Do historii, w której występuje wojsko, wulkan, lawa i zagrożone miasto, doszło na Hawajach pod koniec 1935 roku. Wtedy to lawa z Mauna Loa zaczęła zbliżać się do obszaru kluczowego dla bezpieczeństwa Hilo. Nie chodziło tutaj jednak o spektakularny obraz miasta zalewanego czerwonym strumieniem (patrz Pompeje), ale o bardziej przyziemny, ale ciągle groźny scenariusz – zagrożenie dla źródeł wody. Wtedy pojawił się plan, który do dziś działa na wyobraźnię: skoro nie da się zatrzymać wulkanu, to może da się przynajmniej uderzyć w sam mechanizm zasilający lawę? Tak właśnie naukowcy oraz wojsko wspólnie doprowadzili do jednej z najdziwniejszych operacji ratunkowych XX wieku.
Kiedy Mauna Loa zaczęła iść w stronę Hilo?
Erupcja rozpoczęła się 21 listopada 1935 roku w kalderze szczytowej Mauna Loa, a kilka dni później aktywność przeniosła się niżej, bo na północne stoki wulkanu. Właśnie tam powstał przepływ, który po okresie pozornego uspokojenia ruszył w stronę Hilo. Tempo marszu lawy robiło wrażenie nawet jak na hawajskie realia, bo postępowało o około 1,6 km na dobę, a miejscami nawet 2-3 km dziennie. Największy niepokój budziła perspektywa dojścia do górnego biegu rzeki Wailuku, od której zależało zaopatrzenie miasta w wodę. Dlatego sprawa stała się kryzysem wymagającym decyzji tu i teraz.
Czytaj też: Niczym niewidzialny snajper na niebie. Na wojnie taka maszyna jest na wagę złota

Warto to dobrze zrozumieć, bo tu nie chodziło o naiwną próbę “wysadzenia wulkanu”. Mauna Loa jest jednym z najlepiej znanych czynnych wulkanów świata, ale nawet dziś kontrolowanie lawy w terenie pozostaje zadaniem skrajnie trudnym. W 1935 roku wiedza była jeszcze skromniejsza, a presja czasu ogromna. Mimo to geolodzy nie działali całkowicie po omacku. Wiedzieli, że jeśli uda się uszkodzić kanały albo tunele lawowe przy źródle przepływu, to istniała szansa na osłabienie groźnego ramienia i skierowanie materii w mniej niebezpieczną stronę.
Pomysł, który brzmiał jak wojskowa improwizacja
Za tytułową koncepcją stał przede wszystkim Thomas A. Jaggar, założyciel Hawaiian Volcano Observatory, wspierany przez Ruy’a Fincha. Sam pomysł użycia materiałów wybuchowych nie narodził się zresztą wtedy po raz pierwszy. Już podczas zagrożenia Hilo erupcją z lat 1880-1881 rozważano podobne działania, ale ostatecznie ich nie przeprowadzono. W 1935 roku presja była jednak większa, a lotnictwo dawało coś, czego nie oferowała wyprawa naziemna – szybkość i możliwość dotarcia blisko aktywnego źródła przepływu bez wysyłania ludzi pod samą lawę. Właśnie dlatego do akcji włączono funkcjonującą w latach 1926-1941 formację lotnictwa United States Army Air Corps, a samą akcją nadzorował George S. Patton, wówczas jeszcze nie legendarny generał z II wojny światowej, tylko oficer armii amerykańskiej.

27 grudnia 1935 roku dziesięć dwupłatowych bombowców Keystone B-3 i B-4 zrzuciło nad przepływem Humuʻula łącznie 40 bomb na dwa obszary położone w odległości do około 2 km od aktywnego źródła lawy. Dwadzieścia z nich stanowiły bomby burzące Mk I o masie około 275 kg każda, uzbrojone w około 161 kg TNT. Pozostałe 20 było tak zwanymi ładunkami pomocniczymi używanymi do oznaczania celu i właśnie tu zaczyna się najciekawsza część tej historii. Bo o samym zrzuceniu bomb nie ma sporu. To fakt historyczny. Spór dotyczy tego, czy cała operacja cokolwiek zmieniła.

Czytaj też: Kolejna tona stali już nie wystarcza. Armie stawiają na nowy niewidzialny pancerz dla czołgów
Jaggar bardzo szybko ogłosił sukces i twierdził, że nalot pomógł przyspieszyć koniec przepływu. W jego interpretacji bomby miały doprowadzić do rozładowania ciśnienia przy źródle i osłabić lawę płynącą w stronę Hilo. Problem w tym, że lawa nie zatrzymała się natychmiast, nie zmieniła też w sposób dramatyczny kierunku. Najpierw zwolniła, potem jeszcze ruszała naprzód, aż ostatecznie 2 stycznia 1936 roku uznano przepływ za martwy.
Sukces według Jaggara, zbieg okoliczności według reszty
Sceptyczni byli już niektórzy współcześni uczestnicy tych wydarzeń. Howard Stearns z USGS, który leciał w jednej z maszyn, uważał spowolnienie lawy za zbieg okoliczności. Z czasem podobny pogląd zaczął dominować również w późniejszej analizie geologicznej. Dzisiejsze stanowisko USGS jest wyraźne: bombardowanie przeprowadzono w chwili, gdy erupcja najpewniej i tak już słabła, a dowodów na to, że bomby uruchomiły nowy wypływ przy źródle albo zdecydowanie przestawiły lawę na inną trasę, po prostu nie ma. Nie znaczy to tego, że sam nalot był absurdem, ale że po prostu nie możemy wskazywać, że był to jednoznaczny triumf techniki nad żywiołem.

Można więc dojść do wniosku, że w tamtych czasach zdesperowani ludzie sięgnęli po środek, który w tamtym momencie wydawał się logiczny. Później część uczestników uwierzyła, że zadziałał. Nauka, już na chłodno, uznała jednak, że najpewniej pomylono korelację z przyczyną. Co ciekawe, nie wszyscy mieszkańcy przyjęli bombardowanie z ulgą. Część Hawajczyków otwarcie protestowała, uznając ingerencję za bezsensowną i wymierzoną przeciw Pele, bogini wulkanów.
Czy w ogóle da się sterować lawą?
Czasem tak, ale tylko w szczególnych warunkach i prawie nigdy nie w sposób szybki ani prosty. Znane przykłady częściowo skutecznego spowalniania albo odchylania lawy wyglądały inaczej. Udane działania we Włoszech i na Islandii wymagały kosztownych, wielomiesięcznych operacji prowadzonych bez przerwy tak długo, jak długo trwało zagrożenie. Podczas erupcji Eldfell na islandzkiej wyspie Heimaey w 1973 roku pompowanie ogromnych ilości wody morskiej faktycznie pomogło spowolnić i odsunąć lawę od kluczowej części miasta oraz portu, ale był to wysiłek ciągły, rozciągnięty na miesiące.

Właśnie dlatego historia z Hawajów jest bardziej opowieścią o desperacji niż o zwycięstwie. W 1935 roku ludzie zrobili coś, co z ich perspektywy miało sens. Nie mieli luksusu czekania na idealny model symulacyjny, pełne dane i wielomiesięczne przygotowania. Mieli lawę, ograniczony czas i nadzieję, że uda się choć trochę oszukać geometrię przepływu. Dzisiejsza wiedza pozwala spojrzeć na ten epizod chłodniej, ale nie powinna odbierać mu powagi. To nie była kuriozalna anegdota z dziejów lotnictwa, a prawdziwy kryzys, na który odpowiedziano rozwiązaniem będącym na granicy nauki, wiary i wojskowej improwizacji.
Czytaj też: Front wymusił nową klasę maszyn. Sky Devil pokazuje, czego dziś naprawdę potrzebuje wojsko
Po dziś dzień wulkany fascynują nas tak mocno nie tylko przez skalę zniszczeń, ale przez to, że obnażają granice kontroli. Dobrze widać to także w dzisiejszych tematach geologicznych – od zagadki Etny, przez podmorskie pola lawowe Axial Seamount, po historię Bezimiennego, którego erupcja dosłownie rozerwała. Za każdym razem wraca ten sam motyw: człowiek potrafi coraz więcej mierzyć, przewidywać i modelować, ale kiedy skała, ciśnienie i temperatura ruszają, to pewność siebie szybko topnieje.

