9700 ton, Aegis i SPY-6. Amerykanie dostali okręt bojowy godny XXI wieku

W lotnictwie widać nową sylwetkę, w dronach widać nowy układ skrzydeł, w czołgach można wskazać nową wieżę albo aktywną ochronę. Na morzach i oceanach bywa inaczej. Dlatego czasem trudno mi dobrze opisywać te “nie międzygeneracyjne okręty wojenne”, bo żyją one swoim życiem pozornie małych modernizacji na przestrzeni całych dekad. Właśnie dlatego patrzę na kolejne niszczyciele Arleigh Burke z mieszanką podziwu i ostrożności.
Niszczyciel Arleigh Burke

Niszczyciel Arleigh Burke

Z jednej strony niszczyciele Arleigh Burke wywołują u mnie od lat podziw, bo mówimy o jednym z najbardziej udanych typów okrętów nawodnych we współczesnej historii. Z drugiej jednak odczuwam ostrożność, bo kiedy marynarka wojenna buduje przez tyle dekad kolejne warianty tej samej konstrukcji, to zawsze warto zapytać, czy mamy do czynienia z imponującą konsekwencją, czy z brakiem wystarczająco rozwiniętego następcy. W przypadku DDG 128 odpowiedź nie jest aż tak prosta.

Okręt Ted Stevens wypłynął z Ingalls…

Przyszły USS Ted Stevens (DDG 128) opuścił stocznię Ingalls Shipbuilding należącą do HII i ruszył w stronę Norfolk w stanie Wirginia, czyli swojej przyszłej bazy macierzystej. Później okręt ma zostać wcielony do służby podczas ceremonii w Whittier na Alasce. Nie jest to zresztą przypadkowe miejsce, bo jednostka nosi imię Teda Stevensa, a więc senatora z Alaski, weterana II wojny światowej i polityka mocno związanego z amerykańskim wojskiem. Jest to zresztą dla mnie świetną praktyką, że nazwy okrętów przyczyniają się do pamiętania historii.

Czytaj też: Nowy sposób zwiększenia potęgi wojska mnie zaskoczył. Nie trzeba było nowych silników, wystarczyła chemia

Jak na inne okręty typu Arleigh Burke przystało, jest to niszczyciel rakietowy, a dokładniej pisząc, wariant Flight III, będący pływającą platformą sensorów, systemu walki, rakiet, łączności i obrony warstwowej. Warianty Flight IIA i Flight III mają 155,29 metra długości, rozwijają prędkość ponad 56 km/h, a do tego zabierają na pokład załogę liczącą aż 359 osób. Innymi słowy, nie jest to byle mały okręt eskortowy do patrolowania spokojnych akwenów, a duży, wielozadaniowy niszczyciel projektowany do działania w środowisku, w którym zagrożenie może nadejść z powietrza, spod wody, z lądu i z innego okrętu.

… jako przedstawiciel konfiguracji Flight III

Najważniejszy element DDG 128 nie znajduje się jednak w samym kadłubie. Flight III jest zbudowany wokół radaru AN/SPY-6(V)1 i systemu walki Aegis Baseline 10. Ten zestaw sprawia, że Ted Stevens nie jest tylko kolejnym Arleigh Burke, ale częścią nowej generacji amerykańskich okrętów nawodnych.

Czytaj też: Turcja zrobiła własnego Shaheda

Bierze się to z faktu, że AN/SPY-6(V)1 to morski radar AESA z czterema stałymi ścianami antenowymi. Każda z nich składa się z 37 modułów radarowych, co daje ciągłą obserwację w zakresie 360 stopni. Są one zdolne do jednoczesnej pracy przeciwko pociskom balistycznym, hipersonicznym, manewrującym, zagrożeniom powietrznym, nawodnym oraz zakłóceniom elektronicznym. Innymi słowy, nie jest to byle “wykrywacz zagrożeń”, ale musimy pamiętać, że choć radar może widzieć więcej, szybciej i czyściej, to nadal pozostaje kwestia liczby pocisków w komorach VLS, jakości rozpoznania zewnętrznego, łączności z innymi jednostkami, czasu reakcji i ceny każdego przechwycenia.

Te kwestie opisywałem już przy modernizacji Mod 2.0 niszczycieli Arleigh Burke, gdzie cały sens zmian sprowadza się nie do kosmetyki, ale do utrzymania użyteczności starszych okrętów w świecie nowych sensorów, pocisków i systemów walki. W tym samym kierunku idzie amerykański DDG(X), który od lat funkcjonuje jako obietnica większego zapasu energii, miejsca i chłodzenia pod broń nowej generacji.

Flight III to ewolucja, ale bardzo wymowna

Arleigh Burke to konstrukcja, której korzenie sięgają końca zimnej wojny, a pierwsza jednostka weszła do służby w 1991 roku. Pokazuje to, jak długo Amerykanie eksploatują jedną rodzinę okrętów, a jednocześnie przypomina, że dobrze zaprojektowany kadłub, odznaczający się sensownym zapasem modernizacyjnym, może przeżyć kilka generacji elektroniki i uzbrojenia. Flight III nie jest przy tym prostą wymianą radaru.

Wedle Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych ta wersja obejmuje też zmiany w zakresie zasilania, chłodzenia i innych powiązanych elementów, bo nowy sensor oraz system walki to nie byle sprzęcik. Każdy dodatkowy wat mocy obliczeniowej i każdy mocniejszy radar oznaczają więcej ciepła, większe wymagania energetyczne i trudniejsze zarządzanie architekturą okrętu. Gdy Ticonderogi schodzą ze sceny, to właśnie typ Arleight Burke ma przejmować coraz większą część obowiązków związanych z osłoną grup lotniskowcowych, obroną przeciwrakietową i koordynacją walki w powietrzu.

Czytaj też: Turcja znów mnie zaskoczyła. Tym razem chodzi o wielką rewolucję wojskowego lotnictwa

Gdyby tego było mało, sam DDG 128 jest nie tylko nowym niszczycielem, ale też elementem szerszej próby rozciągnięcia amerykańskiego przemysłu stoczniowego. Jeśli Chiny budują flotę w tempie, które zmusza Waszyngton do nerwowego patrzenia na Ocean Spokojny, to kolejny Flight III ma znaczenie nie jako samotny bohater, lecz jako cegła w większym murze. Podobny niepokój opisywałem już przy tematach takich jak chrzest bojowy SM-6 czy strącenie roju dronów przez USS Carney, bo tam teoria obrony warstwowej zderza się już z praktyką współczesnych ataków.

Źródła: HII, Navy.mil

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.