Poziom trudności The Blood of Dawnwalker. Jaki wybrać?

Uwielbiam gry z jednym poziomem trudności, więc nie bez powodu od dawna mam problem z najwyższymi poziomami trudności w grach RPG, bo zbyt często sprowadzają się do tego samego – zwiększania punktów życia oraz obrażeń przeciwników. Trudniej? Owszem. Ciekawiej? Niekoniecznie. The Blood of Dawnwalker podchodzi do tej kwestii inaczej i właśnie dlatego wybór poziomu trudności jest tutaj ważniejszy, niż początkowo sądziłem.
Poziom trudności The Blood of Dawnwalker. Jaki wybrać?

Po ukończeniu gry na najwyższym poziomie trudności mam wręcz wrażenie, że może ono zmienić nie tylko liczbę śmierci i znacznie wydłużyć czas gry niczym w soulslike’ach (przy pierwszym przejściu podbiło moje ~30h do ~40h), ale sam sposób patrzenia na całą grę. Na walkę, pojęcie czasu, rozwój Coena i przedmioty, które na niższych poziomach łatwo zignorować i uznać za śmieci. Innymi słowy, The Blood of Dawnwalker może sprawiać odmienne wrażenie zależnie od tego, jakie wyzwanie sobie zafundujecie.

Rozszerzona wersja wideo tego artykułu

“Pojedynek” nie zamienia przeciwników w gąbki na obrażenia

The Blood of Dawnwalker oferuje cztery podstawowe poziomy trudności, a najwyższy z nich w polskiej wersji nosi nazwę “Pojedynek”. Nie ogranicza się on do prostego podkręcenia statystyk. Wrogowie stają się bardziej agresywni i niebezpieczni, Coen dysponuje mniejszą ilością kondycji, a przede wszystkim znikają charakterystyczne wskaźniki pokazujące kierunek nadchodzącego ataku i właśnie ta ostatnia zmiana robi ogromną różnicę.

Czytaj też: Wiedźmin bez Geralta to nadal Wiedźmin? Zagrałem w niedocenioną grę Redów

Na niższych ustawieniach bardzo łatwo przyzwyczaić się do patrzenia na symbol pojawiający się przy przeciwniku i reagowania na komunikat interfejsu, jak w jakiejś prostej grze zręcznościowej. Na “Pojedynku” trzeba patrzeć szerzej. Na ułożenie miecza, ruch barków przeciwnika, jego pozycję, innych wrogów znajdujących się obok i całe pole walki. Nie reagujemy już na ikonkę, tylko próbujemy rzeczywiście odczytać zamiar stojącej przed nami postaci.

Pisałem już o tym szerzej w mojej recenzji The Blood of Dawnwalker, ale po dalszym zastanowieniu uważam, że właśnie tutaj leży jedna z największych zalet najwyższego poziomu. Walka zaczyna dawać zupełnie inną satysfakcję. Wygrane starcie nie jest wynikiem tego, że mieliśmy wyższy poziom postaci, tylko że kilka razy poprawnie odczytaliśmy przeciwnika, sparowaliśmy jego atak i odpowiedzieliśmy kontrą.

Kondycja Coena nagle staje się naprawdę ważna

Drugą ogromną zmianą jest kondycja. Na “Pojedynku” mamy jej znacznie mniej, a skoro zużywają ją ataki, nieperfekcyjne (omni) bloki i uniki, to z miejsca przestaje być paskiem, na który spoglądamy raz na kilka minut. W moim przypadku szybko zmieniło to również podejście do ekwipunku. Wszechobecne napoje, jedzenie i mikstury zwiększające tempo regeneracji kondycji przestały być śmieciami do sprzedania. Nawet proste trunki zapewniające chwilowy bonus zaczynałem zachowywać na trudniejsze starcia, a bardziej zaawansowane mikstury zacząłem specjalnie wytwarzać.

Sama utrata całego paska nie oznacza jednak automatycznej śmierci z rąk wrogów. Bez wytrzymałości Coen nadal może wykonywać uniki, a zdolności podczas aktywacji zawsze zapewniają bardzo mocną ochronę, bo są praktycznie “chwilowym god-mode”. Jednak przy zerowej kondycji ataki wyraźnie zwalniają, uniki pokonują mniejszy dystans, a okno niewrażliwości z uników staje się krótsze. Można się więc nadal uratować, ale margines błędu gwałtownie maleje.

Czytaj też: Redzi rozbili bank i odkupują dobre imię. Takiej przyszłości Wiedźmina nikt się nie spodziewał

W ten sposób najwyższy poziom robi coś, czego brakuje mi w wielu RPG, bo zmusza do korzystania z większej części istniejących systemów zamiast wyłącznie zwiększać liczby.

Nawet rozwój postaci zaczyna kosztować trochę więcej

Jest jeszcze cały ten kontrowersyjny czas. The Blood of Dawnwalker daje Coenowi 30 dni i 30 nocy, przy czym zegar nie płynie klasycznie podczas każdej minuty eksploracji. Czas zużywamy przede wszystkim na konkretne działania i właśnie tym samym zasobem płacimy również za część rozwoju bohatera.

Na najwyższym poziomie łatwiej więc dojść do wniosku, że dodatkowa zdolność czy rozwinięcie możliwości bojowych rzeczywiście są warte poświęcenia kolejnego fragmentu doby. Nie przesadzałbym jednak z dramatyzowaniem tego mechanizmu. Po ukończeniu gry nadal uważam, że limit czasu jest znacznie mniej brutalny, niż sugerowały materiały przedpremierowe i to nawet na najwyższym poziomie trudności.

Jednocześnie jednak i tak zmienia się cały sposób myślenia. Jeśli bowiem kolejny perk może znacząco pomóc mi podczas następnych dziesięciu starć, to poświęcenie na niego czasu nagle przestaje być oczywistą stratą najcenniejszego zasobu.

Problem w tym, że początek potrafi być brutalny

“Pojedynek” ma jednak jedną ogromną wadę – pierwsze godziny są zdecydowanie trudniejsze od środkowej, a zwłaszcza końcowej części gry. Na początku Coen ma niewielki zestaw umiejętności, mało kondycji i niewiele sposobów na ratowanie sytuacji. Później dochodzą kolejne zdolności, silniejsze wyposażenie, lepsze kontrataki i przede wszystkim doświadczenie samego gracza. Mniej więcej od połowy przygody czułem już, że rozwój postaci zaczyna doganiać wymagania tego poziomu. Do tej pory pamiętam dobrą godzinę spędzoną na walce z pierwszym niedźwiedziem i choć ten nadal jest wyzwaniem nawet w połowie gry, to już nie “padamy” od 2-3 hitów.

W tym wszystkim nie pomaga też fakt, że Dawnwalker nie zawsze zasługuje na poziom precyzji, którego od nas wymaga. Kamera potrafi zmieniać cel w najmniej odpowiednim momencie, a animacje części przeciwników nie pokazują kierunku uderzenia tak czytelnie jak w najlepszych soulslike’ach. Przy większej liczbie efektów specjalnych obserwowanie broni wroga również potrafi stać się problematyczne, o czym szerzej pisałem w pełnej recenzji. Tutaj frustracja czasami wynika więc nie z własnego błędu, tylko z niedoskonałości gry, ale na szczęście im potężniejszy jest Coen, tym więcej możemy znieść takich “wpadek”.

Jaki poziom trudności wybrać w The Blood of Dawnwalker?

Po około 40 godzinach spędzonych na najwyższym ustawieniu i pogrania na niższych poziomach jestem pewien, że “Pojedynek” jest najlepszym wyborem w The Blood of Dawnwalker. Z jednej strony zwiększa role czasu, a z drugiej zmienia formę walk z “patrzenia na ikonkę” na obserwację całego otoczenia, co znacząco ogranicza problem związany z niską różnorodnością ataków oraz przeciwników. Ba, nawet cieszymy się, że spotykamy na swojej drodze wrogów, których ataki już mniej więcej kojarzymy.

Oczywiście jednak cała ta walka w The Blood of Dawnwalker na poziomie Pojedynek jest trudna. Tak trudna, że osoby niezaznajomione aż tak z soulslike’ami mogą się od niego odbić, ale polecam przynajmniej spróbować. Zwłaszcza jeśli lubicie wymagające gry akcji, parowanie, obserwowanie animacji przeciwników i nie przeszkadza wam powtarzanie trudnego starcia kilka razy. Gra pozwala później zmienić ustawienia trudności, więc niewiele ryzykujecie i zresztą polecam zmienić ten poziom trudności z niższego na najwyższy w połowie gry.

Czytaj też: Recenzja The Blood of Dawnwalker. Najważniejsza gra 2026 roku dla Polaków pokazuje, że można inaczej

Sam przy kolejnym przejściu ponownie wybrałbym “Pojedynek” po spędzeniu kilku godzin na niższym poziomie trudności na potrzeby recenzji. Dlaczego? Ano dlatego, aby przeciwnicy mimo ograniczonej różnorodności nie zmienili się w bezmyślne przeszkody do przeklikania, kondycja pozostała ważna, przedmioty użytkowe miały sens, a każde zwycięstwo dawało wyraźnie większą satysfakcję. Dla mnie właśnie na tym powinien polegać dobry wysoki poziom trudności.

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.