Test NAVEE ST5 Max. Nowa hulajnoga z Chin, która nie boi się polskich dróg

Macie już dość hulajnóg wynajmowanych na minuty i chcielibyście mieć coś sensownego na własność? I to najlepiej coś innego niż kolejny KuKirin, których na ulicach zrobiło się już wręcz za dużo? No to wygląda na to, że warto spojrzeć w stronę NAVEE — nowej marki na naszym rynku. Ja tak zrobiłem — i ostatnie niemal dwa tygodnie spędziłem z modelem ST5 Max.
Test NAVEE ST5 Max. Nowa hulajnoga z Chin, która nie boi się polskich dróg

Pierwsze spotkanie z tą hulajnogą nie zaczyna się jednak od zachwytu nad mocą silnika ani planowania niemal 100-kilometrowej wycieczki. Najpierw trzeba ją wyjąć z pudełka, znaleźć dla niej odpowiednio dużo miejsca w mieszkaniu i pogodzić się z tym, że producent zdecydowanie nie walczył tutaj o każdy gram. ST5 Max jest duża, ciężka i rzuca się w oczy za sprawą złotych elementów zawieszenia. Po pierwszych przejazdach można jednak zrozumieć, po co zbudowano ją właśnie w taki sposób i dlaczego warto dać szansę takiej konstrukcji.

Złote, a skromne? Nie do końca

NAVEE ST5 Max raczej nie zginie w rzędzie czarnych hulajnóg ustawionych pod biurowcem. Złote elementy zawieszenia mocno odcinają się od reszty konstrukcji i dodają jej trochę charakteru. Nie każdemu się to spodoba — dla jednych to będzie swagowy dodatek, a dla innych mała dawka kiczu — ale przynajmniej nie mamy do czynienia z kolejnym nudnym modelem wyglądającym jak przeskalowana hulajnoga z wypożyczalni. A przy tak zblazowanym obrazie szeroko pojętej technologii, z jakim mamy do czynienia od kilku lat, jest to spory komplement.

Na szczęście projektanci wiedzieli, gdzie się zatrzymać. Nie ma tu agresywnych świateł RGB, znanych z „gamingowych” gadżetów, dziesiątek naklejek ani stylistyki próbującej przekonać wszystkich dookoła, że właśnie przyjechaliśmy niewielkim motocyklem. Czerń nadal dominuje, a złote detale podkreślają głównie te elementy konstrukcji, które rzeczywiście odróżniają ST5 Max od prostszych modeli. Złote, a skromne — przynajmniej jak na tę kategorię sprzętu.

Kierownica jest szeroka, dzięki czemu dłonie układają się naturalnie, a prowadzenie hulajnogi nie wymaga wykonywania nerwowych korekt. Sporo miejsca znajdziemy również na podeście. Nie jest on rekordowo długi, ale miejsca wystarcza, żeby wygodnie ustawić stopy i zmieniać ich pozycję podczas dłuższej jazdy.

Na środku kierownicy umieszczono kolorowy ekran TFT o przekątnej 3,5 cala. Nie wygląda jak zegarek elektroniczny wyciągnięty ze szkolnego kalkulatora, a do tego zawiera najważniejsze informacje — między innymi o prędkości, poziomie akumulatora i trybie jazdy. Te dane można odczytać bez odrywania uwagi od drogi na dłużej niż moment, co zdecydowanie na plus. Nie jest to może powód, dla którego kupuje się hulajnogę, ale po przesiadce z modeli wyposażonych w maleńkie, monochromatyczne wyświetlacze trudno nie zauważyć i nie docenić tej różnicy. 

Całość jest solidna i dobrze spasowana. ST5 Max nie daje wrażenia pierwszej lepszej chińskiej hulajnogi, która powstała przez przykręcenie dużego akumulatora i efektownego zawieszenia do przypadkowo wybranej ramy. Wszystkie elementy tworzą spójną konstrukcję, choć trudno udawać, że jest ona filigranowa. Po rozłożeniu hulajnoga mierzy prawie 1,2 metra długości, a po złożeniu nadal potrzebuje sporego kawałka podłogi albo odpowiednio dużego bagażnika. 

Czytaj też: Halfbike Pro wygląda jak hulajnoga po kursie narciarstwa i rowerowej terapii eksperymentalnej

Po pierwszym bruku na NAVEE ST5 Max wiadomo, za co się tutaj płaci

Na równym asfalcie niemal każda przyzwoita hulajnoga elektryczna potrafi być wygodna. Prawdziwe różnice zaczynają się kilkaset metrów dalej, gdy ścieżkę rowerową przecina zapadnięta studzienka, asfalt przechodzi w kostkę albo ktoś pozostawił po remoncie nawierzchnię przypominającą świeżo zaorane pole. Na wielu hulajnogach kostka brukowa jest szybką lekcją anatomii dłoni. Kierownica wibruje, podest podskakuje, a my zaczynamy obserwować nawierzchnię w poszukiwaniu sensownego asfaltu z koncentracją godną sapera. W NAVEE ST5 Max nie trzeba aż tak dokładnie planować toru przejazdu — i to jest jej ogromna zaleta.

Zawieszenie z przodu i z tyłu nie usuwa oczywiście wszystkich nierówności, ale skutecznie ogranicza ich wpływ na prowadzenie. Kostka nadal pozostaje kostką, a większa dziura w dalszym ciągu wymaga zwolnienia, ominięcia albo zgięcia kolan. Różnica polega jednak na tym, że drobne drgania i kolejne łączenia nawierzchni nie trafiają bezpośrednio w nadgarstki i kolana. I najbardziej można to docenić na dłuższych odcinkach wykonanych ze starszej kostki czy na alejkach, na których asfalt zdążył już popękać — a w Warszawie, po której jeździłem, jest ich zaskakująco dużo. ST5 Max zachowuje tam spokój. Nie zaczyna podskakiwać, kierownica nie próbuje wyrwać się z dłoni, a ja nie musiałem co kilka sekund zmieniać toru jazdy w poszukiwaniu idealnie gładkiego pasa.

Samo zawieszenie zostało ustawione rozsądnie. Nie jest tak miękkie, żeby hulajnoga bujała się podczas przyspieszania i hamowania. Nadal czuć, co znajduje się pod kołami, ale ostrzejsze drgania są wygaszane, zanim zdążą zepsuć całą przejażdżkę. Producent wykorzystał z przodu i z tyłu układ wahaczy, który współpracuje z 10-calowymi oponami bezdętkowymi.

Nie twierdzę jednak, że ST5 Max może zastąpić rower z dużymi kołami. Rower a hulajnoga to dwie różne bajki i tutaj to nadal czuć. Dziesięć cali pozostaje dziesięcioma calami. Głęboka dziura, wysoki krawężnik albo mokre liście wymagają dokładnie takiej samej uwagi jak na innych hulajnogach. NAVEE, jak każdy inny producent, nie oszukuje praw fizyki — po prostu lepiej radzi sobie z tymi niedoskonałościami nawierzchni, których w mieście nie sposób omijać bez końca. Niestety nie wszystkie warszawskie trasy są równie gładkie jak nowa kładka pieszo-rowerowa nad Wisłą.

1650 W nie służy tutaj do bicia rekordów prędkości. I dobrze

Wartość 1650 W pojawia się już w nazwach ofert sklepowych i opisów produktowych, więc łatwo uznać ją za główną atrakcję tego modelu. Trzeba jednak wyjaśnić, że jest to moc szczytowa, osiągana w określonych warunkach, a nie wartość dostępna bez przerwy. Egzemplarz sprzedawany w Polsce został ograniczony do 20 km/h, czyli maksymalnej prędkości dopuszczalnej na drodze dla rowerów oraz jezdni, z której hulajnoga może legalnie w naszym kraju korzystać.

Moc silnika daje o sobie znać nie podczas pogoni za coraz wyższą liczbą na ekranie, lecz przy ruszaniu i na podjazdach. Hulajnoga szybko nabiera prędkości i nie potrzebuje długiego rozbiegu, żeby osiągnąć dozwolone 20 km/h. Co ważne, reakcja na manetkę jest zdecydowana, ale nie nerwowa — no chyba że czerwoną manetką na kierownicy włączymy tryb Boost, ale o to w nim chodzi. ST5 Max na co dzień nie próbuje nam jednak wyjechać spod nóg przy każdym mocniejszym naciśnięciu.

Jeszcze większą różnicę zauważyłem na wzniesieniach. Słabsze modele potrafią rozpocząć podjazd całkiem żwawo, po czym stopniowo tracą tempo, aż zaczniemy pomagać im nogą. NAVEE ma znacznie większy zapas. Nie twierdzę, że pod każdą górę wjedzie z pełną prędkością, bo wiele zależy od masy użytkownika, stopnia naładowania i długości podjazdu, ale typowe miejskie wzniesienia nie robią na niej większego wrażenia. A to duży plus. Producent deklaruje możliwość pokonywania wzniesień o nachyleniu do 28 procent.

Przy polskim limicie prędkości 1650 W może dla niektórych wydawać się lekką przesadą. Po blisko dwóch tygodniach wolę jednak silnik z zapasem mocy niż konstrukcję, która dobrze jedzie wyłącznie po płaskim. ST5 Max nie wykorzystuje swojej mocy do rozpędzania się do absurdalnych prędkości, tylko do utrzymywania stałego tempa tam, gdzie słabsze hulajnogi zaczynają wyraźnie zwalniać. W tym kontekście „nadmiar” mocy nigdy nie zaszkodzi.

Duża masa pomaga w jeździe, ale nie lekceważcie hamowania

ST5 Max prowadzi się stabilnie nie tylko dzięki zawieszeniu i szerokiej kierownicy — pomaga też masa wynosząca około 25,4 kg. Hulajnoga nie reaguje przesadnie gwałtownie na każdy ruch dłoni i nie zostaje łatwo wytrącona z obranego toru przez niewielkie nierówności. Nie przekłada się to bezpośrednio na to, że cięższy sprzęt zawsze jest bezpieczniejszy; bo te same kilogramy trzeba później zatrzymać. Dlatego dobrze, że NAVEE zastosowało dwa hamulce tarczowe oraz uzupełniający je elektroniczny system EABS. Siłę hamowania można łatwo dozować, a reakcja nie jest ani ospała, ani przesadnie gwałtowna.

Przy mocniejszym hamowaniu wyraźnie czuć jednak, że nie jedziemy lekką hulajnogą ważącą kilkanaście kilogramów. Warto zachowywać odpowiedni odstęp i nie odkładać hamowania na ostatnią chwilę, szczególnie na mokrej nawierzchni. Dwie tarcze nie unieważniają bezwładności, a kontrola trakcji nie zastąpi zdrowego rozsądku.

TCS ma ograniczać uślizg napędzanego koła na mokrym lub luźnym podłożu. Traktuję to jako przydatną asekurację, zwłaszcza przy takiej mocy silnika, ale nie jako zachętę do gwałtownego przyspieszania na piasku albo mokrych płytach chodnikowych. Podobnie wygląda sprawa z samouszczelniającymi oponami — mogą pomóc przy niewielkim przebiciu, ale nie zwalniają z regularnego sprawdzania ciśnienia i stanu bieżnika. 

Czytaj też: Test Ausom Gosoul 2. Hulajnoga elektryczna bardzo dobrze spisująca się w mieście

Zasięg to nawet 90 km, ale ważniejsze jest to, że ładowanie na co dzień nie jest problemem

Deklarowany zasięg do 90 km brzmi imponująco, szczególnie gdy porównamy go z podstawowymi hulajnogami przeznaczonymi do krótkich dojazdów. Warto jednak zaznaczyć, że producent uzyskał taki wynik przy stałej prędkości 15 km/h, na płaskim podłożu, w temperaturze 25 stopni Celsjusza i z użytkownikiem ważącym 75 kg. Normalna jazda po mieście wygląda jednak zupełnie inaczej. Co chwilę trzeba ruszać, hamować, omijać przeszkody i wjeżdżać pod górę. Dochodzą do tego wiatr, temperatura, ciśnienie w oponach, masa użytkownika oraz najważniejszy czynnik — chęć korzystania z pełnych 20 km/h, zamiast cierpliwego toczenia się z prędkością 15 km/h.

Nie będę kłamał — nie przeprowadzałem sztucznego pomiaru polegającego na jeździe od 100 do 0 procent po jednej, idealnie płaskiej trasie z prędkością 15 km/h. Ważę też nieco więcej niż 75 kg, więc ten pomiar i tak nie miałby sensu. Ale przez kilkanaście dni normalnego użytkowania nie miałem poczucia, że po każdym wyjeździe musiałem natychmiast szukać gniazdka. Akumulator ma pojemność 596,7 Wh, więc nawet po odjęciu sporego zapasu od deklarowanych 90 km nadal pozostaje dużo energii na typowe, miejskie dojazdy.

I tak należy patrzeć na zasięg ST5 Max… a właściwie na zasięg każdego elektrycznego pojazdu. Nie jako obietnicę, że każdy przejedzie dokładnie tyle, ile wskazał producent, lecz jako możliwość wykonania kilku normalnych tras bez ciągłego obserwowania wskaźnika baterii. Jeżeli ktoś dojeżdża po kilka albo kilkanaście kilometrów do pracy, nie będzie zmuszony do ładowania hulajnogi po każdym powrocie.

A jeśli chodzi o ładowanie, to według producenta zajmuje ono około sześciu godzin. To długo, jeśli przypomnimy sobie o pustym akumulatorze tuż przed wyjściem, ale przy podłączaniu hulajnogi wieczorem nie stanowi większego problemu. A tego typu urządzenia raczej ładujemy właśnie przez noc, więc nie uznałbym tego w żadnym stopniu za minus.

Kolorowy ekran, kierunkowskazy i kluczyk w telefonie

NAVEE ST5 Max ma kilka dodatków, które nie poprawiają komfortu jazdy per se, ale sprawiają, że korzystanie z niej na co dzień jest przyjemniejsze — i jest prawdziwą gratką dla geeków. Najbardziej oczywiste są kierunkowskazy. W hulajnodze, na której zdjęcie jednej ręki z kierownicy potrafi wyraźnie pogorszyć stabilność, możliwość zasygnalizowania skrętu przyciskiem ma sens. Chociaż jak Tesla próbowała zrobić coś podobnego w samochodach, to wszyscy się oburzyli, i finalnie powróciły standardowe manetki — wychodziłoby więc na to, że kierowcy hulajnóg elektrycznych mają bardziej otwarte głowy!

Przednia lampa ma moc 6 W i nie służy wyłącznie do spełnienia wymagań homologacyjnych. Do jazdy po kompletnie nieoświetlonej trasie nadal można zdecydować się na dodatkowe światło, ale w mieście fabryczny reflektor dobrze radzi sobie z pokazaniem tego, co znajduje się bezpośrednio przed kołem. Z tyłu znalazło się światło pozycyjne, a kierunkowskazy zwiększają widoczność hulajnogi także po zmroku.

Do obsługi części ustawień służy aplikacja NAVEE. Można w niej między innymi włączyć i zmieniać siłę odzyskiwania energii (rekuperacja to najlepsze, co dały nam elektryczne pojazdy), uruchomić elektroniczną blokadę i kontrolować podstawowe parametry urządzenia. Sama blokada silnika nie zastępuje oczywiście porządnego zapięcia — producent otwarcie zaznacza, że nie uniemożliwia ona fizycznego zabrania hulajnogi. 

Ciekawie działa automatyczne odblokowywanie. Hulajnoga może rozpoznać znajdujący się w pobliżu telefon, odblokować się po podejściu i ponownie zablokować, gdy się oddalimy. Brzmi jak funkcja pożyczona z nowoczesnego samochodu… i trochę nią jest. Nie zmienia sposobu jazdy, ale po przyzwyczajeniu się trudno nie docenić tego, że nie trzeba za każdym razem wyciągać telefonu i szukać odpowiedniej opcji w aplikacji. 

Właściciele iPhone’ów mogą też dodać ST5 Max do sieci Apple Find My i obserwować jej położenie w aplikacji Znajdź. Nie jest to pełnoprawny system antykradzieżowy ani zamiennik ukrytego lokalizatora GPS, ale w sprzęcie kosztującym kilka tysięcy złotych stanowi rozsądne dodatkowe zabezpieczenie. 

Czytaj też: Wjedziesz hulajnogą gdzie nie trzeba? System wyłączy ją zdalnie bez twojej zgody

Wszystko jest dobrze, dopóki… nie trzeba jej podnieść

Masa ST5 Max, jak już ustaliliśmy, pomaga podczas jazdy. Hulajnoga jest spokojna, stabilna i nie reaguje nerwowo na każdy fragment gorszej nawierzchni. Cała sympatia do tych 25,4 kg znika jednak w chwili, gdy trzeba pokonać schody.

To zdecydowanie nie jest model dla kogoś, kto mieszka na czwartym piętrze bez windy. Jednorazowo da się ją wnieść, ale wykonywanie tego manewru codziennie szybko zamieniłoby dojazdy do pracy w trening siłowy. Problemem może być nawet kilka stopni prowadzących do klatki schodowej albo wysoki próg, szczególnie gdy trzeba jednocześnie pilnować, żeby hulajnoga nie obiła się o ścianę.

Podobnie wygląda kwestia łączenia przejazdu z komunikacją miejską. ST5 Max można złożyć, ale nie staje się przez to lekka ani szczególnie kompaktowa. W zatłoczonym autobusie będzie przeszkadzać, w pociągu zajmie dużo miejsca, a włożenie jej do niewielkiego bagażnika może wymagać przesuwania czy nawet składania siedzeń w mniejszych samochodach.

Przed zakupem warto więc odpowiedzieć sobie na znacznie ważniejsze pytanie niż to, czy potrzebujemy silnika o mocy szczytowej 1650 W. Gdzie hulajnoga będzie przechowywana? Jeżeli w garażu, piwnicy z łatwym dostępem albo mieszkaniu z windą, jej masa pozostanie głównie plusem podczas samej jazdy. Jeżeli jednak codziennie trzeba ją nosić, żadne zawieszenie, bajery w aplikacji czy kolorowy ekran nie wynagrodzą tej niedogodności.

Czy warto kupić NAVEE ST5 Max?

NAVEE ST5 Max w momencie pisania tego testu kosztuje około 3400 zł. Nie jest więc tanią alternatywą dla hulajnóg wynajmowanych na minuty, tylko sprzętem, który ma stać się naszą główną maszyną do codziennych dojazdów. 

Paradoksalnie najbardziej przekonuje mnie w niej nie 1650 W mocy czy obietnica przejechania 90 km. Po blisko dwóch tygodniach wspólnej przygody najbardziej zapamiętałem to, że nie musiałem ani razu na drodze się zastanawiać, czy za moment kierownica nie zacznie drżeć, a cały podest podskoczy na kolejnym łączeniu kostki. Zawieszenie rzeczywiście zmienia sposób, w jaki korzysta się z hulajnogi. ST5 Max, naturalnie, nie zamienia dziurawej drogi w świeżo wylany asfalt, ale pozwala przejechać przez miasto bez ciągłego polowania na najgładszy możliwy tor. Mocny silnik dobrze radzi sobie ze wzniesieniami, hamulce pasują do masy konstrukcji, a duży akumulator daje swobodę, której brakuje w prostszych modelach.

Jednocześnie nie kupowałbym jej z myślą o codziennych przesiadkach ani wtedy, gdybym mieszkał na piętrze bez windy. Jest za ciężka, za duża i zbyt kłopotliwa w przenoszeniu. W takich warunkach rozsądniejszy okaże się model mniej efektowny, słabszy i gorzej amortyzowany, ale ważący o kilka albo kilkanaście kilogramów mniej.

Jeżeli jednak hulajnoga ma pokonywać całą trasę od drzwi do drzwi, a po drodze czekają na nas kostka brukowa, nierówne ścieżki i kilka wzniesień, ST5 Max ma naprawdę dużo sensu. To nie jest sprzęt, który wygrywa jedną kosmiczną wartością w specyfikacji. Najlepiej wypada tam, gdzie wiele innych hulajnóg zaczyna irytować i nas męczyć — czyli na prawdziwych miejskich drogach, które wcale nie są tak równe, jak byśmy sobie tego życzyli.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor Prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.