Robot zamiast żołnierza w najgorszym miejscu bitwy. Przyszłość piechoty wygląda brutalnie

Od lat mam wrażenie, że robotyzacja wojny sprzedaje nam dwa skrajnie różne obrazy. W jednym widzimy precyzyjne, autonomiczne maszyny, które same rozpoznają cel, same wybierają moment ataku i niemal elegancko rozwiązują problem, który dla człowieka byłby chaosem, błotem, paniką i ogniem. W drugim obrazie jest coś znacznie mniej atrakcyjnego, ale moim zdaniem dużo bliższego prawdy – maszyna ma po prostu wejść tam, gdzie człowiek ryzykowałby zbyt wiele.
Robot zamiast żołnierza w najgorszym miejscu bitwy. Przyszłość piechoty wygląda brutalnie

Kiedy patrzę dziś na humanoidalne roboty wojskowe, to aż tak nie interesuje mnie najbardziej pytanie, czy będą strzelać z karabinu. Prawdziwy przełom może kryć się gdzie indziej, bo w pierwszych metrach szturmu, w klatce schodowej, w wejściu do zaminowanego budynku czy w okopie, w którym ktoś musi sprawdzić, czy za zakrętem nie czeka pułapka. Właśnie tam zaczyna się mniej filmowa, a przez to ciekawsza twarz wojny robotów.

Wojna robotów nie zaczęła się od humanoida

Odkąd piszę o dronach bojowych, amunicji krążącej i naziemnych maszynach wojskowych, to mam spore wrażenie, że ludzkość bardzo szybko oswoiła się z jednym wzorem – robot ma być tani, liczny i wystarczająco skuteczny, żeby przeciwnik musiał tracić czas, amunicję oraz uwagę. Shahedy, FPV, małe platformy naziemne, morskie bezzałogowce. Te wszystkie sprzęty przesunęły środek ciężkości z pojedynczej, kosztownej platformy na masowość oraz zużywalność. Podobny mechanizm widać przy naziemnych rojach FireAnt, bo tam również najważniejsza nie jest sama maszyna, ale przede wszystkim sposób, w jaki wymusza zmianę zachowania przeciwnika.

Czytaj też: Sowieci chcieli usłyszeć koniec świata, a doprowadzili go do szału. Radar przyszłości zardzewiał pod Czarnobylem

W 2024 roku ukraińska 13. Brygada Gwardii Narodowej przeprowadziła coś, co można traktować jako symboliczny moment tej epoki, bo wtedy to miał miejsce pierwszy szturm wykonany wyłącznie przez roboty. Nie były to jeszcze humanoidy. Mówimy raczej o naziemnych platformach wielkości quada, poruszających się z prędkością około 6,4 km/h. Część z nich przenosiła ładunki wybuchowe do ataków kamikadze, część miała zdalnie sterowane stanowiska z karabinem maszynowym. Akcja zakończyła się powodzeniem, ale teren okazał się przeciwnikiem prawie tak samo upartym jak Rosjanie, bo jeden robot ugrzązł po drodze, a drugi przy powrocie. Pokazuje to zresztą ograniczenie klasycznych UGV.

Koła i gąsienice są świetne dopóty, dopóki wojna rozgrywa się na drodze, w płaskim terenie albo w środowisku, które da się wcześniej dobrze rozpoznać. Problem zaczyna się w ruinach, lesie, piwnicy, klatce schodowej, na zawalonym chodniku i przy drzwiach, które trzeba nie tylko zobaczyć, ale też fizycznie otworzyć. Tutaj humanoid przestaje być fanaberią projektantów zakochanych w ludzkiej sylwetce. Zaczyna być narzędziem dopasowanym do świata zbudowanego pod ludzi.

Phantom MK1 ma wejść tam, gdzie człowiek może zginąć

Amerykański Phantom MK1 od firmy Foundation jest świetnym przykładem tego, w którym kierunku zmierzają humanoidalne roboty wojskowe. Wygląda wprawdzie jak rekwizyt z drogiego serialu wojskowego, ale jego najciekawsza rola wcale nie polega na tym, że miałby zastąpić piechura w klasycznej wymianie ognia. Armia USA testuje maszyny w kontekście tzw. działań przełamujących, czyli jednych z najbardziej ryzykownych zadań w operacjach naziemnych. Chodzi o przechodzenie przez przeszkody, miny, wąskie wejścia do budynków, strefy obserwowane przez przeciwnika i miejsca, w których każdy metr może być pułapką.

Phantom MK1 ma około 183 cm wzrostu i waży około 80 kg. Nie jest to już byle zabawka laboratoryjna, ale też nie jest niezniszczalny superżołnierz. W praktyce taki robot mógłby wejść do budynku, wspiąć się po schodach, umieścić ładunek na drzwiach, odsunąć się, odpalić go, przejść przez otwór i sprawdzić, co jest dalej. Jeśli trafi na minę-pułapkę, ogień z ukrytego stanowiska albo improwizowany ładunek, to zostanie zniszczony. Brutalne? Tak. Ale cała logika robotyki bojowej opiera się właśnie na tym, że robot jest zastępowalny w sposób, w jaki człowiek nigdy nie powinien być.

Dlatego nie kupuję dziś prostego skojarzenia dzisiejszej robotyki wojskowej z byle “robotem-zabójcą”. Owszem, Phantom może obsługiwać standardową broń, a w tym karabinki szturmowe, ale nie wiadomo, jak skutecznie operator byłby w stanie celować przez zdalny system w realnym chaosie walki. Dużo bliższy wydaje mi się wariant w takim stylu, że humanoid byłby pierwszą sylwetką w drzwiach, pierwszym celem dla przeciwnika i pierwszą rzeczą w ogóle, która zbiera ogień.

Człowiek strzela, a robot kule zbiera. Właśnie tak wygląda praktyczna przewaga maszyny na wojnie.

Największą zaletą może być to, że robot jest łatwym celem

Na pierwszy rzut oka “łatwy cel” brzmi jak wada. Dla piechura oczywiście, ale dla robota już niekoniecznie. Jeśli przeciwnik strzela do humanoida, to zdradza swoją pozycję, kierunek ognia i często też rodzaj uzbrojenia. W świecie, w którym nad polem bitwy wiszą drony, a każdy błysk, ruch i emisja mogą zostać zamienione w współrzędne dla artylerii, zmuszenie wroga do ujawnienia się ma ogromną wartość. Dlatego właśnie tu humanoidy mogą wejść w ciekawą niszę między klasycznymi UGV a żołnierzem.

Naziemne roboty kołowe i gąsienicowe są coraz częściej używane w Ukrainie do logistyki, ewakuacji rannych i zadań bojowych, ale trudno je ukryć. Drony powietrzne wypatrują charakterystycznych kształtów i ruchu. Humanoid może natomiast schować się w okopie, bunkrze, ruinach, pod gałęziami albo w pozycji bardziej przypominającej człowieka niż pojazd. Nie dlatego, że jest niewidzialny, tylko dlatego, że jego forma lepiej pasuje do miejsc, w których walczy piechota.

W tym sensie coraz mniej chodzi o pytanie “czy robot dorówna człowiekowi?”, a coraz bardziej o pytanie “czy wystarczy, że robot wykona najgorsze 20 procent zadania?”. Jeśli wykona, to może zmienić rachunek strat. Jeśli wejdzie pierwszy i zostanie zniszczony, to nadal wykonał swoją funkcję. Jeśli zaś przeżyje, to dostarczył rozpoznanie, wymusił reakcję albo otworzył przejście. Dla mnie to dużo bardziej wiarygodny obraz najbliższej przyszłości niż bataliony perfekcyjnych androidów biegających po gruzach z karabinami.

Sterowanie zdalne zamiast autonomicznej piechoty

Wszystkie maszyny nie są jeszcze autonomicznymi żołnierzami w pełnym sensie. W najbliższym czasie ich użycie będzie najpewniej oparte głównie na zdalnym sterowaniu. Operator będzie widział świat przez kamery, czujniki i bardzo ograniczony przekaz z miejsca walki. Nie poczuje zapachu dymu, nie usłyszy wszystkiego tak jak człowiek w budynku, nie zauważy wielu drobnych sygnałów, które żołnierz odczytuje instynktownie. Oznacza, że robot może zostać zaskoczony, obejście może nie zostać zauważone, a opóźnienia i zakłócenia łączności mogą zamienić zaawansowaną maszynę w kosztowny problem.

Czytaj też: Pływające samoloty wojskowe fascynują mnie do dziś. Chiny robią z nich coś więcej

Z drugiej strony operator nie będzie walczył o własne życie w tej samej sekundzie. Nie spanikuje z powodu odłamków lecących obok głowy, nie straci oddechu po wbiegnięciu po schodach, nie cofnie się instynktownie przed drzwiami, które wyglądają podejrzanie. To nie czyni go lepszym żołnierzem, ale daje mu inną pozycję psychologiczną. Może chłodniej oceniać sytuację, dopóki system łączności i sensoryka dostarczają mu wystarczająco dużo informacji.

Właśnie dlatego uważam, że najbliższa przyszłość humanoidów wojskowych nie będzie polegała na ich pełnej samodzielności. Będzie polegała na wpychaniu ich w miejsca, w których człowiek podjąłby ogromne ryzyko. Autonomia przyjdzie później albo będzie bardzo ograniczona w stylu utrzymaj równowagę, przejdź przez drzwi, podnieś obiekt, idź za punktem, wróć po tej samej trasie. Wbrew pozorom to i tak wystarczy, żeby zmienić sposób planowania szturmu.

Cena zaboli, ale przemysł cywilny może ją zbić

Największym hamulcem humanoidów wojskowych pozostaje cena i niezawodność. Phantom MK1 ma kosztować około 150 tys. dolarów, czyli po przeliczeniu około 545 tys. zł. Nie jest to mało, zwłaszcza jeśli mówimy o maszynie, która z definicji może zostać utracona podczas pierwszej misji. Jednocześnie w wojskowym rachunku kosztów taki poziom przestaje wyglądać absurdalnie, gdy zestawi się go ze szkoleniem, wyposażeniem i utratą żołnierza. Nie chodzi o bezduszne sprowadzanie człowieka do kwoty, a tylko o brutalną arytmetykę planowania wojskowego.

Ciekawsze jest jednak to, że wojskowy rynek humanoidów może zostać rozpędzony przez przemysł cywilny. Fabryki, magazyny, porty i zakłady produkcyjne potrzebują robotów zdolnych pracować w przestrzeniach projektowanych dla ludzi. Dlatego wątek akumulatorów, napędów i masowej produkcji nie jest jakimś pobocznym tematem. Pisałem już o tym przy akumulatorze F.03 dla robotów humanoidalnych, bo czas pracy i bezpieczeństwo zasilania mogą zdecydować, które konstrukcje opuszczą pokazowe sceny i trafią do codziennej eksploatacji.

Czytaj też: 9700 ton, Aegis i SPY-6. Amerykanie dostali okręt bojowy godny XXI wieku

Optimus

Kwestia ceny może jednak ulec zmianie, jeśli Elon Musk rzeczywiście zbliży Optimusa do masowej produkcji i zejdzie kiedyś poniżej 20 tys. dolarów, czyli około 73 tys. zł po przeliczeniu. Chińskie Unitree również celuje w skalę, cenę i szybki rozwój możliwości. Nie twierdzę jednak, że tani robot z fabryki automatycznie stanie się dobrym robotem wojskowym, bo pole walki bardzo szybko niszczy elektronikę, mechanikę i założenia inżynierów. Jednocześnie jednak historia dronów pokazała już, jak błyskawicznie rozwiązania cywilne trafiają do wojskowych adaptacji.

Widok rodem z terminatora jest jeszcze odległy, ale nie nieosiągalny

Dzisiejsze humanoidy nadal mają ograniczony czas pracy liczony raczej w godzinach, zmagają się z odpornością na warunki terenowe, potrzebują stabilnej łączności, sensownego sterowania i znacznie lepszej autonomii. Filmiki z parkourem albo szybkim biegiem nie mówią wiele o tym, jak robot zachowa się w błocie, pod ostrzałem, z uszkodzonym czujnikiem, po upadku na gruz albo przy drzwiach częściowo zablokowanych przez meble.

Jednak nie lekceważyłbym tego etapu. Dla mnie najważniejsze jest nie to, że roboty są już “gotowe”, ale to, że nawet ich ograniczona wersja ma zastosowanie. W wojnie wyniszczającej, pod stałą obserwacją dronów i przy problemach z zasobami ludzkimi, maszyna nie musi być idealna. Musi zmniejszyć ryzyko dla człowieka, więc ta wielka przyszłość, o której przez lata mówiliśmy w kontekście robotów bojowych, nie przyszła jako elegancki android z własną wolą. Przyszła raczej jako zdalnie sterowana, droga, jeszcze nieporadna maszyna, którą ktoś będzie wysyłał w miejsca przeznaczone dotąd dla najbardziej narażonych żołnierzy.

Mam wrażenie, że właśnie dlatego trzeba traktować ją poważnie. Nie dlatego, że wygląda jak żołnierz z przyszłości, ale dlatego, że może stać się pierwszym “ciałem” wystawiającym się na ogień wroga.

Źródła: Popular Mechanics, Time, Kyiv Post

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.