Zamkną Cię w samolocie na 22 godziny, ale przynajmniej słono zapłacisz

Wygląda na to, że najdłuższy lot świata jest coraz bliżej, bo Airbus właśnie zrobił pierwszy poważny krok w kierunku transferów powietrznych trwających prawie dobę. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się to problematyczne, ale umówmy się – to wręcz znak przyszłości transportu lotniczego.
Zdjęcie poglądowe /Fot. Unsplash

Zdjęcie poglądowe /Fot. Unsplash

Z jednej strony wszyscy lubimy mówić o rewolucjach, nowych paliwach, wodorze, autonomii i naddźwiękowych maszynach w lotnictwie, a z drugiej większość pasażerów nadal chce po prostu jednego – dotrzeć szybciej, bez przesiadki, bez biegania po obcym lotnisku i bez ryzyka, że opóźniony pierwszy odcinek rozwali całą podróż. Takie banały najczęściej wymuszają najdroższe decyzje inżynieryjne i dlatego patrzę na najnowszy test Airbusa A350-1000ULR jak na coś ważnego.

Przez lata marzyliśmy o tym, że przyszłość latania będzie oznaczać prędkość. Concorde miał następców w wyobraźni, potem przyszły wizje hipersonicznych maszyn, a ostatnio regularnie wraca temat prywatnych naddźwiękowych demonstratorów, co widać choćby przy Hermeus Quarterhorse Mk 2.1. Tymczasem Airbus i Qantas idą inną drogą. Nie obiecują, że polecimy kilka razy szybciej. Obiecują za to, że nie będziemy musieli lądować po drodze.

A350-1000ULR wzbił się w powietrze. Pierwszy test był krótki, ale ma ogromne znaczenie

Airbus potwierdził, że A350-1000ULR o numerze MSN 707 wykonał pierwszy lot testowy w Tuluzie 2 czerwca 2026 roku. Obecny w nazwie akronim ULR oznacza “ultra-long-range”, co możemy przetłumaczyć na wariant o “ultra długim zasięgu”. Maszyna spędziła w powietrzu 3 godziny i 43 minuty, osiągając pułap nieco powyżej 12500 metrów. Nie był to oczywiście lot demonstracyjny na granicy możliwości, a wielki początek dwumiesięcznej kampanii certyfikacyjnej, podczas której sprawdzane będą m.in. ogólne zachowanie samolotu, nowa architektura układu paliwowego, chłodzenie zaplecza kuchennego oraz wentylacja i kontrola temperatury w kabinie.

Czytaj też: Ten silnik zmieni oblicze samolotów. XA103 ma asa w łopatkach i wreszcie go pokaże

Najważniejsza modyfikacja samolotu A350-1000ULR kryje się nie w fotelach, oświetleniu czy ekranach, ale w dodatkowym tylnym centralnym zbiorniku paliwa. Właśnie ten element ma zwiększyć zasięg samolotu o około 1850 km i pozwolić na loty np. z Sydney do Londynu bez przesiadki, a więc na dystansie bliskim 18500 km.

Co najważniejsze, nie jest to byle prototyp, który nigdy nie trafi do użytku, bo Airbus opisuje A350-1000ULR jako czwarty pasażerski wariant rodziny A350, obok A350-900, A350-900ULR i A350-1000. Ba, Qantas planuje wykorzystywać te samoloty w ramach Project Sunrise, czyli programu bezpośrednich połączeń z Australii na wschodnie wybrzeże USA i do Europy. Pierwszy dostarczony egzemplarz ma trafić do linii w kwietniu 2027 roku, choć pierwotne ambicje były szybsze i zakładały start usług wcześniej.

Najdłuższy lot świata przestanie być rekordem dla rekordu

Dziś za najdłuższy regularny lot pasażerski uchodzi połączenie Singapore Airlines między Nowym Jorkiem JFK a Singapurem. Mowa o trasie liczącej 15349 km po wielkim kole i obsługiwanej Airbusem A350-900ULR, z blokowym czasem lotu 18 godzin i 50 minut. A350-1000ULR dla Qantasa ma przesunąć tę granicę wyraźnie dalej, bo mówimy o lotach do 22 godzin bez lądowania. Oczywiście rekordy w lotnictwie pasażerskim bywają wdzięczne medialnie, ale biznesowo szybko robią się bezlitosne.

Samolot może polecieć bardzo daleko, ale ktoś musi jeszcze zapłacić za paliwo, za niższą liczbę miejsc, za załogę, za serwis, za certyfikację i zagwarantować, że pasażer po 20 godzinach w kabinie nadal powinien wyjść z samolotu w stanie umożliwiającym normalne funkcjonowanie. Właśnie dlatego Project Sunrise wydaje mi się ciekawszy jako eksperyment graniczny niż jako proste “zobaczcie, jak daleko polecimy”, a to przez podejście Qantas.

Qantas nie wziął zwykłego A350-1000, nie dołożył mu zbiorników paliwa i nie upchnął w środku tylu foteli, ile tylko się da. Linia ta zamówiła 12 specjalnie przygotowanych maszyn, a cały program został już zapowiedziany w 2017 roku. W maju 2022 roku wybór padł na A350-1000ULR, a celem stały się bezpośrednie loty ze wschodniego wybrzeża Australii do Londynu i Nowego Jorku. Qantas przekonuje, że taki układ może skrócić podróż nawet o cztery godziny względem wariantów z przesiadką.

Samolot zaprojektowany specjalnie pod ludzką wytrzymałość

Qantas przewiduje konfigurację zaledwie 238 miejsc, podczas gdy inne A350-1000 potrafią zabierać ponad 300 pasażerów. W kabinie znajdzie się 6 apartamentów pierwszej klasy, 52 miejsca biznesowe, 40 foteli premium economy i 140 miejsc economy. Do tego dochodzi strefa Wellbeing Zone, umieszczona między premium economy a economy, z uchwytami do rozciągania, programami ćwiczeń na ekranach, stacją nawodnienia i przekąskami.

Czytaj też: MagniX ma odciąć najważniejsze samoloty od benzyny, ale MagniAIR będzie dopiero początkiem

Trudno się temu dziwić, bo przy lotach trwających prawie dobę samolot przestaje być zwykłym środkiem transportu. Staje się czymś pomiędzy hotelem, zamkniętym biurem, kapsułą snu i testem cierpliwości. Można wprawdzie śmiać się z obecnej na pokładzie strefy dobrego samopoczucia, ale po 20 godzinach w pozycji siedzącej taka przestrzeń zaczyna wyglądać jak próba złagodzenia problemu, którego nie da się prosto rozwiązać w stalowym gigancie.

Brzmi luksusowo? Tylko częściowo. W praktyce to również matematyka masy i przychodów. Mniej foteli oznacza więcej miejsca, ale też wyższą presję na ceny biletów. Ponad 40 procent miejsc ma trafić do kabin premium, co mówi wiele o tym, dla kogo powstaje ten samolot. Nie dla turysty szukającego najtańszego połączenia z dwiema przesiadkami. Raczej dla pasażera, który uzna, że brak międzylądowania, prywatność, sen i oszczędność czasu są warte wszelkiej dopłaty.

W tym sensie A350-1000ULR pokazuje przyszłość, ale niekoniecznie łatwo dostępną. Jest to bardziej przyszłość dla tras o wysokiej wartości biznesowej, dla kierunków, gdzie czas i wygoda dają się sprzedać drożej niż sam dystans. Podobne rozwiązania nie zmienią więc latania typowego pasażera. Nie zmienią. Najpierw pojawią się na najdroższych połączeniach, a potem dopiero część rozwiązań może zejść niżej.

Marzyliśmy o szybszym świecie, a dostajemy świat bez przesiadek

Przez dekady wyobrażaliśmy sobie przyszłość transportu powietrznego jako walkę z czasem przez prędkość. Samoloty naddźwiękowe miały sprawić, że podróż przez oceany skurczy się do kilku godzin, a rozwiązania hipersoniczne obiecywały niemal natychmiastowe przeskakiwanie między kontynentami. Widać to przy chińskich testach napędu detonacyjnego, choć tam nadal mówimy o świecie eksperymentów, symulacji i wojskowych ambicji.

A350-1000ULR jest nudniejszy, ale przez to znacznie ciekawszy. Nie próbuje bowiem oszukać atmosfery ekstremalną prędkością. Nie wymaga nowej globalnej infrastruktury paliwowej. Nie potrzebuje lotnisk przystosowanych do dziwnych procedur obsługi hipersonicznej maszyny. Bierze znaną platformę, dokłada specjalne modyfikacje, ogranicza liczbę pasażerów, poprawia kabinę i rozwiązuje konkretny problem tego, jak połączyć Australię z Europą i USA bez zatrzymywania się po drodze.

Czytaj też: Pływające samoloty wojskowe fascynują mnie do dziś. Chiny robią z nich coś więcej

Oczywiście fizyka nadal wystawia swój rachunek. Dodatkowe paliwo oznacza masę. Masa oznacza więcej paliwa. Więcej paliwa oznacza większą presję ekonomiczną i środowiskową. Nie da się prowadzić uczciwej rozmowy o ultradługich lotach bez tego kontekstu, zwłaszcza że lotnictwo odpowiadało w 2023 roku za około 2,5 procent globalnych emisji dwutlenku węgla związanych z energią. Właśnie dlatego przy paliwach SAF i samolotach wodorowych tak często wracam do tego samego problemu. Tego, że lotnictwo bardzo chce się zmienić, ale każdy kilogram i każda cząsteczka mocy mają tu większe znaczenie niż w transporcie drogowym.

A350-1000ULR nie sprawi oczywiście, że świat nagle stanie się mniejszy dla wszystkich. Nie zastąpi rozmowy o emisjach, nie rozwiąże problemu kosztów i nie usunie biologii pasażera, który nadal potrzebuje ruchu, snu, nawodnienia i przestrzeni. Jest jednak czymś ważniejszym niż rekordowym samolotem, bo stanowi to przykład technologii, która nie wygląda jak futurystyczny przełom, ale przesuwa granicę codzienności.

Źródła: Airbus, Qantas

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.