Ta broń CIA nie powinna była istnieć. Ofiara miała umrzeć z przyczyn naturalnych

Niektóre wynalazki z czasów zimnej wojny mają tę dziwną właściwość, że nawet pół wieku później brzmią bardziej futurystycznie niż uzbrojenie pokazywane dziś na targach wojskowych Im głębiej schodzi się w historię służb specjalnych, tym częściej granica między “Jamesem Bondem” a rzeczywistością zaczyna robić się podejrzanie cienka. Najbardziej interesują mnie jednak te projekty, które nie miały niszczyć miasta, samolotu czy czołgu, a np. usunąć pojedynczego człowieka tak, żeby świat właściwie tego nie zauważył.
Ta broń CIA nie powinna była istnieć. Ofiara miała umrzeć z przyczyn naturalnych

Miniaturowe bomby atomowe, urządzenia podsłuchowe ukrywane w przedmiotach codziennego użytku, eksperymenty z kontrolą zachowania człowieka, to coś, o czym zapewne już nie raz słyszeliście. Czy jednak znacie historię tajemniczego pistoletu CIA, który miał wprawdzie likwidować cel, ale w takim stylu, żeby po wszystkim nie było wiadomo, że w ogóle padł strzał?

CIA szukała trucizny, której nie będzie widać

Historia wypłynęła szerzej w 1975 roku podczas przesłuchań senackiej komisji Franka Churcha, która zaczęła rozgrzebywać działalność amerykańskich służb specjalnych. Śledztwo ujawniło m.in. próby zamachów na zagranicznych przywódców, MKULTRA, inwigilację obywateli oraz program MKNAOMI związany z rozwojem i przechowywaniem środków biologicznych. Jednym z najbardziej surrealistycznych momentów było pokazanie czegoś przypominającego zwykły pistolet wyposażony w celownik optyczny.

Czytaj też: Legendarny niszczyciel czołgów nie odchodzi. Javelin pokazuje, jak wygląda broń przyszłości

Dyrektor CIA William Colby potwierdził przed komisją, że broń mogła wystrzeliwać specjalny pocisk przeznaczony do trafienia celu w sposób, którego ofiara mogła nawet nie zauważyć. W tle tej historii pojawia się też Mary Embree. Według jej późniejszej relacji przywoływanej przez Popular Mechanics, CIA poleciła jej znaleźć truciznę, która mogłaby zabić człowieka, pozostając trudna do wykrycia po śmierci. Wybór padł na saksytoksynę, czyli niezwykle silną neurotoksynę występującą w środowisku morskim i mogącą akumulować się m.in. w skorupiakach oraz mięczakach.

Siedziba CIA w 2018 roku z lotu ptaka

CIA opracowała następnie pocisk, który według przedstawionej podczas przesłuchań koncepcji miał pozostawiać minimalny ślad, a jego nośnik znikać po trafieniu. Brzmi absurdalnie? Senator Frank Church powiedziałby coś innego, bo trzymał tę broń w rękach przed kamerami.

“Pistolet na zawał” to świetna nazwa, ale z prawdą się mija

Określenie “heart attack gun”, czyli “pistolet wywołujący zawał”, które zostało przypisane do tego uzbrojenia, jest dziś powtarzane tak często, że zaczyna funkcjonować jak opis techniczny, a wcale nim nie jest. W praktyce saksytoksyna blokuje kanały sodowe odpowiedzialne za prawidłowe przewodzenie impulsów przez komórki nerwowe i mięśnie. Przy ciężkim zatruciu może prowadzić do postępującego osłabienia mięśni, paraliżu układu oddechowego i śmierci.

Czytaj też: Chiński okręt stealth zmienia uzbrojenie jak laboratorium na wodzie

Innymi słowy, nie mamy tu magicznego środka, który po trafieniu po prostu “wyłącza serce” i tworzy książkowy zawał mięśnia sercowego. Bardziej adekwatne byłoby określenie tej konstrukcji mianem broni do bardzo dyskretnego zatrucia człowieka i chyba właśnie to czyni całą historię jeszcze ciekawszą, bo nie trzeba dodawać do niej jakiejś legendarnej właściwości, żeby była niepokojąca. Zresztą najbardziej absurdalny element całej historii nie dotyczy nawet samej konstrukcji.

W 1969 roku Richard Nixon publicznie ogłosił rezygnację Stanów Zjednoczonych z biologicznej broni ofensywnej oraz ograniczenie badań do zastosowań obronnych. Istniejące zapasy miały zostać zlikwidowane. Tymczasem kilka lat później komisja Churcha odkryła, że CIA nadal dysponowała toksynami i technologiami ich przenoszenia. MKNAOMI stało się jednym z przykładów tego, jak bardzo część amerykańskiego aparatu wywiadowczego potrafiła w czasach zimnej wojny funkcjonować poza realną kontrolą polityczną.

Nie był to zresztą jedyny absurd tej epoki. Pisałem już o czasach, kiedy USA szkoliły żołnierzy do przenoszenia niewielkich ładunków atomowych, a sama perspektywa rozwoju broni biologicznej powraca dziś w znacznie bardziej zaawansowanej postaci przy dyskusjach o potencjalnej broni wykorzystującej różnice genetyczne. Pokazuje to pewną stałą w rozwoju uzbrojenia, bo jeśli technologia daje przewagę, wcześniej czy później ktoś sprawdzi jej potencjał militarny.

Co mogłoby powstać dziś?

Gerald Ford zareagował na skandal m.in. rozporządzeniem wykonawczym 11905 z 1976 roku, które wprost zabraniało pracownikom amerykańskiego rządu udziału w politycznych zabójstwach. Czy podobne pistolety istnieją dziś? Nie wiemy. Ważniejsze jest jednak drugie zdanie – nie mamy dowodów, że istnieją. Sam Colby twierdził w 1975 roku, że według jego wiedzy opracowane środki nigdy nie zostały użyte operacyjnie.

Czytaj też: Chiny wsadziły strategiczny ładunek na bombowiec. H-6N dostał ogromną rakietę jako część triady jądrowej

Wyobraźmy sobie jednak, że jeśli pół wieku temu służby potrafiły połączyć toksykologię, miniaturyzację oraz specjalistyczne systemy przenoszenia w broń, której celem było nie tylko zabicie człowieka, ale również ukrycie samego faktu ataku, to trudno nie zastanawiać się, jak wyglądałyby (wyglądają?) podobne projekty przy dzisiejszej biotechnologii, elektronice i precyzji produkcji.

Źródła: Popular Mechanics, The American Presidency Project, Levin Center

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.