oraz przywołać pomoc. To ostatnie jest już powszechną funkcją w soulslike’ach i w skrócie polega na wezwaniu innego gracza do pomocy w trybie kooperacji. 

Muzyka i grafika – czy feudalna Japonia pełna Yokai nie nudzi?

To będzie krótki rozdział, ponieważ oba te aspekty stoją na znośnym poziomie – nie zachwycają, ale też nie bolą. Wyjątkiem jest design przeciwników, który wypada bardzo dobrze. Zacznijmy jednak od muzyki. Ścieżka dźwiękowa opiera się na klasycznych japońskich instrumentach, takich jak flet shakuhachi, bębny taiko czy lutnia biwa, co idealnie pasuje do epoki Edo. Mimo to żaden utwór nie zapadł mi w pamięć na tyle, by trafić na moją playlistę w Spotify. 

Z drugiej strony nie miałem też poczucia dysonansu; muzyka nie rozpraszała mnie w trakcie akcji ani nie irytowała. Dźwięki, jakie wydają potwory w tle, są poprawne, choć do piękna otoczenia i udźwiękowienia przeciwników z ARC Raiders nie mają startu. Skoro już jesteśmy przy akcji: przerywniki filmowe są bardzo ładne, a w kwestii samej grafiki muszę zaznaczyć, że ogrywałem ten tytuł na PS5, więc nie spodziewałem się wizualnych wodotrysków. 

Czytaj też: Recenzja Call of Duty: Black Ops 7 – czy tak to powinno wyglądać?

Widzę po reakcjach innych recenzentów, że oprawa nie zmieniła się znacząco względem poprzednich części. Znając jednak podejście studia Team Ninja, mogę stwierdzić, że słusznie stawiają oni na to, jak gra „chodzi”, a nie jak wygląda na statycznych zrzutach ekranu. W przypadku tytułów opartych na tak dynamicznej walce wydaje się to jedynym sensownym rozwiązaniem. 

Podsumowując: gra wygląda dobrze, ale konstrukcja poziomów to nie jest coś, na czym skupia się gracz. Ten jest bowiem pochłonięty gapieniem się na wykręcone ciała pokracznych Yokai, które zrobiono bardzo klimatycznie. Ich animacje świetnie naprowadzają nas na to, jak mamy zareagować – szczególnie po tym, gdy zdążymy już kilka razy z ich ręki zginąć. 

Podsumowanie – czy soulslik’i są dla mnie?

Nie ma tu prostej odpowiedzi. Szczerze mówiąc, ta gra nie jest w moim typie i gdyby nie fakt, że dostałem ją do recenzji, prawdopodobnie nigdy bym jej nie ograł. Ale… tak! „Wyjdę za ciebie!”. Grało mi się dokładnie tak, jak opowiadają fani gatunku: często bolało, ale satysfakcja ze zwycięstw równoważyła ten trud z nawiązką. Jest jednak jedna rzecz, która boli szczególnie – brak ojczystego języka. 

To największy minus, przez który mógłbym niektórym odradzić ten tytuł. Informacji w grze jest masa, a jak już wcześniej pisałem, NiOh 3 nie wybacza błędów, nagradzając zręczne palce i bystry umysł. Trudno jednak o ten „bystry umysł”, gdy gracz męczy się z obcym językiem lub go po prostu nie zna. Uniemożliwia to również cieszenie się tytułem.

A teraz coś, co zapewne wiele osób nurtuje, czyli cena. Na PS5 gra kosztuje około 340 zł, a na PC 300 zł. Czy to dużo? Tak, ale przy takiej ilości zawartości to dzisiaj rynkowa norma. Każdy zrobi tak, jak podyktuje mu portfel, czyli kupi teraz lub zaczeka na promocję. Ja z pewnością odradzam zakup tym, którzy nie lubią męczyć się z językiem angielskim, bo tekstu jest tu naprawdę mnóstwo. Drugim minusem, często podnoszonym przez społeczność, jest grafika. Podtrzymuję swoje zdanie z poprzedniego rozdziału, ale nie dziwię się, że za tę cenę gracze oczekują czegoś bardziej spektakularnego. 

Z drugiej strony, to soulslike i lepiej, żeby gra była płynna niż tylko ładna. Część graczy zachwala fakt, że tytuł działa nawet na słabszym sprzęcie PC, co w 2026 roku jest rzadkością wśród wielkich premier. Częściej słyszymy o braku optymalizacji niż o wzorowej płynności. Dlatego ostatecznie i gra, i jej cena mają moją akceptację, a ci, którzy uważają, że jest za drogo, niech po prostu poczekają na pierwsze obniżki.