Bond lepszy niż na dużym ekranie. Recenzja 007 First Light

Około 14 lat minęło od premiery ostatniej gry o najsłynniejszym agencie Jej Królewskiej Mości. Chociaż tamta produkcja nie okazała się wybitna, to w najnowszej odsłonie pokładano ogromne nadzieje. Za 007 First Light odpowiedzialne jest studio IO Interactive, znane przede wszystkim z przygód znacznie mniej urokliwego zabójcy, jakim jest Agent 47 z serii Hitman, którego historię twórcy rozwijają już od ponad 25 lat. Nie jest to jednak pierwszy raz, kiedy duńskie studio próbuje czegoś nowego. Poza światem płatnych zleceń stworzyli przecież udane Freedom Fighters (2003) oraz mroczną serię Kane & Lynch (2007–2010). Żadna z tych marek nie osiągnęła jednak takiego sukcesu, jaki bez wątpienia stał się udziałem dzisiaj omawianej perełki.
Bond lepszy niż na dużym ekranie. Recenzja 007 First Light
Przemysław Dwojacki

Fabuła – interaktywny, wciągający film 

Tym razem mamy do czynienia z opowieścią o samych początkach wielkiej legendy wśród agentów wywiadu. Już prolog pozwala nam poznać historię Jamesa z czasów, gdy był jeszcze żołnierzem. Odznaczał się wtedy niezwykłą wytrzymałością i nieszablonowym myśleniem, co ostatecznie skłoniło MI6 do zwerbowania go w swoje szeregi. Obserwujemy jego szkolenie, by tuż po pierwszej oficjalnej misji dla wywiadu dać się wciągnąć w hollywoodzką intrygę, która trzyma w napięciu równie mocno, co najlepsze kino akcji. 

Proces tworzenia legendy, to klasyczna droga od zera do bohatera, która tutaj wypada niezwykle interesująco. Gracz nie ogląda bowiem znanego z wielkiego ekranu, pewnego siebie człowieka sukcesu, pławiącego się w luksusach. Zamiast tego widzimy postać, która choć posiada naturalną pewność siebie, to wciąż jest ona podszyta lekką niezdarnością i brakiem doświadczenia. Świetnie obrazuje to również wątek uwodzenia, który w porównaniu do filmowych pierwowzorów został mocno przesunięty na dalszy plan. 

Czytaj też: Recenzja Tomodachi Life: Living the Dream. Zamknąłem znajomych na wyspie i patrzyłem, jak Nintendo robi z ich życia absurd

Na wielki plus muszę tutaj zaliczyć rewelacyjnie wykreowane postacie drugo- i trzecioplanowe, a przede wszystkim świetnie napisane relacje oraz dyskusje między bohaterami, a niekiedy nawet zwykłymi NPC-ami. Ogromną rolę odgrywa tu relacja z mentorem Bonda, Greenwayem, który nieustannie temperuje porywczy charakter rekruta. Do tego wszystkiego trzeba dorzucić genialne lokacje, w których toczy się akcja – od klaustrofobicznego, undergroundowego klubu, aż po klimatyczne, pustynne wrakowisko. 

Zgodnie z opisem, cała gra przypomina niezwykle interaktywny film. Pod względem prowadzenia gracza i narracji konstrukcja ta kojarzy się bardziej z produkcjami typu Until Dawn niż z serią Hitman, do której tak chętnie nawiązuje większość recenzentów. Część krytyków porównuje wprawdzie ten tytuł do Uncharted, jednak moim zdaniem to znacznie bardziej oskryptowane, filmowe doświadczenie niż klasyczna przygodówka. Nie jest to jednak wadą, ponieważ każdy z nas lubi przecież błyskotliwe kino akcji, a 007 First Light dodaje do tego potężną dawkę immersji. Wszystko dzięki temu, że przez swoje niedoświadczenie główny bohater staje się nam po prostu znacznie bliższy i bardziej ludzki. 

Mechanika – sporo zabawek dla agenta 007 

W grze uświadczymy skradania, otwartej walki oraz kreatywnego wykorzystywania otoczenia w celu osiągnięcia założeń misji. Wszystko to dostajemy już w prologu, w którym poznajemy młodego Bonda jako żołnierza. Jako ciekawostkę dodam, że był to chyba najdłuższy prolog, w jaki kiedykolwiek grałem (i wcale nie ze względu na moje częste zgony). Jeśli chodzi o samo skradanie, powiela ono znane wszystkim schematy – chowamy się za węgłami, korzystamy z wysokiej trawy czy szaf. Osoby zaznajomione z takimi tytułami jak seria Assassin’s Creed poczują się tutaj jak w domu. 

Pod pojęciem „wykorzystywanie otoczenia” kryje się jednak znacznie więcej. Nasz główny bohater zaraz po przejściu szkolenia zaczyna odblokowywać szpiegowskie zabawki. Na misję możemy zabrać na początku maksymalnie trzy z dostępnych gadżetów. Co ciekawe, te technologiczne nowinki zużywają dwa rodzaje zasobów: prąd (energię) lub chemię (wykorzystywaną np. do aplikowania substancji w strzałkach). 

W praktyce daje to masę frajdy. Możemy na przykład zhakować inteligentny odkurzacz, aby ochroniarz pilnujący drzwi na chwilę opuścił swój posterunek i zainteresował się dziwnie zachowującym się sprzętem. Z kolei strzałki chemiczne wywołują u wrogów błyskawiczne problemy żołądkowe, co zmusza nieszczęśnika do natychmiastowej ewakuacji w ustronne miejsce. Do dyspozycji mamy również miny gazowe czy emitory ultradźwięków, a to wciąż nie wszystko. 

Czytaj też: Recenzja SAROS. Śmierć jeszcze nigdy nie była tak dobrze zaprojektowana

Twórcy dali nam też inne metody radzenia sobie w strefach zastrzeżonych. Gdy Bond zostanie przyłapany, a ochrona podejdzie, by go wylegitymować lub wyrzucić, możemy określoną liczbę razy skorzystać z opcji blefu. Polega to na rzuceniu wiarygodnej bajeczki, która pozwala na chwilowe, bezkarne przemieszczanie się po chronionym terenie. Poza tym do odwracania uwagi, prowokowania lub ogłuszania strażników możemy wykorzystywać mniejsze przedmioty codziennego użytku rozrzucone wokół nas. 

Oczywiście, jak w większości skradanek, wrogów możemy eliminować po cichu lub wejść z nimi w bezpośrednie starcie. Otwarta walka na pięści przypomina tutaj ostatnie części Batmana, atakujący nas przeciwnik sygnalizuje swoje zamiary, a naszym zadaniem jest wykonanie bloku lub kontry, by następnie wyprowadzić uderzenie bądź rzut. W zależności od liczby napastników powtarzamy te sekwencje, co wygląda niezwykle realistycznie i płynnie. Starcia możemy sobie ułatwiać, wspomagając się wspomnianymi strzałkami czy granatami dymnymi. 

Prawdziwe schody zaczynają się jednak, gdy zrobi się naprawdę gorąco, a przeciwnicy wyciągną broń palną. Wtedy u góry ekranu pojawia się komunikat o aktywacji „licencji na zabijanie”, dzięki czemu my również możemy odpowiedzieć ogniem. Niestety, te krótkie etapy strzelane, choć całkiem przyjemne, nie dają należytej satysfakcji. Warstwa dźwiękowa oraz odczucie strzelania (lub tzw. feeling strzelania) odstają od standardów współczesnych strzelanek, co dla wielu graczy może być sporym rozczarowaniem. Na dodatek wrogów w tych sekwencjach jest bardzo wielu, a amunicji w naszym pistolecie, jak na lekarstwo. Dlatego gra zmusza nas do ciągłego podnoszenia broni po trupach. Najemnicy dysponują jednak tak różnorodnym arsenałem, że co chwilę musimy rotować wyposażeniem, bo do nowo podniesionego modelu zaraz brakuje naboi. Taki stan rzeczy potrafi momentami mocno sfrustrować. 

Rozgrywka – czy bycie agentem jest takie fajne?  

Studio IO Interactive – w przeciwieństwie do swojej flagowej serii Hitman, gdzie gracz trafiał na gigantyczną mapę i cieszył się pełną swobodą – tym razem drastycznie zmieniło zasady gry. W 007 First Light rozgrywka jest znacznie bardziej liniowa i reżyserowana. Przechodzimy tutaj przez wyraźnie zdefiniowane sekwencje: najpierw oglądamy filmowy przerywnik, potem trafiamy do krótkiego etapu skradankowego (gdzie używamy wspomnianego wcześniej blefu czy hakowania odkurzacza), po którym następuje oskryptowana walka wręcz, a całość wieńczy dynamiczna ucieczka. 

Choć brzmi to dość schematycznie i może sprawiać wrażenie, że gra została mocno uproszczona, to w praktyce takie rozwiązanie zapewnia niesamowitą dynamikę. To coś, czego wielu współczesnym produkcjom brakuje lub jest po prostu źle dawkowane. 007 First Light ma moim zdaniem genialnie poprowadzone tempo, ponieważ od ekranu naprawdę ciężko się oderwać, bo człowiek bez przerwy chce wiedzieć, jak ta historia potoczy się dalej. 

Czytaj też: Recenzja Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park. Znowu przesadziłem z grzybami i niczego nie żałuję

Żebyście mnie jednak źle nie zrozumieli, to nie jest tytuł, który nastawiony jest wyłącznie na bezmyślne podnoszenie tętna. Gra wielokrotnie wymaga od nas ruszenia głową, choć nie są to aż tak zawiłe i skomplikowane procesy jak w przygodach Agenta 47. W pierwszych aktach opowieści pojawiają się świetne sekwencje polegające na wtapianiu się w tłum. To właśnie tam możemy podsłuchiwać rozmowy, zbierać informacje i kreatywnie wykorzystywać nasze szpiegowskie zabawki. Szczerze mówiąc, te spokojniejsze etapy detektywistyczne podobały mi się najbardziej. Widać w nich ogromne doświadczenie studia, które mechanikę społecznego kamuflażu dopracowywało przez lata. Tworzy to satysfakcjonujący kontrast dla momentów czystej akcji. 

Muzyka i grafika – czy filmowość przekłada się na jakość? 

Za oprawę muzyczną odpowiedzialne jest przede wszystkim trio wybitnych artystów. Pierwszą z nich jest Lana Del Rey, znana z utworu promującego grę, który jest tak „bondowski”, że bardziej się po prostu nie da. Kolejny to David Arnold – weteran, który stworzył muzykę do aż pięciu kinowych filmów o agencie 007. Dzięki jego zaangażowaniu Niels Bye Nielsen mógł zająć się typowo „grową” stroną medalu, ponieważ umiejętnie wykorzystał motywy Arnolda i zaprogramował je tak, aby tworzyły muzykę dynamiczną, czyli płynnie reagującą na poczynania gracza. 

Podczas samej rozgrywki usłyszymy świetny miks klasycznej sekcji dętej i smyczkowej, znanej ze starych filmów o Bondzie, połączonej z nowoczesnymi, elektronicznymi brzmieniami. Muzyka idealnie dostosowuje się do akcji, cichnie gdy skradamy się w tłumie, i gwałtownie przyspiesza, pompując adrenalinę podczas ucieczek czy strzelanin. Nie zamierzam tym razem przesadnie rozwodzić się nad ścieżką dźwiękową, ale wynika to wyłącznie z faktu, że nie mam do niej absolutnie żadnych zarzutów. Motywy muzyczne robią dokładnie to, do czego zostały stworzone. Każdy z etapów gry, czy to dźwięki nocnego klubu, czy wielki hotel w górach, wykorzystuje audio w stu procentach prawidłowo. Najmocniej czuć to jednak w przerywnikach filmowych. To tam dzieje się najwięcej, a hollywoodzka muzyka dosłownie wbija w fotel. 

Czytaj też: Tatusiostwo w kosmosie – recenzja gry Pragmata  

Drugą, niezwykle istotną warstwą jest grafika. Gra działa na autorskim silniku studia (Glacier Engine), czli tym samym, który napędzał najnowszą trylogię Hitmana. Silnik genialnie radzi sobie z odbiciami i oświetleniem. Doskonałym tego przykładem jest klaustrofobiczny, neonowy klub undergroundowy, zachwycający cieniami i refleksami na mokrych powierzchniach. Z kolei pustynne wrakowisko uderza oślepiającym, surowym słońcem i pięknym efektem unoszącego się w powietrzu pyłu. 

Ze względu na mocno filmowy charakter produkcji, twórcy musieli położyć ogromny nacisk na dopracowanie twarzy. Mimika młodego Bonda, jego mentora Greenwaya oraz całej reszty postaci, z którymi przychodzi nam porozmawiać, stoi na bardzo wysokim poziomie. Nic więc dziwnego, że dążąc do tak spektakularnych efektów, studio sięgnęło po technologiczne wsparcie NVIDII. 

Dzięki tej współpracy 007 First Light oferuje technikę DLSS 4.5, a w szczególności DLSS Super Resolution oraz Dynamic Multi Frame Generation. Co ciekawe, jest to pierwszy tytuł na rynku natywnie wykorzystujący DMFG – nie ma tu potrzeby korzystania z zewnętrznego narzędzia NVIDIA App, ponieważ odpowiednie opcje zaimplementowano bezpośrednio w ustawieniach gry. Tytuł wspiera także technikę NVIDIA Reflex, która aktywuje się automatycznie po włączeniu generatora klatek. 

W praktyce DLSS 4.5 dosłownie ratuje płynność rozgrywki. Karta graficzna generuje obraz w niższej rozdzielczości, by za chwilę zaawansowane algorytmy AI w ułamku sekundy zrekonstruowały go do pełnego 4K. Dzięki ulepszonemu systemowi generowania dodatkowych klatek animacji (Frame Generation) możemy zdecydowanie zwiększyć płynność rozgrywki. Co ważne, wersja 4.5 skutecznie eliminuje problem tzw. ghostingu, czyli smużenia obiektów w ruchu, który potrafił trapić starsze wersje tej technologii. Sztuczna inteligencja genialnie przewiduje zachowanie pikseli, więc podczas dynamicznych pościgów  czy w trakcie widowiskowej walki wręcz obraz pozostaje idealnie ostry, a detale garnituru Bonda nie rozmywają się na ekranie. W efekcie możemy bez problemu odpalić grę na absolutnie najwyższych ustawieniach graficznych z pełnym, hollywoodzkim oświetleniem, zachowując przy tym idealnie płynną, kinową rozgrywkę, która kapitalnie potęguje wrażenie uczestniczenia w interaktywnym filmie. Na koniec warto wspomnieć o świetnej dostępności tytułu. Od dnia oficjalnej premiery (27 maja) gra jest dostępna za pośrednictwem chmurowej usługi GeForce NOW. 

Michał Andruszkiewicz

DLSS 4.5 w praktyce

Zacznijmy od porównania jakości obrazu. Poniżej znajdziecie screeny z samej rasteryzacji oraz po włączeniu DLSS: Jakość.

Background
Foreground
Brak DLSS vs DLSS: Jakość
Background
Foreground
Brak DLSS vs DLSS: Jakość
Background
Foreground
Brak DLSS vs DLSS: Jakość
Background
Foreground
Brak DLSS vs DLSS: Jakość

Sprawdźmy też jak poradzi sobie RTX 5070 w rozdzielczości 2560 x 1440. Wykorzystałem tutaj naszą platformę testową do recenzji kart graficznych. Sterowniki to najnowsze Nvidia Game Ready 610.47. 

Bez DLSS średnio nie mamy 60 fps, ale wynik też nie jest zły. Sami widzicie po porównaniu jakości obrazu, że warto od razu włączyć tryb jakość – wtedy też średnio uzyskacie powyżej 60 fps. Natomiast generator klatek zdecydowanie zwiększa płynność. Przy trybie x2 jest już średnio prawie 100 fps, a przy x4 prawie 170 fps. Nowością jest tryb x5 i x6. Ten drugi pozwala podbić fps do prawie 225, co jest imponującą wartością. Warto też rozważyć odpalenie dynamicznego generatora, który sam dopasowuje tryb FG do odświeżania monitora. Działa to świetnie, nie widać żadnych przeskoków między trybami, a ilość klatek na sekundę będzie dopasowana do Waszego monitora. Nie musicie wtedy martwić się o tryb FG, który powinniście wybrać, aby cieszyć się z płynnej rozgrywki.

Na premierę gra nie otrzymała path tracingu, ale ten ma trafić do niej już w wakacje. Z pewnością zwiększą się wymagania.

Przemysław Dwojacki

Podsumowanie – tak, wyjdę za Ciebie! 

W 007 First Light grało mi się świetnie. Choć z powodów czysto czasowych nie zdołałem jeszcze dotrzeć do napisów końcowych, to bez problemu przekroczyłem barierę 10 godzin, którą zawsze sobie stawiam przed przystąpieniem do pisania recenzji. Mam pełen zamiar ukończyć ten tytuł w najbliższym czasie, ponieważ wciąga on niczym stare, dobre przygodówki z czasów dzieciństwa. Nie to jest jednak najważniejszą częścią podsumowania, prawda jest taka, że dla gracza kluczowy pozostaje stosunek ceny do oferowanego czasu i jakości produktu. 

007 First Light na platformie Steam możemy zakupić w cenie 229 złotych, natomiast wersja na konsolę PlayStation 5 to wydatek rzędu 279 złotych. W zamian dostajemy około 15 godzin samej kampanii głównej. Posiłkując się statystykami, ukończenie gry wraz z wątkami pobocznymi zajmuje około 20 godzin, z kolei “wymaksowanie” tytułu na 100% to wyzwanie na mniej więcej 30 godzin. Taki czas rozgrywki to idealne dwa lub trzy weekendy dla dojrzałego gracza. To świetna wiadomość dla osób, które czują się już zmęczone sztucznie przeciąganymi produkcjami. 

Podczas pisania moich ostatnich recenzji często powtarzałem, że dany tytuł „nie jest dla każdego”. Tym razem uważam zupełnie odwrotnie – 007 First Light to gra dla wielu. Dzięki swojej filmowości, świetnemu trzymaniu tempa oraz rozgrywce wymagającej odrobiny pomyślunku, przygoda ta na długo zapadnie w pamięć. Jedyną rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę przed zakupem, jest posiadany sprzęt. Sam ogrywałem ten tytuł na PC i bawiłem się wybornie, a wizualne wodotryski zawdzięczam technologii od „Zielonych”. Trudno mi jednak ocenić, czy nie poczułbym jeszcze większej immersji jako James Bond, siedząc przed dużym ekranem telewizora z padem od konsoli w dłoni. Ten dylemat zostawiam już jednak Wam. Udanych przygód z agentem 007! 

Napisane przez
Michał AndruszkiewiczM

Michał Andruszkiewicz

Szef działu TestySprzętem komputerowym interesuję się od dziecka, a ponad 15 lat piszę testy. Uwielbiam także dobrą książkę, grę czy serial, w szczególności jeśli jest to związane z fantastyką lub wymaga mocnego rozkminiania fabuły.
Specjalizacje
Sprzęt komputerowyHardwareTesty sprzętuNowe technologieGaming