Skyrim na miarę 2026 roku. Recenzja Crimson Desert 

W tym roku doczekaliśmy się premiery jednej z najbardziej promowanych produkcji ostatnich lat – mowa tu oczywiście o Crimson Desert. Choć pierwsze opinie bywały sceptyczne, marketing zrobił swoje. Nawet jeśli gra jeszcze nie zwróciła się w pełni, to biorąc pod uwagę zainteresowanie, jest to tylko kwestią czasu. Za tytuł odpowiada studio Pearl Abyss, znane szerokiej publice głównie z Black Desert Online. Dla graczy był to jasny sygnał, że otrzymamy solidny, gigantyczny produkt na setki godzin, ale tym razem, co niezwykle ciekawe, w formule single-player.
Skyrim na miarę 2026 roku. Recenzja Crimson Desert 

Choć emocje premierowe już opadły, można śmiało stwierdzić, że to gra totalna, która jednak nie każdemu przypadnie do gustu, stąd właśnie wspomniany w nagłówku Skyrim. Crimson Desert oferuje równie przytłaczający ogromem świat i choć można próbować trzymać się wyłącznie głównego wątku, by ukończyć tytuł w niecałe 80 godzin, to gra bez pamięci wciąga każdego, kto kocha eksplorację. 

Wiem, że już na wstępie sporo zdradziłem, ale robię to dla Waszego dobra, bo ten artykuł będzie obszerny, podobnie jak sama produkcja. To gra zdecydowanie wielka, dlatego jeśli cierpisz na brak czasu, albo się znudzisz, albo będziesz przechodzić ten tytuł przez pół roku. Pod względem skali i zaangażowania, jakie wymusza na graczu, porównałbym ją do Baldur’s Gate 3. 

Świat i Fabuła – przyjemny, jak oglądanie anime fantasy  

Choć napisałem „przyjemny” w nagłówku, Pearl Abyss stara się nam tego nie uświadamiać, ponieważ ich świat jest tym brutalniejszym rodzajem fantasy. Dodatkowo muszę również dodać, że świat został stworzony od nowa. Mam tu na myśli Black Desert Online, z którego mogli spokojnie ściągnąć wszystko, tylko że do tej osobnej, singlowej przygody, twórcy zrobili jednak wszystko od początku. 

Akcja toczy się na ogromnym kontynencie Pywel. To świat u schyłku ery, brutalny i podzielony, również na regiony: od mroźnych szczytów Kwenli, przez rozległe stepy, aż po tętniące życiem i brudem miasta portowe. Każdy region ma własną kulturę i – co ważne dla gameplayu – unikalne zagrożenia klimatyczne. 

W grze możemy często spotkać również bogobojną społeczność, która może przerodzić się w fanatyczny motłoch, a do tego dochodzi król na skraju śmierci, przez co wielu lordów, jak i organizacji zaczyna zaprowadzać własne porządki, w domyśle chcąc przejąć władzę. Kiedy to czytam, faktycznie świat nie brzmi tak kolorowo, ale tak właśnie jest. Pomimo napisania mrocznego tła, dostajemy wielokrotnie w twarz gorącym blaskiem słońca i jasną przyjemną scenerią, a także cieszącą się i uprzejmą społeczność. Zapewne po to, by wywołać u gracza ambiwaletne uczucia – tutaj wszyscy uprzejmi, a za plecami mogą trzymać sztylety. 

Czytaj też: Kurier z dostawą do Waszych blaszaków. Recenzja Death Stranding 2 w wersji PC 

Jednak to nie jest gra o przejmowaniu świata jak w strategiach. Wcielamy się w niej w Kliffa, jest on liderem grupy najemników znanej jako Szarogrzywi. Fabuła przedstawia nam go jako człowieka zmęczonego wojną, targanego wyrzutami sumienia i lojalnością wobec swoich ludzi. To, co odróżnia tę produkcję od poprzedniej, to wolność (a raczej jej brak) w tworzeniu postaci, tym razem Pearl Abyss daje nam gotową postać z gotową historią. 

Główna fabuła nie kręci się wokół „ratowania świata przed starożytnym złem”. To historia o przetrwaniu, zemście i odkupieniu. Kliff musi zebrać rozproszonych towarzyszy i odnaleźć się w politycznej intrydze, która przerasta zwykłego najemnika. Oczywiście brzmi to jak Red Dead Redemption 2 w wersji fantasy, to jednak główny wątek fabularny nie jest tak przejmujący, a jak już wcześniej wspomniałem, jest nim świat, w którym żyjemy. 

Rozgrywka – masa aktywności, które znasz z innych gier 

Powótrzę jeszcze raz to, co napisałem wcześniej – gra jest ogromna. W porównaniu do Skyrima nawet dwukrotnie, co oznacza, że musimy mieć różne sposoby na poruszanie się. Od samego początku dostajemy konia, jednak już w początkowych etapach gry odkryjemy miejsca teleportacji, które skrócą nam mocno trasę; mamy tu także lot, choć to chyba bardziej unoszenie się i szybowanie. Dodatkowo, pomimo że nie udało mi się jeszcze tego odblokować, widziałem, że niektórzy przemierzają świat w maszynach (coś jak mechy) i na smokach. 

Choć sposobów jest wiele, studio Pearl Abyss słynie ze świetnej mechaniki jazdy konnej i tratowania, co bardzo mocno odczułem podczas wielu podróży na wierzchowcu. Nie jest to na szczęście jedyne zwierzę, jakie napotkamy i z jakim wejdziemy w interakcję. Mapa jest pełna psów i kotów, które możemy głaskać, a także zwierząt dzikich, na które możemy polować. 

Czytaj też: Recenzja Resident Evil Requiem. Czy to będzie najlepszy horror roku?

Poza polowaniem możemy zbierać surowce, szyć, gotować, łowić ryby i grać w ichniego pokera. Ale do brzegu, wielokrotnie spotkałem się z opiniami, że w Crimson Desert mamy wiele brutalnej i realistycznej walki i uważam, że jest to przesadzone. Nawet jadąc wykonać zadanie z miasta do wsi itp., napotykamy bandytów po drodze, ale o ile nie podejdziemy do nich, to oni nic nie zrobią. Oznacza to tylko tyle, że gra jest moim zdaniem nastawiona na eksplorację, a nie na ciągłą walkę, dlatego ci, co tak piszą o walce, może powinni odwiedzić psychologa. 

Dobra, bo znowu odpływam. W tytule spędzimy wiele czasu na różnych aktywnościach. Często sporo zadań, nie tylko tych głównych, ma szereg cutscenek, które dodają immersji i nie są za długie czy męczące. Niektóre z nich zakończą się walką z bossem, a ta warstwa rozgrywki jest bardzo fajna. Sama walka nie należy do najłatwiejszych, a starcia z bossami porównałbym do Wiedźmina 3 – wcześniej należy się przygotować, chyba że jesteś zręcznym „soulsowcem”, to dasz radę refleksem. W takiej walce jest sporo uników i wykorzystywania posiłków, które nas regenerują. 

Tutejsze potiony są też bardziej podobne do tych wiedźmińskich. Gdy trafisz na ciężkiego przeciwnika, zjesz 20 jabłek, a gdzie to strawisz i jak, nie wiem, ale Crimson Desert bazuje na tym samym, choć robi to lepiej, bo ma rozbudowany system gotowania, który wzmacnia mocno postać. Takie mechaniki to ja szanuję. 

Kończąc stronę walki, Crimson Desert nie oferuje zmiennego poziomu trudności i choć z początku przy samych rozbójnikach musiałem zrozumieć, z czym mam do czynienia, tak później gra wydawała się już łatwa. Jedynie przed każdą walką trzeba zrobić jedzenia jak dla armii, by nie martwić się o HP. Pomimo rozbudowanego stylu walki, jazdy i wielu aktywności, w grze napotkamy również masę zagadek, które nie są najłatwiejsze, ale i nie wymagają poziomu geniusza, choć osobiście ja do czegoś takiego nie mam cierpliwości. 

Co do zagadek, są one często związane z zadaniami i ruinami, których napotykamy całkiem sporo. W samych questach dochodzi również do tropienia podobnego do tego z Wiedźmina 3, jednak wykorzystującego umiejętności tropicielskie, a nie wiedźmińskie zmysły. Podsumowując, starałem się nie ruszać samej mechaniki, o której zaraz napiszę. Tak czy inaczej, w warstwie rozgrywki mamy naprawdę sporo aktywności i jedyne, czego brakuje, to wykorzystywania charyzmy lub jakichś umiejętności związanych z rozmowami. Być może twórcy stwierdzili, że to by było za wiele i gra straciłaby w ten sposób na swojej dynamice, która moim zdaniem jest na świetnym poziomie. 

Mechanika – nieskomlipowana, ale rozmach przeraża 

To prawdopodobnie najtrudniejsza część artykułu, ponieważ każda opisana wcześniej aktywność ma swoją własną, dopracowaną mechanikę, od najprostszego ustawienia siekiery przy rąbaniu drzewa, po zbieranie surowców i oznaczanie u kowala, co dokładnie chcemy wzmocnić lub wyprodukować.  

Broń i pancerze a także biżuterię możemy ulepszyć do 10. poziomu, dodatkowo (na szczęście) nie wymaga ono wciskania odpowiednich klawiszy w konkretnych momentach, ponieważ wszystko dzieje się automatycznie podczas krótkiej cutscenki. Ponadto nasz sprzęt możemy wzmacniać gniazdami na kamienie, znajdowanymi w różnych miejscach i przy zwłokach podczas naszej podróży. Surowce potrzebne do zwiększania potencjału ekwipunku możemy zebrać sami lub kupić za walutę z gry, co jest standardem w każdym RPG. Ale to nie jedyna waluta, bo dostajemy również specjalne punkty zasług, które wymieniamy na unikalny rynsztunek, a zdobywamy je, wykonując questy pomagające mieszkańcom. 

Jak już jesteśmy przy pieniądzach, to moim zdaniem najłatwiejszym sposobem na ich zdobycie jest hazard. Na pierwszej wielkiej mapie znajdziecie go w karczmie. Gdy już namierzycie to miejsce, będziecie potrzebować 15 sztuk srebra na start. Nie jest to mała sumka, ale jeśli zapiszecie grę i wciągniecie się w rozgrywkę, to w ciągu godziny zarobicie nawet setkę srebrnych monet, co uznawane jest już za bogactwo. Sama gra przypomina pokera, dostajemy dwa patyczki z rzymskimi liczbami, jednak niektóre kombinacje mają specjalne znaczenie i są warte więcej niż maksymalna liczba oczek. Naszym zadaniem jest przewidzenie, co mają przeciwnicy, podbijanie stawki lub pasowanie. Możemy też sprawdzać, czy współgracze nie kantują, bo blef, tak jak w pokerze, jest stałym elementem zabawy. Innymi aktywnościami, które napchają nam sakwę, są siłowanie się na rękę, walki na pięści albo zawody z łucznictwa, ale dostaje się za nie marne grosze, a do tego są bardzo powtarzalne i przez to nużące. 

Czytaj też: Recenzja God of War Sons of Sparta. Pikselowy powrót do Grecji zadziałał?

Ciekawy jest za to system rozwijania postaci i samo drzewko. Zacznę od tego, że niektórzy mogli sugerować, że w Crimson Desert nie ma normalnego levelowania, a jedynie szukanie artefaktów podnoszących statystyki. Od razu prostuję – to błąd. W lewym dolnym rogu ekranu znajduje się wąski, pionowy pasek, który napełnia się bardzo powoli, ale gdy dobije do końca, przy najbliższym pokonanym rozbójniku wypadnie artefakt na stałe zwiększający nasze statystyki. Mimo to sam poziom progresji jest interesujący i złożony. Część umiejętności odkryjemy dzięki książkom i rozmowom z nauczycielami, a część odblokujemy właśnie dzięki artefaktom. Te ostatnie znajdziemy przy przeciwnikach, bossach, ale również w kapliczkach i za wykonane zadania. Co ciekawe, mieszkańcy kontynentu podchodzą do nich jak my do skamielin w muzeum: „ładne to i ciekawe, ale na co mi to?”. 

Wśród mechanik chciałbym również wyróżnić magazynowanie zasobów. Może nie brzmi to skomplikowanie, ale te informacje mogą wam się przydać. Po pierwsze, dostajemy dwa miejsca do składowania, skrzynię z ograniczoną liczbą slotów oraz nasz plecak, który z każdym wykonanym zadaniem powiększa się do niepojętych rozmiarów. Warto pamiętać, że w większości sklepików możemy kupić dodatkową sakwę, która zwiększa pojemność naszego plecaka o kolejny slot. Jest to kluczowe, ponieważ w grze nie ogranicza nas ciężar przedmiotów, a jedynie liczba wolnych miejsc. Już nie mogę się doczekać memów, w których Kliff niesie ze sobą całą kuchnię i zbrojownię razem z kuframi na plecach. Ostatnią kwestią są towarzysze. Każdego możemy przywitać i obdarować, podnosząc jego sympatię do nas aż osiągniemy 100. W zależności od tego, jaką funkcję pełni dana postać, dostaniemy różne bonusy np. u sklepikarza będzie to unikalny sprzęt. Ta mechanika działa również u zwierząt, ponieważ jeśli będziemy codziennie głaskać pieska, będziemy mogli go w końcu adoptować, a on z wdzięczności zacznie zbierać łupy wypadające z pokonanych przeciwników. 

Grafika i muzyka – tutaj sa wyboje 

Grafika i muzyka w Crimson Desert to prawdziwy pokaz siły autorskiej technologii Pearl Abyss, ponieważ gra powstała na silniku BlackSpace Engine. Studio zrezygnowało z gotowych rozwiązań typu Unreal Engine, co nadaje całości unikalny, “gęsty” charakter, ale wiąże się też z pewnymi słabościami, o których wspomnę za chwilę. Wizualnie produkcja jest dopieszczona, choć moim zdaniem robi wrażenie bardziej z perspektywy zaawansowanych mechanik niż samej czystej grafiki.  

Drzewa uginają się i łamią pod wpływem potężnych ataków, trawa pod nogami jest wydeptywana, a budynki mogą ulec częściowemu zniszczeniu podczas walki. Ogromny nacisk położono na oświetlenie, ponieważ widać to, gdy światło przebija się przez chmury czy gęstą mgłę. Opady deszczu lub śniegu realnie zmieniają wygląd pancerza Kliffa, który staje się mokry lub oszroniony, a podłoże przekształca się w błoto. Zbliżenia na twarze podczas dialogów pokazują mikro mimikę, pory skóry i realistyczne zachowanie włosów, natomiast modele bossów są gigantyczne i bogate w detale, co potęguje wrażenie walki z czymś naprawdę potężnym. 

Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem

Wchodząc do wielkich budynków czy podziemi, nie uświadczymy pasków ładowania, co sprawia, że przygoda jest niezwykle płynna. Dodatkowo przeciwnicy walczący w grupie potrafią się przegrupowywać i atakować nas od pleców, dodając starciom realizmu, a co zawdzięczamy świetnie rozwiniętej sztucznej inteligencji. Jak widzicie, wszystko to sprawia, że gra wygląda wspaniale, dlatego nie zdziwcie się, że świat cały czas się renderuje na waszych oczach. Niestety, niezależnie od tego, gdzie się znajdowałem, widziałem doczytujące się assety. Brzmi to źle, ale patrząc na ogólny rozmach produkcji, trudno się temu dziwić. Dodatkowo spotkałem się z paroma bugami, choć na szczęście nie było ich tak dużo, jak w typowej grze Bethesdy. 

Studio przyłożyło też ogromną wagę do dźwięków otoczenia. Szczęk metalu o metal, tętent koni na różnym podłożu czy świst strzał są bardzo wyraźne. Ścieżka dźwiękowa miesza podniosłe, orkiestrowe brzmienia podczas walk z bossami z surowymi, folkowymi motywami w trakcie eksploracji, nawiązującymi do kultury nordyckiej i średniowiecznej Europy. Muzyka jest ładna i pasuje do całości, choć na pierwszy rzut ucha nie zawsze zapiera tchu w piersiach, nazwałbym ją po prostu poprawną. Jednak łapałem się na tym, że robiąc coś poza grą, nagle słyszałem w głowie niektóre motywy. Być może więc przy dłuższej rozgrywce te utwory siłą rzeczy zapadną nam w pamięć i u wielu graczy zostaną na zawsze w trybie nostalgii, podobnie jak te ze Skyrima. 

Podsumowanie – odnalazłem moją gamingowa duszę! 

Tak, to jest produkcja, w której z biegiem czasu nabiję tysiąc godzin na Steamie, wiem to, bo znam swoje możliwości. Grało mi się świetnie, a od ekranu odrywałem się z dużą niechęcią. W grach strategicznych często mówi się o efekcie „jeszcze jednej tury” w przypadku Crimson Desert jest to nieodparta chęć sprawdzenia, co kryje się za kolejnym rogiem. Właśnie dlatego nie jest to tytuł dla każdego, ogrom świata może przytłaczać, a nie wszyscy mogą sobie pozwolić na takie poświęcenie czasu. 

Jednak dla tej grupy graczy, która weszła w dorosłe i angażujące życie, ta produkcja może być zbawieniem. Jeśli kiedyś zagrywałeś się w MMORPG, a teraz cierpisz na brak czasu i irytuje Cię, że twórcy co miesiąc bombardują nowymi aktywnościami, których nie nadążasz zaliczać, tutaj tego nie uświadczysz. To gra single player, co czyni Crimson Desert idealną propozycją dla tych, którzy kochają rozmach MMO, ale nie mają już na nie siły. Jest tego na tyle dużo, że zdaję sobie sprawę o możliwych pominięciach w recenzji niektórym elementów, za co szczerze przepraszam, ale zwyczanie jest tego za wiele. 

Czytaj też: Recenzja REANIMAL. Kompletnie nowe spojrzenie na gatunek horroru!

Kluczową kwestią jest stosunek ceny do zawartości. Na Steamie podstawowa wersja kosztuje 300 złotych. Jasne, to spore pieniądze, i jeśli gry szybko Cię nudzą lub szukasz czegoś, co ukończysz w dwa weekendy, powinieneś sobie odpuścić. Crimson Desert jest tak gigantyczne i angażuje na dziesiątki godzin, co w pełni uzasadnia tę kwotę. Moim zdaniem, patrząc na inne tytuły AAA, te 300 złotych to wręcz mało, dla wymagającego gracza, który potrafi cieszyć się otwartym światem, ta inwestycja zwróci się z nawiązką. 

Choć porównywałem ten tytuł do wielu innych, ze względu na wolność i masę zawartości najbardziej przypomina mi Skyrima czy Fallouta 4. Te produkcje wciąż są cenione mimo upływu lat i licznych błędów. Tutaj mogę stwierdzić, że dostałem gotowy produkt, gra się nie psuła, a koń nie glitchował się na każdym kroku. Jeszcze raz śmiało piszę do wszystkich, którzy lubią takie klimaty – bierzcie teraz albo czekajcie na promocje, ale tej pozycji nie może zabraknąć w waszej bibliotece chwały! 

Napisane przez

Przemysław Dwojacki

Redaktor