Śmigłowiec może wystartować praktycznie z dowolnego skrawka terenu i zawisnąć nad celem, ale za tę swobodę płaci prędkością oraz zasięgiem. Samolot jest pod tym względem znacznie skuteczniejszy, tyle że zwykle potrzebuje pasa startowego, przygotowanego lotniska i infrastruktury, którą przeciwnik może zobaczyć, ostrzelać albo zwyczajnie zniszczyć. Dziś lot na małej wysokości nie oznacza już automatycznie ukrycia, a wysłanie załogowego śmigłowca głęboko nad teren przeciwnika zaczyna przypominać stawianie bardzo drogiej maszyny oraz jej pilotów na jedną kartę. Jak więc proponowany Thunder ma rzucić temu wyzwanie?
Thunder nie jest śmigłowcem, chociaż może zachowywać się jak śmigłowiec
Thunder ewidentnie nie jest kolejnym dużym dronem bojowym, ale takie określenie nie oddaje sensu całego projektu. Mówimy tutaj bowiem o bezzałogowym statku powietrznym klasy 5, który ma startować i lądować pionowo, a następnie obracać wirniki i przechodzić do lotu na skrzydłach. Podczas startu zachowuje się więc jak śmigłowiec, natomiast po rozpędzeniu znacznie bardziej przypomina samolot. Taka koncepcja nie jest nowa. Wojsko korzysta już przecież z tiltrotorów pokroju V-22 Osprey, a kilka lat temu przyglądałem się projektom szybkich pionowzlotów rozwijanych w ramach amerykańskiego programu HSVTOL.
Czytaj też: Chiny zbudowały nową klasę okrętu. Połączyły możliwości, o których można było marzyć

Różnica polega na tym, że Thunder od początku ma obyć się bez załogi, latać blisko ziemi i współpracować ze śmigłowcami szturmowymi jako kolejny członek formacji, a nie osobna maszyna wymagająca własnych pilotów. Pod względem konstrukcji jest to więc kolejny etap poszukiwania idealnego połączenia wiropłata i stałopłata. Ten kierunek był już widoczny przy eksperymentalnym dronie Rotor Blown Wing firmy Sikorsky, ale Thunder podchodzi do problemu znacznie ambitniej. Nie jest demonstratorem ważącym kilkadziesiąt kilogramów, lecz dużą platformą przygotowywaną z myślą o prawdziwym polu walki, przenoszeniu uzbrojenia i operowaniu obok maszyn pokroju AH-64 Apache.
Anduril opracował projekt wspólnie z Archer Aviation, a więc firmą kojarzoną przede wszystkim z komercyjnymi maszynami eVTOL i latającymi taksówkami. Wydaje mi się, że właśnie ten szczegół mówi o Thunder więcej niż najbardziej efektowne wizualizacje uzbrojenia. Technologie, które jeszcze niedawno miały wozić pasażerów między zatłoczonymi dzielnicami miast, teraz zaczynają trafiać do wojskowych konstrukcji uderzeniowych.
Hybrydowy napęd ma zapewnić zasięg bez rezygnowania z pionowego startu
Thunder wykorzystuje szeregowy napęd hybrydowo-elektryczny. Energia wytwarzana przez pokładowy układ spalinowy zasila elektryczną część zespołu napędowego, co ma ułatwić sterowanie mocą podczas kolejnych etapów lotu. Zwłaszcza najbardziej energochłonnego startu. Wirniki mają dodatkowo zmieniać prędkość obrotową zależnie od sytuacji. Podczas startu liczy się maksymalny ciąg, ale w locie poziomym mogą zwolnić do zakresu zapewniającego niższe zużycie paliwa oraz mniejszy hałas.
Czytaj też: Broń przyszłości nie chce umrzeć. Teraz naukowcy odpalili railguna w otwartym teście
Nie myliłbym jednak niższej sygnatury akustycznej z niewidzialnością. Thunder nadal będzie dużą maszyną z obracającymi się wirnikami, rozgrzanym napędem i własną emisją elektromagnetyczną. Trudniej będzie go wykryć akustycznie, ale radary, czujniki podczerwieni i obserwacja optyczna zrobią swoje. Nie jest to więc konstrukcja szeroko wykorzystująca rozwiązania stealth.
Anduril nie podał na razie konkretnych informacji o prędkości, zasięgu, masie startowej ani udźwigu. Firma twierdzi wprawdzie, że konstrukcja będzie mogła samodzielnie przemieszczać się na bardzo duże odległości, a po złożeniu zmieści się w standardowym kontenerze transportowym, ale bez dokładniejszych danych trudno oceniać, ile w tym realnej przewagi operacyjnej. Sam kontener ma jednak sens. Pozwala przewozić maszynę ciężarówką, pociągiem, statkiem lub samolotem transportowym bez tworzenia dla niej całkowicie odrębnego łańcucha logistycznego.
Dziesięć pocisków albo 76 rakiet. Thunder ma być latającym magazynem uzbrojenia
Największe wrażenie robią oczywiście możliwości bojowe. Główna komora modułowa Thunder może w jednej z proponowanych konfiguracji pomieścić dziesięć kierowanych pocisków powietrze-ziemia. Anduril wymienia w tym miejscu AGM-114 Hellfire, nowsze AGM-179 JAGM oraz własne Barracuda-100M. Alternatywny zestaw obejmuje szesnaście efektorów wystrzeliwanych z powietrza, takich jak Altius-600. Są to po prostu mniejsze drony, które mogą wykonywać rozpoznanie, zakłócać elektronikę, pełnić funkcję wabików albo atakować wskazane cele. Thunder staje się wtedy nie tylko bezzałogowym skrzydłowym, ale również latającym nosicielem kolejnych bezzałogowców.

Trzecia konfiguracja przewiduje aż 76 rakiet kalibru 70 mm. W praktyce mowa o czterech zasobnikach mieszczących po 19 pocisków, które mogą otrzymać system naprowadzania APKWS II. W przedniej komorze można dodatkowo umieścić nawet 12 efektorów przeznaczonych do zwalczania wrogich dronów. Maszyna ma więc nie tylko atakować cele naziemne, ale również bronić siebie i towarzyszącej jej formacji przed bezzałogowcami. Nie trzeba zresztą ograniczać Thunder do roli latającej wyrzutni. Wymienne moduły mogą pomieścić sprzęt walki elektronicznej, dodatkowe sensory, wyposażenie rozpoznawcze albo zwyczajny ładunek.

Najgłośniejsza deklaracja Andurila dotyczy jednak współpracy z Apache. Według obliczeń producenta przydzielenie trzech Thunderów do każdego AH-64 mogłoby trzykrotnie zwiększyć liczbę środków bojowych dostępnych dla całej brygady lotniczej, nie wymagając przy tym wysyłania kolejnych pilotów w strefę zagrożenia. Musimy jednak pamiętać, że ma to swój koszt, bo dodatkowe maszyny nadal potrzebują przecież techników, części zamiennych, paliwa, uzbrojenia, transportu, zabezpieczonych łączy i personelu odpowiedzialnego za planowanie misji. Brak pilota w kabinie nie sprawia, że obsługa nagle staje się darmowa. Nie wiemy również, ile Thunder będzie kosztować.
Pilot ma wskazać cel misji, a nie sterować każdym dronem osobno
Najważniejszym elementem Thunder nie są jednak pociski. Gdyby każdy pilot śmigłowca Apache miał ręcznie sterować trzema dodatkowymi bezzałogowcami, to cała koncepcja rozsypałaby się podczas pierwszej trudniejszej misji. Człowiek nie może bowiem jednocześnie lecieć własną maszyną, analizować zagrożeń, używać uzbrojenia i kontrolować kilku ciężkich dronów za pomocą wirtualnych joysticków. Dlatego Thunder ma korzystać z systemu Lattice for Mission Autonomy. Pilot albo operator wyznaczy zadanie, trasę lub cel działania, a oprogramowanie samodzielnie zajmie się utrzymaniem formacji, zachowaniem bezpiecznych odległości, doborem czasu wykonania kolejnych manewrów i rozdzielaniem zadań. Człowiek ma dowodzić, zamiast pilotować każdy płatowiec z osobna.
Lattice nie jest dla Andurila nowym eksperymentem. Ten sam ekosystem autonomii pojawia się przy bojowym dronie Fury, który ma współpracować z załogowymi myśliwcami. Thunder przenosi jednak podobny pomysł znacznie bliżej ziemi, gdzie na maszynę czekają drzewa, linie energetyczne, budynki, maszty, wzniesienia, pył oraz nagłe zmiany widoczności. Autonomiczny lot na dużej wysokości jest trudny. Szybki lot kilka lub kilkadziesiąt metrów nad nierównym terenem stanowi zupełnie inną kategorię problemu.
Pokładowy zestaw sensorów ma łączyć pasywne i wybiórczo uruchamiane czujniki aktywne, kamery, dane mapowe, nawigację inercyjną, komputerowe rozpoznawanie obrazu oraz przetwarzanie wykonywane bezpośrednio na pokładzie. Dzięki temu Thunder ma rozpoznawać teren, omijać przeszkody i kontynuować misję przy zakłócanym GPS, ograniczonej widoczności albo utracie części komunikacji.

Dane zebrane przez jeden statek mają trafiać do wspólnego obrazu sytuacji taktycznej całej formacji. Apache nie otrzymywałby więc wyłącznie dodatkowych wyrzutni, ale również wysunięte sensory. Thunder może polecieć przed załogową maszyną, wykryć zagrożenie i przekazać je pozostałym uczestnikom misji, zanim sami znajdą się w zasięgu przeciwnika. Podobna logika stoi za bezpilotowym tankowcem MQ-25A Stingray, choć tam autonomia służy zwiększaniu zasięgu lotniskowców, a nie bezpośredniemu wchodzeniu w strefę ognia.

Sam pomysł zespołu tworzonego przez maszyny załogowe i bezzałogowe nie należy już do odległego marzenia. Podobne rozwiązania rozwijają Stany Zjednoczone, Chiny, Australia czy Rosja, czego przykładem jest współpraca myśliwca Su-57 z ciężkim dronem S-70. Przewaga Thunder polega na tym, że Anduril chce przenieść tę koncepcję ze świata szybkich myśliwców do lotnictwa śmigłowcowego i działań tuż nad powierzchnią terenu. Zarazem właśnie tam jej realizacja będzie najtrudniejsza.
Operacyjne cudo? Na razie pełnowymiarowa obietnica
Anduril i Archer przeprowadziły już kilka lotów pełnowymiarowych maszyn zastępczych, które służą do sprawdzania wybranych technologii Thunder. Nie oznacza to jednak, że właściwy prototyp zaliczył lot. Podczas targów Farnborough International Airshow prezentacji doczekał się pełnowymiarowy model, natomiast pierwszy lot docelowego statku powietrznego zaplanowano dopiero na 2027 rok.
Na papierze Thunder ma logicznie zaprojektowaną rolę, korzysta z technologii rozwijanych wcześniej przez Archer, Karem oraz Andurila i odpowiada na realne problemy współczesnego pola walki. Nie wygląda więc jak koncepcja przygotowana wyłącznie na potrzeby targów. Jednocześnie brakuje odpowiedzi na pytania najważniejsze dla przyszłego użytkownika. Jak szybko poleci? Jaki będzie rzeczywisty promień bojowy z pełnym uzbrojeniem? Ile godzin obsługi przypadnie na godzinę lotu? Jak często trzeba będzie serwisować mechanizm obracania wirników? Jak platforma zachowa się po uszkodzeniu jednego z czujników? Ile będzie kosztować?
Czytaj też: KIZILELMA z JET-230 to naddźwiękowy pogrom. Turcja uzbraja drony jak prawdziwe myśliwce
Ostatecznie Thunder fascynuje mnie nie dlatego, że łączy śmigłowiec, samolot i drona. Podobne hybrydy widzieliśmy już przecież wcześniej. Najważniejsza zmiana kryje się w roli człowieka. Pilot nie ma prowadzić każdej maszyny, lecz dowodzić całym niewielkim zespołem robotów, które samodzielnie utrzymują formację, zbierają dane, przewożą uzbrojenie i lecą tam, gdzie wysłanie kolejnej załogi byłoby zbyt ryzykowne. Operacyjnym cudem Thunder stanie się dopiero wtedy, gdy zrobi to wszystko w akcji.
Źródła: Anduril, Archer Aviation

