Warto przypomnieć, że to dopiero druga samodzielna produkcja studia Kojima Productions. Biorąc jednak pod uwagę ogromne doświadczenie Hideo, nie powinno dziwić, że tytuł prezentuje tak wysoki poziom. Gra powstała na silniku Decima (stworzonym przez Guerrilla Games, twórców serii Horizon), który został mocno zmodyfikowany pod kątem fotorealizmu i fizyki terenu. Choć już na konsoli oprawa robiła kolosalne wrażenie, a przerywniki filmowe zapierały dech w piersiach, port PC na mocnym sprzęcie wygląda jeszcze lepiej. Początek gry sprawia wrażenie czegoś autentycznego, tak jakbyśmy oglądali film nagrany na innej planecie.
Fabuła – wdarcie śmierci coraz spokojniejsze

Mamy tu do czynienia z bezpośrednią kontynuacją losów Sama Portera Bridgesa, której akcja zawiązuje się kilka miesięcy po wydarzeniach z części pierwszej. Pomimo próby odcięcia się od UCA, Sam zostaje odnaleziony i dołącza do organizacji Drawbridge, finansowanej przez tajemniczego darczyńcę. Choć przygodę rozpoczynamy od łączenia terenów Meksyku, akcja szybko przenosi nas na zupełnie nowy kontynent, a mianowicie do Australii.
Czytaj też: Recenzja Resident Evil Requiem. Czy to będzie najlepszy horror roku?
Ze względu na specyficzny charakter produkcji, w grze nie zabraknie znanych już postaci, jak i wielu nowych twarzy, które swoimi występami dopieszczają filmową warstwę tytułu. Podobnie jak poprzednio, trzonem rozgrywki jest łączenie kontynentu siecią chiralną. Podróżujemy więc z miejsca do miejsca, dostarczając przesyłki i zwiększając zaufanie napotkanych społeczności, jednocześnie z zapartym tchem śledząc dalsze losy Sama.

Druga część, wzorem poprzedniej, jest przepełniona podróżą, w której kryją się pytania natury filozoficznej. Gra zmusza do refleksji nad zrozumieniem siebie, świata i samej śmierci, która stanowi tu nie tylko tło wydarzeń, ale wręcz swoisty warunek meteorologiczny. Choć stąpam po cienkim gruncie spoilerów, warto zaznaczyć, że historia świata Death Stranding zawsze starała się przekazać nam coś istotnego na temat naszej własnej rzeczywistości. Choćby dla tego przesłania warto w tę grę zagrać.
Rozgrywka – czy to piechotą czy na motorze
Jak już wspomniałem, trzon rozgrywki opiera się na sprawdzonych schematach, ale Hideo Kojima zadbał o to, by tym razem zabawa sprawiała więcej satysfakcji i ani przez moment nie nużyła. Choć wciąż podróżujemy od schronu do schronu, w pobliżu towarzyszy nam teraz DHV Magellan. To nasza mobilna baza, która przemieszcza się wraz z postępami w fabule. Moim zdaniem to świetne ułatwienie, dzięki któremu unikamy niepotrzebnego nadrabiania kilometrów przez te same tereny.
A skoro o trasie mowa, gra rzuca nas w zupełnie nową faunę i florę, inspirowaną krajobrazami Australii. Co więcej, od samego początku towarzyszą nam dynamiczne zjawiska pogodowe i kataklizmy, takie jak trzęsienia ziemi czy powodzie. Potrafią one w ułamku sekundy sprawić, że musimy całkowicie zmienić zaplanowaną trasę. Oczywiście nie zabrakło tu licznych usprawnień: mamy do dyspozycji motory, pojazdy dostawcze, tyrolki i wózki. Ponownie możemy też budować infrastrukturę, na przykład drogi, które ułatwiają życie nie tylko nam.
Czytaj też: Recenzja God of War Sons of Sparta. Pikselowy powrót do Grecji zadziałał?

Nie mogło zabraknąć wsparcia społeczności, tak cenionego przez fanów pierwszej części. Mowa oczywiście o strukturach wznoszonych przez innych graczy w ramach sieci chiralnej. Gra często buduje w nas poczucie głębokiej samotności i skłania do refleksji podczas wędrówki, jednak po podłączeniu nowego regionu do sieci, natychmiast możemy skorzystać z owoców pracy innych osób. Sprawia to, że w zmaganiach z trudnym terenem nagle przestajemy czuć się osamotnieni.

Poza warunkami pogodowymi, misje utrudniają nam dobrze znani Wynurzeni. Tym razem bestiariusz znacząco się powiększył, co skutecznie urozmaica starcia. Powrócili także ludzcy przeciwnicy, czyli bandyci (MUŁ-owie). Prawdziwą nowością są jednak duchy maszyn, są to twardsi przeciwnicy, którzy wymagają od gracza zupełnie nowej taktyki. Na szczęście gra dość szybko oddaje w nasze ręce arsenał znany z poprzedniej części, dorzucając przy tym sporo nowości. Nowe bronie, sprzęt i przeciwnicy na mapie trzy razy większej niż w „jedynce” sprawiają, że eksploracja wciąga bez reszty. Dlaczego nie jest to tylko dodatek do pierwszej części? Odpowiedź jest prosta, bo to gigantyczny skok graficzny, potężnie rozbudowane podstawy mechaniki i fabuła na dziesiątki godzin.
Mechanika – wszystko się komplikuje
Tak jak w poprzedniej części, mechanika z pozoru wydaje się znajoma, jednak niemal każdy jej element możemy teraz modyfikować i wzbogacać o dodatki dające bonusy dopasowane do naszego stylu gry. Zacznijmy od plecaka, który jest najważniejszym elementem wyposażenia, a wręcz istotnym punktem samej fabuły. Możemy wyposażyć go w płyty pancerza, dodatkowe ładownice na magazynki czy granaty oraz naszywki, które pozwalają na personalizację bliską współczesnym trendom.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kustomizacji samego Sama, ponieważ z postępem gry mamy do wyboru paletę barw moro, która w teorii poprawia naszą niewidoczność. Fani „jedynki” wiedzą jednak, że to w pewnym stopniu już było.
Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem
Dodatkowo warto zauważyć, że niemal każda nasza aktywność, od skutecznych nokautów po ciche skradanie, jest oceniana i nagradzana, co fani pierwszej części też doskonale znają. Tu system ten został jednak jeszcze mocniej powiązany z progresją, a zdobywane gwiazdki odblokowują konkretne bonusy ułatwiające przetrwanie. Moim zdaniem prawdziwą siłą i realną nowością są jednak ulepszenia APAS oraz rozwój naszego mobilnego centrum.

Ulepszenia APAS to kluczowy element rozwoju Sama, wpływający na jego pasywne zdolności i efektywność podczas wędrówek. System ten działa jak drzewko umiejętności, punkty jakie rozkładamy na nowe wzmocnienia zyskujemy wprowadzając do sieci hiralnej nowe osady oraz budując zaufanie w każdej z nich. Ulepszenia te obejmują zwiększenie wytrzymałości, lepszą kondycję oraz optymalizację biegłości w przemierzaniu trudnego terenu.
Ciekawą nowością jest również system kopalń, które automatycznie produkują podstawowe surowce wykorzystywane do budowy dróg, schronień czy wieżyczek. W teorii powinno to ograniczyć żmudne żonglowanie zasobami, które w pierwszej części potrafiło nużyć i odciągać od głównego wątku. Kolejnym ułatwieniem są systemy obronne, od działek w naszej mobilnej bazie po uzbrojenie małych pojazdów, co w praktyce zmniejsza konieczność bezpośredniego angażowania się w konflikty.

Cała gra, od mechaniki po eksplorację, chce nas nieustannie nagradzać. Daje dodatkowe bonusy za przysłowiowe „lizanie ścian” i zbieranie każdej paczki, która napatoczy się nam pod nogi. To ogromny plus dla graczy lubiących zaglądać w każdy kąt i maksować każdy aspekt rozgrywki.
Z jednej strony tak głębokie rozbudowanie każdego elementu poprzedniczki cieszy, ale z drugiej, jest to kolejny powód, by otwarcie mówić, że nie jest to gra dla osób, które nie znały pierwowzoru. To dość odważne podejście. Choć fenomen pierwszej części był ogromny, ostatnie lata przyzwyczaiły nas do kontynuacji dostępnych dla każdego. Tutaj, przy tak rozbudowanej personalizacji i masie bonusów, nowi gracze mogą poczuć się przytłoczeni, o czym szerzej wspomnę w podsumowaniu.
Grafika i muzyka – czysta filmowość
Zacznę od oprawy dźwiękowej – jeśli podobała Ci się muzyka w pierwszej części, tutaj odnajdziesz dokładnie ten sam klimat. Za ścieżkę odpowiada ponownie Ludvig Forssell, który tym razem postawił na nieco bardziej niepokojące, syntezatorowe brzmienia, umiejętnie mieszając je z podniosłymi, orkiestrowymi motywami. Grałem z polskim dubbingiem i poza głosem Fragile, który nie do końca mi pasował, całość wypadła bez zarzutu.

Dodatkowo, świetną robotę robią wszelkie dźwięki 3D oraz ambient. To dzięki nim odgłosy pękającej ziemi, szum wiatru w kanionach czy charakterystyczne klikanie naszego ekwipunku są niezwykle przestrzenne, co pozwala w pełni wczuć się w klimat izolacji. A skoro już o tym mowa, następnym plusem, znanym z poprzedniej części, są wstawki licencjonowanych utworów. Gdy przemierzamy świat, kamera nagle się oddala, a w ciszy zaczyna płynąć spokojny utwór, który skłania do refleksji lub potęguje uczucie osamotnienia. To coś wspaniałego i poruszającego, dlatego cieszę się, że w kontynuacji tego nie zabrakło.

Czytaj też: Recenzja REANIMAL. Kompletnie nowe spojrzenie na gatunek horroru!
Przejdźmy do grafiki, bo dzięki portowi na PC gra wiele zyskała. Tytuł świetnie współpracuje z technologiami DLSS 3.5 (Nvidia), FSR (AMD) oraz XeSS (Intel). Pozwala to wyciągnąć stabilne 60+ klatek na sekundę nawet przy wysokich ustawieniach, co na PS5 bywało kompromisem między rozdzielczością a płynnością. Oznacza to również, że posiadacze nieco słabszego sprzętu będą mogli cieszyć się pięknymi widokami tak samo, jak cała reszta.
Dodatkowo wersja PC oferuje pełne wsparcie dla Ray Tracingu, co widać szczególnie w odbiciach na pancerzu Sama, tafli wody czy wewnątrz sterylnych kwater Magellana. Dochodzi do tego obsługa formatów ultraszerokich (21:9 oraz 32:9). W przeciwieństwie do konsolowego zablokowanego klatkażu, na PC możemy grać w 120, 144, a nawet 240 klatkach na sekundę. Przy tak dynamicznej pogodzie i efektach sieci chiralnej, wysoka płynność sprawia, że gra wygląda jak interaktywny film akcji.

Choć gry przenoszone z konsol na PC często borykają się z problemami z optymalizacją, tutaj nie uświadczyłem żadnych trudności. Na koniec dodam, że gra jest po prostu śliczna, a przerywniki filmowe to wizualny majstersztyk. Ogólny styl graficzny jest spójny z poprzednią częścią, a projekty przeciwników są przepiękne. Żałuję jedynie, że inne gry segmentu AAA nie wkładają tyle serca w oprawę co ekipa Kojimy.
Podsumowanie – Tak, wyjdę za Ciebie!!!
Przejdźmy do najtrudniejszej części, czyli podsumowania. Jak widać, bawiłem się świetnie i z pewnością dokończę historię Sama (standardowo przed napisaniem recenzji spędzam z tytułem co najmniej 10 godzin). Death Stranding 2 to przede wszystkim świetna kontynuacja, co jak wspomniałem przy mechanice, ma swoje wady i zalety.

Żyjemy w czasach, kiedy niemal każdy drogi produkt przed wypuszczeniem na rynek jest konstruowany tak, aby trafiał do jak najszerszej grupy odbiorców. To logiczne, ponieważ im więcej osób kupi, tym więcej twórcy zarobią. Mam wrażenie, że Hideo Kojima ma to kompletnie gdzieś. Jego nowa gra jest ekstremalnie mocno powiązana z „jedynką”, ale jest w tym jakaś metoda. Nasz gamingowy celebryta zapewne wie, że jego produkcje są na tyle dobre, iż obronią się finansowo same, a pierwsza część Death Stranding wciąż wygląda na tyle dobrze, że ludzie chętnie po nią sięgną, tym bardziej że można ją kupić znacznie taniej.
Czytaj też: Recenzja NiOh 3. Soulsy w feudalnej Japonii!
Gdybym nie znał pierwszej części i tak przyjąłbym „dwójkę” do recenzji, ale już wiem, że bawiłbym się przy niej o wiele gorzej. Dlatego każdemu, kto jest zainteresowany tym tytułem, gorąco polecam najpierw nadrobić pierwowzór lub przynajmniej obejrzeć solidne streszczenie na YouTube przed rozpoczęciem przygody. Dodam jeszcze tylko że samo przejście na port PC odbyło się bardzo dobrze, nie miałem problemów z optymalizacją a cały interfejs i używane klawisze są rozstawione poprawnie intuicyjnie, dlatego. Przeszczep przeszedł pomyślnie, panie doktorze 😉

Pozostaje jeszcze najtrudniejszy temat, czyli pieniądze. Gra na platformie Steam kosztuje 340 zł. W zamian za cenę pełnoprawnej gry AAA dostajemy około 60 godzin głównej rozgrywki (oczywiście wszystko zależy od indywidualnego stylu). Czy to mało? Z pewnością nie. Jeśli będziesz chciał ukończyć wszystkie wątki poboczne, „wujek Google” podpowiada, że zajmie Ci to nawet 110 godzin. Boom na przesadnie wielkie i rozwleczone gry powoli mija, wielu graczy cierpi na przesyt tytułami, których nigdy nie kończą. Moim zdaniem stosunek ceny do zawartości jest jak najbardziej uczciwy, choć oczywiście ostateczna decyzja zależy od Waszego portfela i cierpliwości do czekania na promocje.
To już koniec tej recenzji. Życzę Wam dobrej walki z Wynurzonymi!

