H38 to mierzący 38 metrów bezzałogowy katamaran opracowywany przez dwie wspomniane firmy z myślą o amerykańskim segmencie średnich bezzałogowych jednostek nawodnych MUSV. Sam okręt ma ważyć około 110 ton, natomiast jego maksymalna wyporność sięga 185 ton. Różnica przekłada się na aż 75 ton ładunku misyjnego. Pokład może zaś pomieścić cztery standardowe kontenery ISO o długości 6,1 metra albo dwa dwukrotnie dłuższe. Kontener nie musi jednak przewozić zapasów czy sprzętu, bo zamiast tego może być po prostu kompletną wyrzutnią rakietową.
H38 ma być bardziej nośnikiem uzbrojenia niż klasycznym okrętem
W konfiguracji wykorzystującej kontenerowe zestawy K239 Chunmoo taki H38 mógłby zabrać między innymi 48 kierowanych rakiet CGR-080 o zasięgu 80 km albo aż 32 taktyczne pociski balistyczne CTM-MR zdolne razić cele z odległości do 160 km. Alternatywą jest osiem większych pocisków CTM-290 o zasięgu 290 km lub CTM-X, dla których deklarowany zasięg sięga nawet 500 km. Do tego dochodzą kontenerowe moduły K-VLS przeznaczone między innymi dla pocisków przeciwlotniczych, przeciwokrętowych i uzbrojenia do zwalczania okrętów podwodnych.
Czytaj też: Legenda zimnej wojny uczy się latać sama. USA chcą więcej takich Black Hawków

Modułowości zaś H38 nie można odmówić, bo w teorii ten sam kadłub można przygotować do atakowania celów na lądzie, obrony przeciwlotniczej, walki z okrętami albo wykonywania zupełnie innych misji bez projektowania kolejnego typu jednostki od podstaw. Podobny kierunek można było już dostrzec przy bezzałogowych okrętach Liberty Class, przy których zwracałem uwagę właśnie na koncepcję okrętu jako “nośnika zdolności”, a nie jednostki budowanej wokół ludzi oraz jednej konkretnej funkcji. Zaś jeszcze wcześniej południowokoreański ASW-USV pokazywał potencjał autonomicznych łowców okrętów podwodnych. H38 idzie jednak dalej, bo zamiast specjalizacji proponuje przede wszystkim wymienność.

Samą autonomię okrętu gwarantuje z kolei system DriveAI firmy Magnet Defense. Korzysta on z AIS, radaru oraz sensorów optycznych i ma umożliwiać automatyczne prowadzenie jednostki, omijanie przeszkód oraz reagowanie na ruch innych statków zgodnie z przepisami COLREG. Przy prędkości rejsowej około 27,8 km/h H38 ma pokonywać nawet około 10740 km, a jego prędkość maksymalna ma sięgać prawie 52 km/h, co naturalnie negatywnie odbija się na zasięgu. Brzmi to imponująco, ale w tym miejscu zaczynają się pytania znacznie ciekawsze od samej specyfikacji.
Trudniej zniszczyć pięć wyrzutni niż jedną
Klasyczny niszczyciel czy fregata jest bardzo cennym celem nie tylko dlatego, że kosztuje ogromne pieniądze i przewozi załogę. Skupia również na jednym kadłubie sensory, uzbrojenie i znaczną część zapasu pocisków. Jeśli przeciwnikowi uda się taką jednostkę wyłączyć z walki, to razem z nią może zniknąć duża część zdolności bojowych całego zgrupowania. W takim układzie H38 proponuje inne podejście.
Zamiast koncentrować arsenał na kilku wielkich okrętach, można teoretycznie rozrzucić go między większą liczbę mniejszych bezzałogowych platform. Utrata jednej zabiera część pocisków, ale nie oznacza śmierci kilkudziesięciu czy kilkuset marynarzy oraz utraty całego magazynu uzbrojenia naraz. Właśnie do takiego sposobu prowadzenia działań pasują dwie koncepcje – rozproszone operacje morskie oraz rozproszona siła rażenia, które zresztą stoją za projektem H38.
Czytaj też: Tak wygląda przyszłość lotnictwa wojskowego. Valkyrie wreszcie poleciała z europejskim mózgiem
Nie oznacza to oczywiście, że tani bezzałogowiec magicznie zastąpi niszczyciel. H38 nadal potrzebuje informacji o tym, gdzie znajduje się cel. Pocisk o zasięgu kilkuset kilometrów niewiele daje, jeśli cały system straci rozpoznanie, łączność albo możliwość otrzymania aktualnych danych o przeciwniku. Widzę tu więc interesujący paradoks przyszłej wojny morskiej. Fizycznie można rozproszyć wyrzutnie po ogromnym obszarze oceanu, ale wszystkie pozostają częścią większego cyfrowego organizmu. Wtedy zakłócenie łączności, cyberatak, zniszczenie zewnętrznych sensorów lub zerwanie całego łańcucha wykrycie – identyfikacja – wskazanie celu – atak może być równie skuteczne, co zatopienie samego okrętu.
W dostępnych informacjach DriveAI odpowiada zresztą za autonomiczną nawigację i unikanie kolizji. Nie ma tutaj jednak mowy o przekazaniu sztucznej inteligencji samodzielnego prawa do podejmowania decyzji o wykorzystaniu 32 pocisków balistycznych.
H38 nie jest jeszcze pływającym arsenałem amerykańskiej marynarki
Hanwha i Magnet Defense rozwijają wspólnie 38-metrowy MUSV, a rozpoczęcie kolejnych testów zostało zapowiedziane na początek 2027 roku. Projekt korzysta przy tym z doświadczeń Magnet Defense zdobytych podczas rozwoju większego M48, którego platforma bazowa zaliczyła już rozległe próby oceaniczne.
Co szczególnie istotne, Marynarka Wojenna USA 29 września 2026 roku wybrała już pierwszych dostawców seryjnych MUSV. Galliano Marine Services, HII i Saronic Technologies mają dostarczyć po dziesięć jednostek, czyli łącznie 30 okrętów, a średni koszt jednego określono na 40 mln dolarów. Według średniego kursu NBP z 14 października to około 156 mln zł. Pierwsze z tych jednostek mają trafić do marynarki przed końcem roku fiskalnego 2027.
Czytaj też: Może wrócić albo uderzyć w samobójczym ataku. Dron Troublemaker jest wyjątkowy
H38 nie należy do tej trzydziestki i będzie musiał dopiero zapracować na zainteresowanie przy kolejnych zamówieniach. Dlatego na tę chwilę nie sądzę, żeby H38 zwiastował rychły koniec fregat, niszczycieli czy załogowych okrętów w ogóle. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje mi się powstanie mieszanych zespołów, w których drogie jednostki z załogą będą współpracować z bezzałogowymi sensorami, wabikami i dodatkowymi magazynami rakiet rozsianymi na setkach kilometrów.
Źródła: Times of Defence, Breaking Defense, Naval News

