Jeden robi łuk, a drugi wstydzi wysokości. Tak brzmi krótka lekcja współczesnego strachu

Wydaje mi się, że przez ostatnie lata zbyt łatwo wrzucaliśmy rakiety, pociski i drony do jednego worka pod hasłem “coś leci, więc trzeba to zestrzelić”. W praktyce współczesna wojna coraz mocniej pokazuje, że samo słowo “pocisk” mówi zaskakująco mało. Najważniejsze pytanie brzmi raczej w stylu jak ten pocisk leci, kiedy da się go wykryć, ile czasu zostawia obrońcy i jak bardzo potrafi popsuć planowanie całego systemu obrony powietrznej.
Jeden robi łuk, a drugi wstydzi wysokości. Tak brzmi krótka lekcja współczesnego strachu

Kiedyś wyobraźnia strategiczna kręciła się wokół wielkich rakiet, które po starcie wchodziły wysoko, znikały w przestrzeni i wracały na Ziemię z potworną prędkością. Dziś równie duży lęk budzą konstrukcje znacznie mniej widowiskowe, lecące nisko, długo i z premedytacją korzystające z tego, że Ziemia jest okrągła, teren bywa nierówny, a radar nie jest magicznym okiem widzącym wszystko. Tego typu problem widać przy europejskim SkyDefenderze, gdzie samo hasło “tarcza” nie wystarcza, bo trzeba jeszcze spiąć sensory, dowodzenie, efektory i czas reakcji w jeden działający organizm.

Pocisk balistyczny i manewrujący nie są tym samym

Najprostsze porównanie brzmi tak – pocisk balistyczny zachowuje się jak bardzo zaawansowany, uzbrojony rzut kamieniem w skali państwowej. Po starcie jest napędzany przez silnik rakietowy, nabiera prędkości, wznosi się wysoko, a potem większą część lotu odbywa po przewidywalnej trajektorii zależnej od grawitacji, pędu i wcześniejszych ustawień. W przypadku rakiet dalekiego zasięgu może to oznaczać wyjście poza atmosferę i powrót w fazie końcowej z ogromną prędkością.

Czytaj też: Amerykanie grzebią przy broni, której nikt rozsądny nie chce zobaczyć w użyciu

Pocisk manewrujący działa bardziej jak bezzałogowy samolot jednorazowego użytku. Pozostaje w atmosferze, korzysta z siły nośnej, przez większość lotu pracuje jego napęd, a trasa nie musi być prostą linią do celu. Może omijać konkretne strefy obrony, lecieć nisko, wykorzystywać ukształtowanie terenu i atakować z kierunku, który nie musi być oczywisty w chwili startu.

Dla mnie właśnie w tym miejscu kończy się szkolne porównanie parametrów, a zaczyna prawdziwa opowieść o nowoczesnym strachu. Balistyczna rakieta mówi coś w stylu “masz mało czasu”. Pocisk manewrujący mówi już coś z gołą innego, bo “możesz mnie zbyt późno zauważyć”. Jedno i drugie jest koszmarem, ale dla zupełnie innych ludzi siedzących przy ekranach radarów.

Łuk daje prędkość, ale zdradza zamiary

Przewaga pocisku balistycznego polega przede wszystkim na prędkości i skali. Po wejściu w końcową fazę lotu może zbliżać się do celu tak szybko, że obrona zostaje zepchnięta do krótkiego okna decyzyjnego. Nawet jeśli start zostanie wykryty wcześnie, to samo zestrzelenie takiego celu pozostaje skrajnie trudne, a to szczególnie gdy dochodzą do tego wabiki, głowice manewrujące albo kilka obiektów naraz.

Jednocześnie jednak rakieta balistyczna sama siebie ogłasza. Start silnika, wysoka trajektoria, sygnatura cieplna i wejście w przestrzeń śledzoną przez systemy wczesnego ostrzegania sprawiają, że takie zagrożenie często łatwiej wykryć niż pocisk lecący przy ziemi. Wykrycie nie oznacza jednak jeszcze bezpieczeństwa, a raczej ogłasza bardzo krótki wyścig z fizyką. Właśnie dlatego broń balistyczna tak mocno kojarzy się z odstraszaniem. Nie musi być najbardziej elastyczna na polu walki, żeby spełniać swoją rolę. Jej sens przez dekady polegał na pokazaniu przeciwnikowi, że atak może skończyć się odpowiedzią szybką, daleką i niszczącą. Zwłaszcza że dochodzi do tego jeszcze możliwość przenoszenia dużych ładunków, a w tym głowic jądrowych.

Lot nisko nad ziemią niszczy komfort obrońcy

Pocisk manewrujący jest z kolei mniej teatralny i często wolniejszy, a na dodatek po prostu nie imponuje tak jak rakieta wracająca z granicy kosmosu. Mam jednak wrażenie, że w konwencjonalnej wojnie to właśnie ta “mniej widowiskowa” broń potrafi być bardziej praktyczna i problematyczna z perspektywy obrońcy. Lecąc nisko, może chować się za krzywizną Ziemi, w tle terenu i w bałaganie odbić radarowych. W zależności od projektu oraz misji może zbliżać się do celu na wysokości kilkudziesięciu albo nawet kilku metrów, choć taki lot kosztuje więcej paliwa i ogranicza znacznie zasięg.

Czytaj też: Roboty nie przejmą pola walki jak w filmach. Zrobią coś gorszego

Nie chodzi jednak tylko o samo wykrycie. Pocisk manewrujący daje planistom coś, czego balistyczna trajektoria z natury daje mniej – kontrolę nad trasą. Może nadlecieć z innej strony niż spodziewa się obrońca, może wykorzystać luki w pokryciu radarowym, może atakować obiekty wojskowe, radary, centra dowodzenia, infrastrukturę energetyczną albo lotniska z dokładnością, która w klasycznym scenariuszu jest kluczowa. Tutaj widać też, dlaczego drony kamikadze i amunicja krążąca tak mocno zmieniły język rozmowy o obronie powietrznej. Przykładowo przy takim Baykarze K2 pojawia się już nie tylko pytanie o “tanią latającą bombę”, ale o coś pośredniego między dronem, pociskiem manewrującym, rozpoznaniem i atakiem sieciowym. Granice klas sprzętu zaczynają się rozmywać, a obrońca nie może sobie pozwolić na komfort myślenia prostymi kategoriami.

Który typ pocisk jest potężniejszy?

Czy w tego typu pojedynku da się określić zwycięzcę? Balistyczny pocisk jest szybszy, więc wygrywa. Manewrujący jest precyzyjniejszy i trudniejszy do wykrycia, więc wygrywa. Jednak takie porównanie wydaje mi się jednak zbyt płaskie, bo oba typy uzbrojenia powstały z inną logiką użycia.

Grafika wygenerowana z użyciem SI

Rakieta balistyczna wygrywa tam, gdzie liczy się zasięg strategiczny, masa przenoszonego ładunku, czas dolotu i odstraszanie. Pocisk manewrujący wygrywa z kolei tam, gdzie znaczenie ma elastyczna trasa, precyzja, operacyjne zaskoczenie i przeciążanie systemu obrony powietrznej na poziomie konwencjonalnym. Jedna broń próbuje skrócić czas reakcji do minimum. Druga próbuje sprawić, żeby reakcja przyszła za późno albo z niewłaściwego miejsca.

Właśnie dlatego nowoczesna obrona nie może być tylko “antyrakietowa” albo tylko “przeciwlotnicza”. Musi być warstwowa, rozproszona i spięta informacyjnie. Radar dalekiego zasięgu może widzieć dużo, ale nisko lecący cel nadal potrafi ukryć się za horyzontem radiolokacyjnym. System krótkiego zasięgu może być skuteczny blisko chronionego obiektu, ale bez wcześniejszego ostrzeżenia dostaje problem już prawie pod nos. Satelity mogą wykrywać starty, ale nie rozwiązują całej geometrii przechwycenia. O tym samym napięciu pisałem już przy amerykańskim pomyśle na kosmiczną tarczę, gdzie obietnica pełnej ochrony zderza się z kosztami, technologią i eskalacją wyścigu zbrojeń.

Przyszłość wojny będzie mieszać te kategorie jeszcze mocniej

Najciekawsze i jednocześnie najbardziej niepokojące jest to, że taki podział na pociski balistyczne i manewrujące przestaje już wystarczać. Pomiędzy nimi rośnie przestrzeń dla broni hipersonicznej, szybujących głowic, pocisków manewrujących o prędkościach naddźwiękowych i dronów, które nie są już prostymi zabawkami z kamerą, ale elementami większego systemu. Przyszłość jest tutaj wyjątkowo niewygodna, bo nie polega wyłącznie na tym, że wszystko będzie szybsze. Część zagrożeń będzie wolniejsza, tańsza i masowa. Część będzie szybka, droga i strategiczna. Najgroźniejsze scenariusze zaczną się wtedy, gdy przeciwnik połączy je w jeden atak.

Grafika wygenerowana przez SI

Czytaj też: Rosja zbudowała pocisk z reaktorem jądrowym. Broń Skyfall może zatruć własną legendę

Wyobraźcie sobie sytuację, w której cały system obrony musi jednocześnie śledzić tanie drony, pociski manewrujące lecące nisko, wabiki, odfiltrowywać zakłócenia elektroniczne i pojedyncze uderzenia balistyczne. Wtedy pytanie “co jest lepsze?” traci sens. Ważniejsze staje się to, co zmusza obrońcę do błędu, zużycia drogich efektorów albo podzielenia uwagi między cele, które wymagają zupełnie innych odpowiedzi.

Werdykt? Balistyczna straszy państwa, manewrująca męczy front

Gdybym musiał ująć różnicę w jednym zdaniu, powiedziałbym tak – pocisk balistyczny jest narzędziem presji strategicznej, a pocisk manewrujący narzędziem operacyjnego nękania i precyzyjnego uderzenia. Pierwszy robi wielki łuk, którego nie da się zignorować. Drugi leci niżej, ciszej i często sprytniej, przez co może okazać się bardziej użyteczny w rzeczywistej, codziennej wojnie. Nie oznacza to, że pociski manewrujące są “lepsze” w absolutnym sensie. Przy odstraszaniu, głowicach jądrowych i uderzeniach dalekiego zasięgu przewaga rakiet balistycznych pozostaje oczywista. Jednak w wojnie konwencjonalnej, gdzie liczy się precyzja, skrytość, koszt reakcji i możliwość atakowania konkretnych celów z nieoczywistych kierunków, pocisk manewrujący wydaje się bardziej wszechstronnym uzbrojeniem.

Źródła: Podstawy Pocisków Balistycznych, Podstawy Pocisków Manewrujących, CSIS

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.