Tym razem nie jest to byle kolejny laboratoryjny akumulator, który może kiedyś trafić do samochodów. Nowy pakiet jest już oferowany w Firefly, a gdyby tego było mało, można zamontować go w starszym egzemplarzu tego auta. Dla mnie właśnie tutaj zaczyna robić się naprawdę ciekawie, bo oto właśnie stare może otrzymać nowe i lepsze.
43% więcej energii w tej samej przestrzeni
Dotychczasowy elektryczny samochód Firefly korzystał z akumulatora LFP o pojemności 42,1 kWh i oferował 420 km zasięgu według chińskiego cyklu CLTC. Nowy wariant dostał 60-kWh pakiet CATL z chemią NCM oraz technologią z rodziny Qilin. Pojemność wzrosła więc o około 43 procent, a deklarowany zasięg do 560 km, czyli o jedną trzecią.
Czytaj też: Francuzi ruszyli z produkcją akumulatorów, które pomogą lotnictwu. Aż 50-procentowa poprawa!

Nie oznacza to jednak, że CATL nagle stworzył cudowną chemię akumulatorową. Ogniwa NCM od dawna zapewniają wyższą gęstość energii niż popularne LFP, ale są też droższe i wymagają większej uwagi pod względem bezpieczeństwa termicznego oraz trwałości. Część imponującego wzrostu pojemności wynika więc zwyczajnie ze zmiany chemii, a nie z przełomu, który z dnia na dzień pozwoliłby każdemu elektrykowi zwiększyć zasięg o kilkadziesiąt procent.
Istotna jest jednak także konstrukcja samego pakietu. Firefly podaje gęstość energii na poziomie 187,2 Wh/kg oraz wykorzystanie dostępnej objętości rzędu 73,4 procent. W technologii Qilin firma CATL mocniej integruje ogniwa z całym pakietem, ograniczając przestrzeń zajmowaną przez dodatkowe moduły konstrukcyjne, połączenia i elementy układu chłodzenia.
Nie cały wzrost wynika więc z lepszych ogniw. Część dodatkowych kilowatogodzin CATL odzyskał dzięki temu, że większą część dostępnej przestrzeni może przeznaczyć na elementy rzeczywiście magazynujące energię. W samochodach elektrycznych ma to ogromne znaczenie, bo zwiększanie pojemności akumulatora przez proste dokładanie kolejnych ogniw bardzo szybko prowadzi do wzrostu masy i gabarytów.
Obiecane 560 km na jednym ładowaniu to nadal CLTC
Sam wynik rzędu 560 km na jednym ładowaniu wygląda imponująco, ale pochodzi on z chińskiego cyklu CLTC. Dotychczasowy Firefly osiąga według niego 420 km, podczas gdy europejski wynik WLTP wynosi około 330 km. Nie należy więc oczekiwać, że nowa wersja rzeczywiście przejedzie 560 km podczas normalnej jazdy po europejskich drogach, bo na oficjalny wynik WLTP dla wariantu 60 kWh trzeba jeszcze poczekać.
Czytaj też: Ten robot nie ma akumulatora. Zamiast tego kradnie energię z podłoża podczas chodzenia

Sam zresztą pisałem niedawno o Volkswagenie, który podczas specjalnego przejazdu nastawionego na maksymalną efektywność wyciągnął około 800 km z akumulatora o pojemności 54,9 kWh. Tam inżynierowie podeszli do problemu od drugiej strony, bo zamiast zwiększać zapas energii, próbowali zużywać jej możliwie mało. Moim zdaniem najciekawsza przyszłość elektryków zaczyna się właśnie wtedy, gdy oba te kierunki zaczynają się spotykać.
Najważniejsze jest jednak to, że akumulator można wymienić
Najbardziej przyszłościową cechą nowego Firefly nie jest dla mnie ani chemia NCM, ani nawet dodatkowe 17,9 kWh. Nowy pakiet można bowiem zamontować również w starszych egzemplarzach samochodu i to jest poniekąd rewolucja. Akumulatory 42,1 oraz 60 kWh zachowują zgodność z systemem wymiany NIO, więc właściciel starszego Firefly może zwiększyć możliwości swojego auta bez kupowania kolejnego samochodu. Modernizacja kosztuje w Chinach 17000 juanów, czyli około 10000 zł po prostym przeliczeniu waluty.

Dla rynku elektryków może to być coś unikalnego, bo samochód spalinowy może dostać nowe opony, multimedia czy nawet mocniejszy silnik po kosztownej modyfikacji, ale jego podstawowe możliwości wynikające z konstrukcji układu napędowego zwykle pozostają takie same przez cały cykl życia. W elektryku coraz bardziej realny staje się scenariusz, w którym kilka lat rozwoju technologii akumulatorowej można później dosłownie wsunąć pod podwozie już istniejącego samochodu.
Czytaj też: Radar, automat i akumulator przyszłości. Ten rower próbuje zastąpić samochód za 2000 euro
Właśnie w tym podejściu widzę największy potencjał systemów wymiennych akumulatorów. Dzisiaj właściciel może przejść z 42,1 do 60 kWh. Jeśli za kilka lat w tej samej obudowie uda się umieścić jeszcze bardziej zaawansowane ogniwa, teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, aby samochód ponownie skorzystał z technologicznego postępu. Oczywiście nie oznacza to, że każdy Firefly będzie aktualizowany niczym smartfon i zresztą nie nazwałbym akumulatora specjalną rewolucją, bo zmiana LFP na NCM ma swoje kompromisy, a trwałość nowego pakietu poznamy dopiero po latach.
Sam kierunek jest jednak bardzo interesujący. Zamiast wymieniać cały samochód tylko dlatego, że technologia zdążyła się zestarzeć, można wymienić element, który starzeje się technologicznie najszybciej i tak właśnie chciałbym widzieć rozwój elektryków.

