Rowerowa dętka zaczęła gadać z telefonem. Gwarantuję, że głupszego pomysłu dziś nie usłyszysz

Widzę, że robienie z rowerów pojazdów wypełnionych elektroniką postępuje w najlepsze. Najpierw elektronika weszła tam, gdzie łatwo było ją uzasadnić, bo do napędów elektrycznych, liczników, świateł, radarów, przerzutek i amortyzacji. Potem zaczęła jednak schodzić jeszcze niżej, czyli do części, o których większość użytkowników myśli dopiero wtedy, gdy coś przestanie działać. Tym razem moją uwagę przykuła dętka, która potrafi wysyłać dane na temat ciśnienia prosto do telefonu i nie ma nic “opasłego” na wentylu, ale kosztuje o wiele za wiele, a na dodatek jest nienaprawialna.
Rowerowa dętka zaczęła gadać z telefonem. Gwarantuję, że głupszego pomysłu dziś nie usłyszysz

Z tego typu pomysłu łatwo oczywiście się śmiać. Dętka to przecież jeden z najbardziej prozaicznych elementów roweru. Ma trzymać powietrze, nie pękać i nie kosztować tyle, żeby bawić się w jej łatanie, kiedy nie ma ku temu potrzeby (np. na trasie). Z drugiej jednak strony ciśnienie w oponach jest jednym z tych składowych całego roweru, które bezpośrednio wpływają na komfort i bezpieczeństwo jazdy, bo przekładają się na przyczepność, opory toczenia, ryzyko dobicia obręczy i zachowanie roweru na mokrym asfalcie. Czy więc jednak Tubolito SYNCD ma więcej sensu niż mogłoby się z pozoru wydawać?

Tubolito SYNCD, czyli dętka z Bluetooth i pomiarem ciśnienia na żywo

Firma Tubolito tym razem pokazała światu Tubo-Road SYNCD, czyli dętkę szosową z TPU i zintegrowanym, zasilanym modułem Bluetooth. Jest ona przeznaczona do opon o szerokości od 23 do 35 mm i występuje z wentylami 42, 60 oraz 80 mm. Jej masa zależy od długości wentyla i wynosi od 44 do 46 gramów. Nie jest to jednak pierwszy kontakt tej firmy z “inteligentną” dętką, bo już w 2021 roku na rynku pojawił się model Tubo-MTB PSENS z NFC, ale akurat tam obsługa była znacznie bardziej ograniczona. Trzeba było bowiem zatrzymać się, zbliżyć telefon do koła i dopiero wtedy odczytać ciśnienie. Nowy wariant idzie krok dalej, bo wysyła dane w czasie rzeczywistym do aplikacji na iOS/Android albo do zgodnego licznika Garmin. Zastanówmy się więc, takie coś w ogóle ma sens.

Czytaj też: Rowerowy świat znów będzie się spierał. Trzynasty bieg trafia do napędu premium

Sama koncepcja użycia jest na szczęście prosta. Montujemy dętkę tak, jak zwykłą, obracamy kołem, czujnik się aktywuje, a później można ustawić minimalny i maksymalny próg ciśnienia. Jeśli ciśnienie zacznie nagle spadać, telefon lub licznik powinien o tym poinformować. Nie jestem przekonany, czy jest to coś, co może uratować rowerzyście skórę w przypadku przebicia dętki podczas np. zjazdu. Pęknięcie w takich scenariuszach zwykle jest ogromne i w efekcie znacznie szybciej można wyczuć, że to z kołem dzieje się coś nie tak i żadne powiadomienie nie będzie szybszą informacją od ot nagle dziwnie zachowującej się kierownicy. Inną sprawą jest niewielka dziurka, która powolutku drenuje dętkę z ciśnienia – wtedy spoko, ciągłe pomiary podczas jazdy mają sens, bo pozwalają coś zaplanować jeszcze podczas jazdy i ratują nas przed jakimkolwiek zaskoczeniem np. po wyjściu ze sklepu, szkoły czy pracy.

Czytaj też: Cieszę się podwójnie, bo producenci rowerów wreszcie zrozumieli, że moc to nie wszystko

Jednak osobiście w tego typu dętce z punktu widzenia użytkownika dostrzegam przede wszystkim wygodę i większą kontrolę wtedy, kiedy na rowerze wcale nie jedziemy. Ile to razy wybieraliście się na wielką wyprawę, aby pod sam koniec przygotowań odkryć, że rower nie nadaje się do jazdy i trzeba dętkę albo wymieniać, albo łatać? Koniec z tym – mając np. rower za ścianą w garażu, możemy mieć pewność, że każdy ubytek powietrza zostanie zgłoszony przez aplikację. Tutaj właśnie dostrzegam największą zaletę przeniesienia działania czujnika z NFC na Bluetooth, ale wiecie co? Nadinterpretowałem niestety funkcje tej dętki, doszukując się w niej czegoś użytecznego z mojego punktu widzenia. Tubo-Road SYNCD to niestety dętka, która ma informować o ciśnieniu przede wszystkim podczas jazdy, a nie ciągle. Wszystko przez fakt ukrycia czujnika ciśnienia i elektroniki bezpośrednio w dętce, a nie na wentylu, co ma swoją cenę.

Cena za zestaw dwóch dętek wynosi około 169 złotych, co jednoznacznie potwierdza, że samo zaszywanie technologii w dętkę, to nie idealny pomysł. Oznacza to bowiem, że w razie jej przebicia, do śmieci trafia nie tylko kawałek tworzywa sztucznego, ale też elektronika, która z racji zamkniętej formy ma na dodatek ograniczoną żywotność z racji niewymiennej baterii (dwa lata lub około 10000 km). Po rozładowaniu czujnika dętka nadal może działać jak zwykła dętka, ale funkcje smart znikają. Firma podkreśla jednak, że użytkownik może wyciąć czujnik ze zużytej dętki, odesłać go i dostać 30 procent rabatu na nową. Tylko że samo “wycięcie czujnika” mówi właściwie wszystko o charakterze tego rozwiązania.

Rowerowa elektronika to wygoda, ale czy warta swojej ceny?

Patrzę na Tubo-Road SYNCD w tym samym kontekście, w którym patrzyłem na rowery z coraz mocniej zintegrowaną elektroniką. Podobny problem widać przy rowerach elektrycznych z jednym systemem zasilania dla silnika, zawieszenia i sztycy, gdzie wygoda idzie w parze z większą zależnością od zamkniętego ekosystemu. Blisko tego samego kierunku są też rowery, które same zarządzają elementami jazdy i zabezpieczeniami. Cel jest prosty – rower ma mniej wymagać od użytkownika, więcej kontrolować sam i coraz częściej przypominać urządzenie elektroniczne, a nie tylko mechaniczny środek transportu i teraz pytanie brzmi: gdzie jest granica? Elektroniczna przerzutka ma sens, bo zmienia precyzję i powtarzalność zmiany biegów. Radar rowerowy ma sens, bo poprawia świadomość sytuacyjną na drodze. Czujnik ciśnienia też ma sens, ale tylko w sensownej formie “gadżetu na lata”, a nie sprzętu, który jest drogi, a na dodatek nienaprawialny.

Czytaj też: No i to jest porządny rower. Tak porządny, że “zabił” trzy inne modele, a ceną zmusza do ucieczki

Jeśli jednak mam stanąć w obronie Tubolito SYNCD, to… no cóż. Taka dętka nie jest ewidentnie produktem dla osoby, która raz w miesiącu jedzie po bułki albo robi często ot byle spokojną pętlę po okolicy. Nie jest też idealnym wyborem dla kogoś, kto ma dość ładowania, parowania i aktualizowania wszystkiego, co tylko dotknie roweru. Dla takich osób zwykła dętka i pompka z manometrem to zestaw wystarczający. Jednak w kolarstwie szosowym, gravelowym albo treningowym widzę miejsce na ten pomysł. Przy szerszych oponach, niższych ciśnieniach i coraz większej popularności jazdy po mieszanych nawierzchniach to, jak napompujemy dętkę, ma bezpośredni wpływ na zachowanie roweru. Monitorowanie go podczas jazdy nie jest więc tak absurdalne, jak może wyglądać po przeczytaniu hasła “dętka z Bluetooth”. Tubolito trochę jednak przesadza, bo łączy drogi materiał, elektronikę, niewymienne zasilanie i element eksploatacyjny w jednym produkcie, a to już za wiele.

Źródła: Tubolito

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.