BMW wymyśliło ten motocykl 90 lat temu. Teraz wraca z wodorem i absurdalną mocą

Wystarczy trochę pogrzebać w motoryzacyjnej przeszłości, żeby odkryć projekty wyglądające tak, jakby ich konstruktorzy po prostu urodzili się o kilka dekad za wcześnie. Mam szczególną słabość właśnie do takich przypadków, bo pokazują, że technologia nie rozwija się prostą linią od prymitywnego do nowoczesnego i dotyczy to nawet motocykli.
Lennart Baramsky / Yanko Design

Lennart Baramsky / Yanko Design

W historii technologii jest tak, że pewien pomysł może pojawić się, zniknąć na większą część stulecia, a potem wrócić dopiero wtedy, gdy materiały, napęd i możliwości produkcyjne zaczną do niego dorastać. Tym razem historia zatoczyła koło w wyjątkowo efektowny sposób, bo projektant sięgnął po motocykl sprzed ponad 90 lat i spróbował wyobrazić sobie jego potomka dla ery wodoru.

BMW R7 wyglądało jak motocykl przyszłości już w 1934 roku

Punktem wyjścia jest BMW R7 zaprojektowane przez Alfreda Böninga. Ten motocykl powstał w 1934 roku i zamiast przypominać typowy dla tamtych czasów “rower z silnikiem”, zamykało dużą część mechaniki pod płynną karoserią z tłoczonej stali. Art déco, mnóstwo chromu, zintegrowane elementy nadwozia i eksperymentalna technika sprawiały, że całość wyglądała kompletnie inaczej niż większość jednośladów epoki.

Czytaj też: Yamaha zrobiła sportowy motocykl dla normalnych ludzi

Problem? BMW uznało R7 za zbyt ciężkie i kosztowne do seryjnej produkcji. Przed ponad półwiekiem jedyny egzemplarz został rozebrany, schowany do skrzyni i przeleżał w magazynie ponad 70 lat. Kiedy skrzynia została otwarta w 2005 roku, to futurystyczna maszyna sprzed dekad była zachowana w około 70 procentach i wymagała poważnej renowacji. Proces trwał kilka lat, ale dopiero w 2012 roku motocykl przywrócony do dawnej świetności zdobył nagrodę Best in Class podczas Pebble Beach Concours d’Elegance.

Dziś oczywiście podobne eksperymenty nadal powstają. Niedawno patrzyłem choćby na BMW Vision K18, które również próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo można jeszcze odejść od klasycznej sylwetki motocykla. REV-1 robi jednak coś ciekawszego, bo nie tylko patrzy naprzód. Jednocześnie patrzy bardzo daleko wstecz.

REV-1 łączy Art déco z wodorem

Za REV-1 stoi projektant Lennart Baramsky. Jego koncepcja bierze podstawową filozofię R7, czyli ukrycie mechaniki wewnątrz spójnej bryły, i przepuszcza ją przez filtr XXI wieku. Według opisu projektu nadwozie ma przyjąć formę niemal ciągłej, ręcznie kształtowanej aluminiowej skorupy z minimalną liczbą widocznych łączeń. Nie wygląda więc jak rama, silnik, zbiornik i owiewki skręcone ze sobą w fabryce. Bardziej przypomina jeden metalowy obiekt, z którego dopiero wycięto miejsca potrzebne kołom oraz mechanice.

Czytaj też: Tani elektryczny motocykl wreszcie nie wygląda jak zabawka

Najbardziej nietypowy jest przód. Nie ma klasycznego widelca teleskopowego. Zamiast niego pojawia się układ dźwigni, przegubów, wahacza i niemal poziomo umieszczonego amortyzatora. Konstrukcyjnie przywodzi to na myśl alternatywne rozwiązania znane z Bimoty Tesi czy BMW Duolever, ale Baramsky chowa cały mechanizm tak głęboko w bryle motocykla, że zawieszenie przestaje dominować jego wygląd. Jednak to, co ten wygląd dominuje, to napis “450 kW Hydrogen Core”.

Po przeliczeniu wspomnianych 450 kilowatów mówimy o mocy rzędu około 612 koni mechanicznych. W motocyklu… i to wodorowym. Jednak to tylko i wyłącznie marzenia, bo sam REV-1 nie jest prototypem gotowym do jazdy i zresztą samo istnienie takiego układu napędowego jest niepotwierdzone. W dostępnych opisach brakuje również konkretów wyjaśniających, czy “Hydrogen Core” oznacza ogniwo paliwowe z silnikiem elektrycznym, spalanie wodoru czy jeszcze inną architekturę napędowo. Na dziś to więc tylko wizja projektowa.

Motocykle wodorowe jednak już istnieją. Suzuki testowało Burgmana z ogniwem paliwowym, którego wersja z 2017 roku oferowała maksymalnie 4,5 kW, zbiornik wodoru pod ciśnieniem 70 MPa i około 120 km zasięgu przy stałych 60 km/h. Deklaracja REV-1 jest więc dokładnie stukrotnie większa pod względem samej mocy, choć oczywiście porównujemy tutaj realny skuter badawczy z dużo późniejszą wizją designerską.

Wodorowy motocykl już istnieje

Całego REV-1 nie skreślałbym przez ten mocno fantazyjny parametr, bo wodór rzeczywiście dotarł już do świata jednośladów. Kawasaki w 2024 roku publicznie przejechało po torze Suzuka motocyklem spalającym wodór. Jego silnik bazuje na doładowanej, czterocylindrowej jednostce o pojemności 998 cm sześciennych z Ninja H2, która to została zmodyfikowana pod bezpośredni wtrysk wodoru. Firma mówi o początku lat 30. jako perspektywie doprowadzenia takiej technologii do bardziej praktycznej formy.

Czytaj też: Aston Martin wypuszcza potwora na ulice. Wygląda jak motocykl Batmana, ale to nie koncept

Równolegle rozwijane są ogniwa paliwowe, które zamieniają wodór na energię elektryczną. Pisałem już o tym przy próbach obniżenia kosztów ogniw paliwowych, bo to właśnie ekonomia pozostaje jednym z powodów, dla których wodór od lat jest “paliwem przyszłości”, tylko ta przyszłość ciągle nie chce zamienić się w codzienność. Niekoniecznie zresztą ta przyszłość będzie przeznaczona dla każdego pojazdu, bo np. w motocyklu dochodzi do tego problem miejsca. Trzeba gdzieś bowiem zmieścić zbiornik wysokociśnieniowy, układ zasilania, zabezpieczenia i całą resztę napędu, nie robiąc przy okazji z jednośladu dwukołowego autobusu. Render REV-1 może ten problem bardzo elegancko ukryć. Inżynierowie prawdziwego motocykla już nie.

Źródła: Yanko Design BMW Group, Kawasaki

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.