Recenzja Orbitals. Niespodziewany bohater Nintendo tego roku!

Orbitals nie wygląda jak gra, która miała być jednym z ważniejszych tytułów dla Nintendo Switch 2 w tym roku. Nie stoi za nią wielka marka Nintendo, nie jest kolejną odsłoną znanej serii i na pierwszy rzut oka łatwo ją wrzucić do worka z mniejszymi AA pod batutą dużej korporacji… a jednak!
Recenzja Orbitals. Niespodziewany bohater Nintendo tego roku!

Po kilku godzinach okazuje się, że Shapefarm przygotowało jedną z ciekawszych gier dla dwóch osób, jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Nie dlatego, że Orbitals odkrywa nowy gatunek albo robi coś, czego wcześniej nikt nie próbował. Jego największą siłą jest konsekwencja. Gra prawie przez cały czas wymaga współpracy, często zmienia sposób zabawy, bardzo dobrze wykorzystuje niewielki zestaw narzędzi i nie próbuje sztucznie rozciągać kampanii — a to ostatnie jest dla mnie szczególnie ważne.

To produkcja wyłącznie dla dwóch graczy. Nie ma wariantu solo z botem ani możliwości swobodnego przełączania się między bohaterami. Jedna osoba steruje Maki, druga Omurą i od pierwszych minut bardzo szybko staje się jasne, że większość poziomów zaprojektowano tak, żeby obie osoby miały coś konkretnego do zrobienia. Czasami będzie to obsługa dwóch różnych mechanizmów, innym razem jedna osoba przygotowuje drogę drugiej, a w kolejnych sekwencjach role rozchodzą się jeszcze mocniej. To właśnie w tym miejscu Orbitals działa najlepiej.

Czytaj też: Recenzja Star Fox. Wielki powrót lisa Nintendo… z déjà vu w tle

Maki i Omura ruszają w kosmos

Fabuła jest prosta. Maki i Omura mieszkają w kolonii zagrożonej przez Storm Wall, potężną kosmiczną anomalię, która odcina ich dom od reszty świata i coraz mocniej wpływa na jego funkcjonowanie. Bohaterowie ruszają więc w podróż, żeby znaleźć sposób na uratowanie kolonii. Cała historia jest mocno osadzona w stylistyce klasycznego anime science fiction (a to jedna z moich ulubionych stylistyk w popkulturze!) i korzysta z bardzo znajomych tematów: przyjaźni, odpowiedzialności, wspólnego działania i stawiania czoła problemom znacznie większym od samych bohaterów.

Maki i Omura wypadają dobrze przede wszystkim dlatego, że ich relacja jest prowadzona w lekki sposób. Dużo ze sobą rozmawiają, komentują otoczenie, przekomarzają się i szybko budują wrażenie duetu, który zna się od dawna. To pomaga również samej rozgrywce, bo fabularna relacja bohaterów pokrywa się z tym, co dzieje się między graczami — jedna osoba praktycznie cały czas polega na drugiej.

Gorzej wypadają jednak postacie drugoplanowe i sam świat. Gra wprowadza kilka ciekawych wątków, ale rzadko daje im wystarczająco dużo czasu. Pod koniec wyraźnie czuć, że tempo fabuły przyspiesza, a finał przychodzi nieco szybciej, niż powinien. Orbitals nie potrzebowało wielkiej, wielowątkowej historii, ale dodatkowa godzina poświęcona mieszkańcom kolonii i relacjom między nimi zdecydowanie by mu pomogła.

Czytaj też: Recenzja Splatoon Raiders. Największy eksperyment Nintendo Switch 2 okazał się strzałem w dziesiątkę!

Najważniejsze są narzędzia i sposób, w jaki gra każe ich używać

Podstawą rozgrywki są narzędzia, które Maki i Omura zdobywają i wykorzystują do manipulowania otoczeniem. Jedno pozwala przyciągać wybrane elementy, inne operować cieczą, kolejne wykorzystuje energię do aktywowania lub zmieniania właściwości konkretnych obiektów. Same w sobie nie są przesadnie skomplikowane; gra zresztą nie zasypuje nas dziesiątkami umiejętności ani drzewkiem rozwoju. Cały pomysł opiera się na tym, żeby prosty zestaw funkcji regularnie umieszczać w nowych sytuacjach.

Na początku rozwiązania są oczywiste. Jeden gracz przesuwa element konstrukcji, drugi przechodzi dalej. Później dochodzi konieczność wykonywania kilku czynności we właściwej kolejności, utrzymywania obiektu w odpowiedniej pozycji albo reagowania na zmieniające się warunki. Gra bardzo często rozdziela zadania między dwie osoby — jedna widzi coś, czego druga nie może dosięgnąć, druga ma z kolei narzędzie potrzebne do uruchomienia mechanizmu. W najlepszych momentach obie osoby muszą najpierw zrozumieć, jak działa cała układanka, a potem jeszcze odpowiednio zsynchronizować działania.

Orbitals korzysta tutaj z tego samego fundamentu, który świetnie sprawdza się w grach Hazelight, takich jak A Way Out, It Takes Two czy Split Fiction — druga osoba nie jest po prostu dodatkową parą rąk wykonującą te same czynności. Jej obecność jest wpisana bezpośrednio w konstrukcję poziomów. Gra dobrze wykorzystuje też fakt, że nie każdy gracz patrzy na problem z tej samej perspektywy. Często jedna osoba jako pierwsza zauważa rozwiązanie, podczas gdy druga sprawniej wykonuje konkretną sekwencję. Rozmowa przychodzi tutaj naturalnie, bo bez niej część zagadek byłaby zwyczajnie niewygodna do przejścia.

Czytaj też: Recenzja Yoshi and the Mysterious Book. Gra tak słodka, że prawie wszystko jej wybaczyłem 

W Orbitals nie zdołacie się znudzić. Gameplay regularnie zaskakuje

Największe podobieństwo do It Takes Two i Split Fiction widać w strukturze kampanii. Orbitals nie próbuje przez całą grę rozwijać jednego systemu — zagadki środowiskowe są tylko jednym z elementów. Pojawiają się fragmenty platformowe, sekwencje zręcznościowe, sterowanie statkiem, obsługa jego uzbrojenia i sytuacje, w których obie osoby dostają zupełnie różne zadania. Niektóre mechaniki wracają później w bardziej rozbudowanej formie, inne pojawiają się właściwie tylko na kilka minut.

Dzięki temu kampania ma dobre tempo. Kiedy jeden typ zagadek zaczyna być już całkowicie zrozumiały, gra zmienia kontekst albo wrzuca nową mechanikę. Bardzo dobrze wypadają również sekwencje związane ze statkiem kosmicznym, w których jedna osoba nim steruje, druga obsługuje inne systemy, a po chwili sytuacja zmusza jednego z graczy do porzucenia dotychczasowego zadania i zajęcia się problemem wewnątrz pojazdu. W takich fragmentach Orbitals potrafi stworzyć trochę „kontrolowanego chaosu”, bo każda osoba zajmuje się czymś innym, a błąd jednej natychmiast wpływa na sytuację drugiej.

Nie wszystkie pomysły są jednak równie dobre. Czasami jedna osoba wykonuje większość pracy, podczas gdy druga jedynie podtrzymuje mechanizm albo czeka na swoją kolej. Zdarzają się też zagadki, w których problemem nie jest znalezienie rozwiązania, ale zauważenie elementu, z którym gra pozwala wejść w interakcję. Bogata oprawa potrafi wtedy niestety pogorszyć czytelność. Nie są to jednak problemy dominujące — większość etapów dobrze rozkłada obowiązki i przede wszystkim regularnie zmienia rytm.

Czytaj też: Recenzja Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park. Znowu przesadziłem z grzybami i niczego nie żałuję

Oprawa jest jednym z najmocniejszych elementów tej gry

Orbitals od pierwszych materiałów promocyjnych wyróżniało się stylem retro anime — właściwie dlatego na tę grę zwróciłem uwagę — i w gotowej grze ten kierunek działa rewelacyjnie! Nie chodzi tylko o cieniowanie postaci czy filtr nakładany na obraz. Cała prezentacja została przygotowana pod konkretną estetykę. Projekty bohaterów, statki, interfejs, efekty eksplozji, kadrowanie scen i ręcznie animowane przerywniki tworzą spójną całość, a gra momentami rzeczywiście wygląda jak anime science fiction sprzed lat przerobione na interaktywną produkcję. Coś pięknego.

Nietypowo rozwiązano również animację. Gra działa w 30 klatkach na sekundę, ale część elementów jest celowo animowana z mniejszą liczbą klatek, żeby zachować stylistykę klasycznej animacji. Na początku różnicę w płynności widać bardzo wyraźnie, szczególnie po przejściu z gry działającej w 60 fps (chociaż dla mnie, konsolowca, 60 klatek nie jest niestety częstym doświadczeniem). Po chwili zaczyna to jednak wyglądać bardziej jak świadomy zabieg niż ograniczenie sprzętu — ruch postaci ma charakterystyczny, lekko skokowy rytm i dobrze pasuje do całej konwencji.

Muzyka idzie w tym samym kierunku. Opening brzmi dokładnie tak, jak powinien brzmieć początek starego anime osadzonego w realiach sci-fi, a późniejszy soundtrack dobrze wspiera zarówno spokojniejsze fragmenty eksploracji, jak i bardziej dynamiczne sekwencje. Mocno wybija się też udźwiękowienie maszyn, mechanizmów i samego statku. W grze, w której przez sporą część czasu obsługuje się dziwne urządzenia i manipuluje przemysłowym otoczeniem, ma to większe znaczenie, niż początkowo może się wydawać.

Czytaj też: Recenzja Pokémon Pokopia. Definicja chillery i utopii

6–8 godzin kampanii to mało, ale tutaj działa to na korzyść gry

Orbitals można skończyć w około 6–8 godzin, zależnie od tego, jak szybko duet rozwiązuje zagadki. To krótka kampania i przy pierwszym kontakcie może wydawać się zbyt krótka, szczególnie że gra kończy się w momencie, w którym wszystkie mechaniki są już dobrze poznane. Nie ma tutaj też ogromnej ilości zawartości pobocznej ani systemu, który miałby zachęcać do wielokrotnego przechodzenia tych samych etapów. To gra na jeden strzał, który trwa mniej niż 10 godzin.

Jednocześnie właśnie długość sprawia, że tempo praktycznie nigdy nie siada. Gra nie rozwleka zagadek, nie każe wracać do tych samych lokacji i nie próbuje sztucznie zwiększać czasu potrzebnego do ukończenia kampanii. Jeśli jakiś pomysł sprawdził się przez kilkanaście minut, twórcy zwykle przechodzą dalej. Momentami aż szkoda, bo niektóre mechaniki spokojnie dałoby się rozwinąć mocniej, ale wolę taki problem niż kilka dodatkowych godzin wypełnionych powtórkami.

Długość dobrze pasuje też do samego charakteru Orbitals. To gra najlepiej sprawdzająca się jako wspólna przygoda rozłożona na dwa lub trzy wieczory. Nie wymaga ciągłego wracania do skomplikowanych systemów ani przypominania sobie dziesiątek zdolności. Po uruchomieniu można od razu wejść w kolejny etap i kontynuować zabawę. Dla produkcji nastawionej wyłącznie na co-op to zwyczajnie spora zaleta.

Czytaj też: Recenzja Mario Tennis Fever. Wąsaty hydraulik (jak Iga Świątek) imponuje potężnym forhendem

Orbitals ma świetnie rozwiązany problem drugiej kopii gry

Orbitals wymaga dwóch osób, więc sposób dystrybucji co-opa ma duże znaczenie. Lokalnie można oczywiście grać razem na jednej konsoli, ale dostępny jest też GameShare — zarówno lokalnie, jak i online przez GameChat. Alternatywą dla rozgrywki internetowej jest bezpłatny Global Friend’s Pass. Dzięki niemu druga osoba nie musi kupować pełnej wersji gry, żeby przejść całą kampanię wspólnie z właścicielem egzemplarza. Przy grze trwającej kilka godzin konieczność kupienia dwóch kopii byłaby wręcz absurdalna i nie zdałoby to egzaminu. Tutaj wystarczy jedna pełna wersja, co znacznie obniża próg wejścia. Global Friend’s Pass zawiera również demo, które można sprawdzić lokalnie przed rozpoczęciem pełnej przygody.

Co ciekawe, sam najchętniej grałem w docku, na TV. Orbitals działa w trybie przenośnym, ale ekran dzielony na pół w połączeniu z dużą liczbą detali nie zawsze jest najbardziej czytelny… i wygodny. Na większym ekranie łatwiej zauważyć interaktywne elementy i zwyczajnie lepiej wypada sama oprawa. To jedna z tych gier na Switcha 2, które technicznie dobrze pasują do handhelda, ale wizualnie wyraźnie korzystają na większym ekranie.

Czytaj też: Recenzja Animal Crossing: New Horizons – Nintendo Switch 2 Edition. Najlepszy pretekst, żeby znów przepaść na wyspie

Orbitals nie przebija najlepszych gier Hazelight, ale bardzo dobrze rozumie, o co w nich chodzi

Porównania do It Takes Two są nieuniknione i nie ma sensu od nich uciekać. Orbitals korzysta z podobnego modelu projektowania: dwóch graczy, asymetryczne zadania, regularne zmiany mechanik i kampania, która traktuje tempo jako jeden z najważniejszych elementów. Widać też doświadczenie Jakoba Lundgrena, który wcześniej — zero zdziwienia — pracował przy produkcjach Hazelight.

Nie oznacza to jednak, że Orbitals jest prostą kopią. Ma własny styl, własny świat i kilka bardzo dobrych pomysłów na współpracę. W niektórych miejscach brakuje mu jeszcze tej precyzji, z jaką najlepsze gry Hazelight potrafią rozdzielać obowiązki między dwóch graczy. Kilka zagadek jest zbyt prostych, kilka innych gorzej komunikuje swoje zasady, a czasami jeden gracz przez chwilę ma wyraźnie mniej do roboty. Mimo tego całość działa bardzo dobrze. Orbitals wie, że w grze kooperacyjnej najważniejszy nie jest sam fakt obecności dwóch postaci na ekranie, ale to, żeby obie osoby faktycznie były potrzebne i przez większość kampanii udaje się to osiągnąć. Do tego dochodzi świetna oprawa, dobre tempo i brak zbędnych systemów, które odciągałyby uwagę od samej współpracy.

Orbitals nie jest największą grą roku na Nintendo Switch 2 i raczej nie będzie tytułem, który sprzeda miliony konsol. Jest za to jedną z bardziej udanych nowych marek, jakie pojawiły się na tej platformie. Krótka kampania może zostawiać lekki niedosyt (chociaż ja uważam, że gra ma idealną długość), fabuła mogłaby być lepiej rozwinięta, a część zagadek potrzebowała odrobinę lepszej czytelności. Wszystkie te rzeczy są jednak łatwe do zaakceptowania, kiedy podstawowy pomysł na grę działa tak dobrze.

Jeśli macie Nintendo Switch 2 i drugą osobę do wspólnego grania, Orbitals zdecydowanie warto sprawdzić. To konkretna, dobrze zaprojektowana produkcja kooperacyjna, która nie próbuje być większa, niż jest. I właśnie dlatego te kilka godzin spędzonych z Maki i Omurą wypadło tak dobrze.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor Prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.