Połączyli dwa światy w unikalnym amortyzatorze rowerowym. Opowiem Ci, dlaczego to ważne

Sprężyna czy powietrze w tylnym amortyzatorze rowerowym? Co daje większą czułość, co łatwiej ustawić, co mniej boli w razie awarii i co po prostu jest lepsze? Niemiecka firma Intend postanowiła raz na zawsze ukrócić to pytanie, łącząc dwa światy w unikalnym amortyzatorze rowerowym o nazwie Rover.
Połączyli dwa światy w unikalnym amortyzatorze rowerowym. Opowiem Ci, dlaczego to ważne

W świecie rowerów górskich nietrudno dziś jest o premiery nowych sprzętów, które zamiast zapewniać nam rzeczywiste nowości, próbują sprzedać coś dobrze znanego jako wielki przełom. Czasem dostajemy nową nazwę starego pomysłu, czasem kosmetyczną zmianę konstrukcji, a czasem po prostu kolejną wersję produktu, która tylko ma wyglądać bardziej technicznie niż poprzednia. Jednocześnie sprzęty takie jak tylne amortyzatory rowerowe (dampery) trudno jest rzeczywiście ulepszyć i dlatego właśnie nowy Intend Rover zwrócił moją uwagę.

Intend nie wymyślił koła od nowa, ale połączył dwa różne charaktery pracy

Rowerzyści-marzyciele chcą zwykle dwóch rzeczy naraz. Z jednej strony oczekują miękkiego, czułego początku skoku i bardziej liniowego charakteru znanego ze sprężyny, a z drugiej nie chcą rezygnować z wygody strojenia, progresji i ochrony przed dobiciem, które daje konstrukcja powietrzna. Intend uznał więc, że zamiast opowiadać się po jednej ze stron, spróbuje połączyć oba podejścia w jednym amortyzatorze. Efektem tego jest damper Rover, który nie jest klasycznym amortyzatorem sprężynowym ani zwykłym powietrznym modelem z inną obudową. Jest to hybryda oparta na wcześniejszym damperze Hover sprzed roku, do którego Intend dołożył sprężynę i zbudował wokół tego osobny produkt sprzedawany w wersji na dwa różne mocowania w dwóch wariantach rozmiarowych, 3-pozycyjną blokadą i możliwością konwersji między dwoma typami mocowania.

Czytaj też: Ruszyli świętość napędu rowerowego. Kaseta znika z koła, aby żyło się lepiej

Sedno pomysłu jest z kolei proste. Część powietrzna nadal odpowiada za progresję i ograniczanie dobicia, a także zachowuje samobalansujące komory dodatnią i ujemną. Z kolei sprężyna przejmuje sporą część podstawowej pracy resorowania, dzięki czemu amortyzator może działać przy niższym ciśnieniu powietrza. W teorii daje to mniejsze tarcie uszczelek, wyższą czułość na drobne nierówności i bardziej liniowy początek skoku, a to wszystko bez całkowitej utraty tego, co ludzie lubią w konstrukcjach powietrznych. Właśnie dlatego Rover może okazać się ważny, bo rynek od dawna szuka sposobu na to, jak sprawić, żeby amortyzator nie był albo wygodny do ustawienia, albo wyjątkowo miękki na początku skoku, ale dawał oba efekty jednocześnie.

Czytaj też: Elektryczny rower na sterydach. Ten silnik jest tak mocny, że nie uwierzysz w jego istnienie

Nieprzypadkowo podobne myślenie widać już także w innych rozwiązaniach, choćby w systemie GENIE opisywanym przy Specialized Levo R, gdzie pierwsza część pracy ma przypominać sprężynę, a końcówka ma wyraźnie rosnąć, by lepiej chronić przed dobiciem. W tym sensie Rover wpisuje się w szerszy kierunek rozwoju amortyzatorów rowerowych, który próbuje odejść od prostego “albo-albo”.

Rover dla roweru. Czy ten amortyzator rowerowy to ideał?

Największa zaleta Rovera polega na tym, że użytkownik nie musi dobierać charakteru pracy wyłącznie przez wymianę sprężyn jak w klasycznych konstrukcjach sprężynowych. Korekty mają odbywać się po prostu przez zmianę ciśnienia powietrza, a sam amortyzator dostaje indywidualne strojenie pod masę rowerzysty i kinematykę ramy. Skok można dodatkowo redukować o 2,5 mm, 5 mm lub 7,5 mm, co stanowi bardzo wygodne podejście, bo właśnie takie proste strojenie jest jednym z głównych powodów, dla których część rowerzystów obawia się wejścia w świat sprężyn. Drzemie tu jednak mały problem, bo oficjalny sklep Intenda wskazuje sprężynę tytanową dla rowerzystów o masie 65-90 kg i stalową dla 90-130 kg, co oznacza, że w tym modelu amortyzatora nie mamy tu pełnej swobody znanej z klasycznych sprężynowych rozwiązań z szerokim wachlarzem twardości.

Czytaj też: Na nic Twoje słuchawki z ANC. Teraz rowerzysta upomni się o Twoją uwagę

Gdyby tego było mało, jak na takie nowości przystało, tanie to to nie jest. Firma wyceniła swój produkt na poziomie do 1050 euro, co przekłada się na około 4400 zł. Jeśli jednak Rover faktycznie pokaże, że da się połączyć sprężynową kulturę pracy z wygodą strojenia amortyzatora powietrznego, a to wszystko bez dużych strat po którejś stronie, to inni producenci szybko zaczną się temu przyglądać i zdemokratyzują cenowo to podejście. Jest to praktycznie pewne, bo przecież rynek już dziś eksperymentuje z bardziej liniowym początkiem skoku, większą czułością na małych nierównościach i sprytniejszym zarządzaniem progresją pod koniec.

Źródła: Intend

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.