Wiedźmin bez Geralta to nadal Wiedźmin? Zagrałem w niedocenioną grę Redów

Długo biłem się z myślą, czy podejmować się tego tematu, bo Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści, która zadebiutowała w 2018 roku może i nie jest dla mnie bezsprzecznie świetną grą, ale pokazała mi coś ważnego w kwestii Wiedźmina 4. Dokładnie tak – chodzi o postać Ciri w roli głównej, a więc coś, czego ciągle się obawiam, bo powiedzenie, że “Wiedźmin bez Geralta to nie Wiedźmin” nie jest mi obce.
Wiedźmin bez Geralta to nadal Wiedźmin? Zagrałem w niedocenioną grę Redów

Zacznijmy jednak nieco niespodziewanie, bo od tego, czy warto dziś w ogóle zagrać w grę Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści. 

Artykuł w wersji wideo

Krótka recenzja Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści

Odpowiedź na to jest prosta – tak, ale tylko na dobrej przecenie (tych ostatnio zresztą nie brakuje) i przy założeniu, że wiecie, na co się piszecie i skupicie się przede wszystkim na głównych zadaniach. Jest to bowiem karcianka z overworldem, po którym poruszamy się od surowca do surowca i z bitwy do bitwy. Jeśli macie w planach odkrycie wszystkich sekretów i wymaksowanie tego dzieła, to już po dwóch pierwszych rozdziałach kompletnie się to wam znudzi. Po prostu wciągającego i zróżnicowanego gameplay’u na przestrzeni całej kampanii tam zwyczajnie brakuje.

Czytaj też: Taki ma być Wiedźmin 1 Remake. Gracze wyrazili swoje pragnienia

Jak na karciankę, jest to bowiem gra przydługa i niepotrzebnie rozciągnięta. Tak rozciągnięta, że mam wrażenie, że w ostatnich dwóch rozdziałach twórcy sami zaczęli się nudzić i finalnie debugowo uprościli zarówno główne potyczki, jak i poboczne zagadki, a koniec końców tego ułatwienia nie zdjęli przed wydaniem gry. Nie przesadzam, bo nie raz zdarzyło mi się, że przeciwnik pasował rundę przed zagraniem połowy swoich kart i w efekcie przegrywał po ledwie kilku turach. Sam tłumaczyłem to sobie tym, że Nilfgaard po prostu poddaje swoje bitwy, wiedząc, w jakie bagno wdepnął. 

Powiedzieć jednak, że nie przeszedłbym nigdy tej gry, gdybym nie miał Steam Decka, który jak na handhelda przystało, premiuje tego typu produkcje, to jakby nie powiedzieć nic. Oczywiście jest to związane z tym, że walczę ciągle z genem gracza-kompletonisty, który za wszelką cenę chce zdobyć i odkryć wszystko w toku kampanii. Dopiero w połowie gry, bo trzecim rozdziale, udało mi się przezwyciężyć to przyzwyczajenie i zamiast sprawdzać ciągle mapę, po prostu szedłem przed siebie, koncentrując się na głównym celu danej mapy. Zwłaszcza że największe nagrody na mapie są powiązane z wieloosobową grą karcianą Gwint, której CD Projekt RED już bezpośrednio nie rozwija (oddał tę pracę w ręce społeczności), choć serwery utrzymuje. 

Gra ma jednocześnie wiele wad. Przy napotkanych na drodze sytuacjach najlepiej wszystko akceptować i naciskać na własną korzyść, decyzje fabularne przy znaczących momentach są często nieprzewidywalne w skutkach, mechanika morale w armii jest spłaszczona i wpływa tylko na siłę kart podczas bitew, sam progres w toku gry nie jest aż tak odczuwalny, a na dodatek zdobywane w toku kampanii karty zapewniają wprawdzie nowe mechaniki, ale jednocześnie gra nie pozwala zapisywać różnych talii, co ułatwiłoby eksperymenty. Finalnie więc trzymałem się jednego skutecznego archetypu, bo po prostu czułem, że tracę czas na samo układanie talii. Jednocześnie niektóre zagadki i bitwy były satysfakcjonujące, ale dla weterana karcianek nie były jakoś szczególnie zachwycające. Zwłaszcza że im dalej w las, tym pojedynki z Nilfgaardem zaczynały przypominać ten sam schemat. 

Ponarzekałem, więc czas na plusy. Jeśli grę Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści potraktuje się jako opowieść, a nie karciankę godną kilkudziesięciu godzin i zaglądania w każdy kąt, to zaliczycie ten tytuł w godzin kilkanaście, śledząc bardzo dobrze przygotowaną i wyjątkową historię świata, po którym stąpa m.in. Biały Wilk. Jednak w tej grze główna rola przypadła nie Geraltowi, a królowej Meve, władczyni Lyrii i Rivii, której rola sprowadza się do stawienia czoła Nilfgaardowi. Nie liczcie jednak na zupełnie nowy element układanki do tego uniwersum. Historia sprowadza się do przeszłości i zahacza nawet bezpośrednio o dzieła Andrzeja Sapkowskiego i jedną z najlepszych scen w całej sadze, bo o bitwę na moście nad Jarugą. 

Wiedźmin bez Geralta już powstał. Po prostu wiele osób go ominęło

Po co o tym wszystkim wspominam? Ano dlatego, że kiedy CD Projekt RED pokazał pierwszy zwiastun Wiedźmina 4, to dyskusja bardzo szybko przestała dotyczyć potworów, świata czy tego, jak właściwie będzie wyglądała nowa saga. Zamiast tego pojawiły się dwa pytania. Dlaczego Ciri? Czy Wiedźmin bez Geralta w ogóle może być jeszcze Wiedźminem?

Drugie z tych pytań rozumiem znacznie bardziej. Spędziliśmy z Geraltem trzy ogromne gry, a dla wielu osób Wiedźmin 3 był pierwszym kontaktem z całym uniwersum. Białe włosy, dwa miecze i charakterystyczny głos zostały przyklejone do marki niemal równie mocno jak sam wilczy medalion. Dlatego sam mam obawy wynikające wyłącznie z tego, że tym razem główną bohaterką będzie kobieta, ale Wojny Krwi: Wiedźmińskie opowieści udowodniły mi coś ważnego.

CD Projekt RED już raz zrobił Wiedźmina bez Geralta. Co więcej, zrobił Wiedźmina z kobietą w roli głównej i stworzył przy okazji jedną z ciekawszych bohaterek w całym swoim dorobku. Uprzedzam tylko, że dalej będą spoilery do Wojny Krwi.

Co ma Meve do Wiedźmina 4?

Wojna Krwi: Wiedźmińskie Opowieści z 2018 roku jest dziwną grą. Z jednej strony to fabularne RPG osadzone w świecie Wiedźmina, z drugiej walkę zastępuje zmodyfikowany Gwint, a świat oglądamy z perspektywy izometrycznej. Główna bohaterka nie poluje zawodowo na potwory, nie wypija eliksirów i nie zarabia na kontraktach. Jest za to królową.

Meve rządzi Lyrią i Rivią, a kiedy Nilfgaard rozpoczyna kolejną inwazję na Północ, zostaje zmuszona do prowadzenia własnej armii, zdobywania sojuszników i odzyskiwania utraconego królestwa. CD Projekt RED przedstawia ją jako doświadczoną wojowniczkę, surową władczynię i osobę cieszącą się autentycznym szacunkiem poddanych. Sama gra została zbudowana wokół wyborów, których konsekwencją może być utrata kompanów, zdrada, dezercja albo śmierć. 

Geralt oczywiście pojawia się w tej historii. Wojna Krwi pokazuje nawet wydarzenie, po którym otrzymał swoje słynne “z Rivii”, bo stał się w pewnym momencie rycerzem. Nie jest jednak człowiekiem, wokół którego kręci się fabuła, a mimo tego gra jest dla mnie Wiedźminem od pierwszych godzin. Dlaczego?

Bo Wiedźmin nigdy nie polegał tylko na Geralcie. Polegał na świecie, w którym człowiek pytający o pomoc może być większym potworem od bestii grasującej pod wioską. Na polityce, w której nie ma czystych sojuszy. Na wyborach, po których zamiast komunikatu “podjąłeś dobrą decyzję” dostajemy kilka godzin później konsekwencję i zaczynamy zastanawiać się, czy nie należało jednak postąpić inaczej.

Geralt był fenomenalnym przewodnikiem po tym świecie, ale sam świat potrafi istnieć bez niego i Wojna Krwi już to udowodniła. Ciri ma z kolei pod tym względem jeszcze łatwiej, bo nie jest kimś wyciągniętym nagle z kapelusza. Była jedną z najważniejszych postaci książek, w Wiedźminie 3 sterowaliśmy nią bezpośrednio, a CD Projekt RED od dawna traktował ją jako naturalną kandydatkę do przejęcia głównej roli

Dla mnie znacznie ciekawsze jest więc inne pytanie. Czy CD Projekt RED potrafi napisać Ciri jako Ciri, a nie Geralta z kobiecym modelem?

Meve nie jest Geraltem w koronie

Właśnie tutaj wracam do Wojny Krwi, bo największą zaletą Meve nie jest tylko to, że oto mamy “silną kobietę”, a na dodatek władczynię. Nie cierpię zresztą tego połączenia, bo w grach bardzo często prowadzi do najbardziej leniwego możliwego projektowania postaci. Chcesz pokazać, że bohaterka jest silna? Niech wszystkich obraża, pije, bije facetów, nigdy nie okazuje słabości, a najlepiej jeszcze co kilka godzin przypomina otoczeniu, że doskonale radzi sobie bez pomocy.

Wychodzi wtedy postać, której autorzy zabrali model typowego twardziela z gry akcji i podmienili mu ciało. Meve jest zaś zupełnie inna. Potrafi dowodzić armią, walczyć, grozić i wydawać wyroki. Jednocześnie jej pozycja kobiety, matki, wdowy i królowej nie została wycięta z historii tylko po to, aby udowodnić, że płeć nie ma znaczenia. Ma znaczenie.

Jej zmarły mąż Reginald był wcześniej królem, po jego śmierci Meve przejęła władzę, a relacja z najstarszym synem Villemem staje się później jednym z najbardziej osobistych konfliktów całej historii. Villem zgadza się objąć władzę po odsunięciu matki, a kiedy oboje spotykają się ponownie, możemy zdecydować, czy Meve mu wybaczy, potraktuje go jako wroga, czy wręcz złamie warunki spotkania i weźmie go do niewoli.

Ten konflikt działa jednocześnie na kilku poziomach. Królowa ocenia przyszłego władcę. Dowódca ocenia człowieka, który przeszedł na stronę przeciwnika. Matka patrzy na własnego syna i nie da się wyjąć jednego z tych elementów bez zmiany całej sceny.

Meve może być bezlitosna. Może być dumna do granic rozsądku. Potrafi podejmować decyzje, które kosztują ją ludzi, a w zależności od wyborów gracza traci kompanów, sojusze i zaufanie własnej armii. Nie została jednak napisana jako nieomylna “girlboss”, której scenarzyści boją się przypisać jakąkolwiek wadę. Dzięki temu jest po prostu człowiekiem i dokładnie tego gracze oczekują po Ciri w Wiedźminie 4.

Problemem nie są kobiety, które przeklinają i zabijają

W tym miejscu muszę doprecyzować jedną rzecz, bo bardzo łatwo wpaść w drugą skrajność. Kiedy mówię, że część bohaterek w grach “zachowuje się jak faceci”, nie chodzi mi o to, że kobieta nie może być agresywna, brutalna, bezpośrednia, wysportowana czy emocjonalnie zamknięta. Żadna z tych cech nie należy wyłącznie do mężczyzn. Problem zaczyna się jednak  wcześniej, bo już na etapie projektowania postaci.

Świetnym przykładem jest Assassin’s Creed Odyssey. Gracz może wybrać Kassandrę albo Alexiosa, ale obie postacie wypowiadają te same kwestie i przechodzą zasadniczo tę samą historię. Różnicę budują przede wszystkim aktorzy, wygląd i sposób interpretowania konkretnych zdań. Czy Kassandra jest przez to złą bohaterką? Absolutnie nie. Sam uważam ją za znacznie ciekawszą wersję protagonisty Odyssey.

Tylko że jej kobiecość nie mogła zostać głęboko wpisana w większość scenariusza, skoro dokładnie ten sam dialog chwilę później musiał działać po wybraniu Alexiosa. Autor nie może przygotować kilkudziesięciogodzinnej opowieści wynikającej z doświadczeń konkretnej kobiety, jeśli ta sama linijka ma równie dobrze pasować do jej brata.

Podobny mechanizm znajdziemy w wielu RPG-ach z wyborem płci. Commander Shepard w Mass Effect, Eivor w Assassin’s Creed Valhalla czy V w Cyberpunku 2077 muszą przede wszystkim działać jako rola, w którą może wejść gracz. Samo w sobie nie jest to wadą. Problem zaczyna się wtedy, gdy tak samo projektujemy bohaterkę, która nie ma być awatarem gracza, a w tym wszystkim Ciri nie jest pustą kartką.

Cyberpunk 2077 pokazuje zarówno zaletę, jak i ograniczenie takiego podejścia

Najciekawszym przykładem jest dla mnie postać V, bo pochodzi dokładnie z tego samego studia. Tyle tylko, że Cyberpunk 2077 został zaprojektowany wokół zupełnie innego rodzaju protagonisty niż Wiedźmin. CD Projekt RED chciał, aby to była “nasza wersja V”. Gracz wybiera ciało, głos, pochodzenie oraz wygląd, a dialogi często celowo używają po prostu imienia V zamiast określeń związanych z płcią.

Czytaj też: Wiedźmin robi to lepiej od Dawnwalkera

Dzięki temu bez względu na wybór płci, każdy gracz poznawał historię najemnika próbującego zrobić karierę w Night City. Co ciekawe, głosy potrafią mimo identycznego fundamentu zmienić odbiór postaci i jest to w dużej mierze zależne od tego, jak w rolę wejdą aktorzy głosowi. Tylko że Cyberpunk może sobie na to pozwolić, bo V zostało stworzone jako postać gracza.

Ciri taka nie będzie. Ma już za sobą dzieciństwo, konkretne relacje, temperament, traumę, historię z Geraltem i Yennefer, własne zdanie o świecie oraz doświadczenia, których gracz jej nie wybierał. Paradoksalnie liczę więc na to, że CD Projekt RED podczas tworzenia Wiedźmina 4 zapomni trochę o doświadczeniu zdobytym przy V i przypomni sobie właśnie Meve.

Ciri nie może stać się Geraltem 2.0

Pierwszy zwiastun Wiedźmina 4 daje tutaj pewną nadzieję. CD Projekt RED pokazuje Ciri podczas kontraktu na potwora. Dziewczyna z wioski ma zostać złożona w rytualnej ofierze, Ciri postanawia ingerować i ostatecznie przekonuje się, że zabicie bestii wcale nie rozwiązuje problemu. Samo studio podkreśla, że trailer został zbudowany wokół perspektywy Ciri jako osoby z zewnątrz, która próbuje uratować ofiarę i wchodzi przez to w konflikt z przesądami mieszkańców.

Brzmi znajomo, bo jest to bardzo wiedźmiński problem. Jednocześnie Ciri reaguje na niego inaczej, niż wyobrażam sobie Geralta. Geralt po dziesięcioleciach chodzenia po świecie zna cenę ingerowania w podobne konflikty. Ciri znajduje się dopiero na początku własnej drogi. CD Projekt RED mówi wprost, że nowa saga ma opowiadać między innymi o tym, co oznacza dla niej stawanie się wiedźminem i wypracowywanie własnego podejścia do tego fachu, a tutaj widzę największy potencjał całej zmiany.

Nie chcę drugiego Geralta. Nie chcę Ciri, która po kilku godzinach zacznie mówić tym samym tonem, wykonywać te same gesty i traktować każdy problem z identycznym zmęczeniem człowieka, który widział już wszystko. Geralt działał właśnie dlatego, że był Geraltem. Starym, doświadczonym wiedźminem z wyrobionym kodeksem i niekoniecznie pozbawionym emocji. Ciri zaś powinna dopiero swój kodeks budować. Może więc popełniać błędy. Może reagować emocjonalnie. Może próbować ratować ludzi, których Geralt uznałby już za straconych. Może też z czasem stać się bardziej cyniczna zależnie od tego, jakie decyzje będziemy podejmować.

Wiedźmin 4 Wiedźmin IV Witcher Ciri

Taka zmiana daje scenarzystom znacznie więcej możliwości niż kolejna historia siwego zawodowca, który po raz tysięczny odkrywa, że największym potworem był człowiek. Jeśli więc Ciri zostanie napisana równie dobrze i wiernie jak Meve, to wielkich kontrowersji Redzi zdołają uniknąć, ale jak po kilku godzinach z Ciri zrobi się Geralt, to… no cóż, będzie dziwnie.

O Wiedźmina 4 boję się z zupełnie innych powodów

Mam pytania dotyczące Wiedźmina 4. Całe mnóstwo. Chcę wiedzieć, jak Redzi pogodzą nową historię z zakończeniami Wiedźmina 3. Chcę zobaczyć, jak zostanie wyjaśniona droga Ciri do statusu pełnoprawnej łowczyni potworów. Interesuje mnie, co stanie się z jej niezwykłymi możliwościami i jak studio uniknie sytuacji, w której bohaterka znana z manipulowania przestrzenią nagle przez pięćdziesiąt godzin potrzebuje drabiny i mozolnie wspina się po skałach. Zastanawiam się też, czy otwarty świat będzie rzeczywiście głębszy, a nie tylko większy. Martwi mnie mnóstwo rzeczy.

Gra Wojna Krwi: Wiedźmińskie opowieści pokazała mi jednocześnie coś, o czym łatwo zapomnieć po trzech ogromnych przygodach Geralta. Świat Wiedźmina nie potrzebuje Białego Wilka na środku każdego kadru, żeby pozostać interesujący. Potrzebuje jednak świetnych postaci, konsekwencji, brudnej polityki, potworów, które nie zawsze są największym zagrożeniem, a do tego wyborów, po których przez kolejne pół godziny zastanawiamy się, czy właśnie nie popełniliśmy ogromnego błędu.

Czytaj też: Wielkie plany CD Projekt RED. Kiedy nowy Wiedźmin i Cyberpunk?

Meve miała to wszystko bez srebrnych włosów i dwóch mieczy na plecach. Jeśli więc Redzi pozwolą być Ciri po prostu Ciri, to zmiana bohatera może okazać się dokładnie tym, czego Wiedźmin potrzebował po zakończeniu historii Geralta. Powiewem świeżości, który nie zrobi z marki Wiedźmin kolejnego Asasyna.

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.