Dobrym symbolem minionej już na szczęście epoki pozostaje bombowiec B-52 Stratofortress. Samolot oblatany w 1952 roku nadal lata i właśnie przechodzi kolejną wielką modernizację, ale jego historia nie składa się wyłącznie z imponującej długowieczności. W styczniu 1961 roku jeden z takich bombowców wykonywał rutynową misję szkoleniową nad wschodnim wybrzeżem USA. Kilka godzin później mieszkańcy Karoliny Północnej patrzyli na płonące szczątki maszyny, nie wiedząc jeszcze, co spadło razem z nimi.
Bombowiec miał nie wrócić, ale problemem nie był sam samolot
B-52G wystartował 23 stycznia z bazy Seymour Johnson z ośmioosobową załogą i dwiema termojądrowymi bombami Mk 39 Mod 2. Każda miała moc prawie 4 megaton, czyli mniej więcej 250 razy większą od bomby zrzuconej na Hiroszimę. Każda jedna bomba była przy tym ogromna, bo miała około 3,55 metra długości i ważyła ponad 3 tony.
Czytaj też: Cztery bomby wodorowe runęły na arktyczny lód. Co pogrzebało tajną operację atomową USA?

Lot długo przebiegał normalnie. Problem pojawił się podczas tankowania w powietrzu, gdy załoga latającej cysterny zauważyła wyciek paliwa z prawego skrzydła B-52. Później zawiodły pompy paliwowe, a struktura skrzydła zaczęła się rozpadać. Gdy bombowiec znajdował się około 24 km od bazy, sytuacja była już nie do opanowania. Maszyna przechyliła się, prawe skrzydło zaczęło się składać, a dowódca nakazał opuszczenie samolotu. Pięciu członków załogi przeżyło. Trzech zginęło.
Wraz z rozpadającym się B-52 z komory bombowej wypadły obie Mk 39. W tym momencie awaria lotnicza przestała być tylko katastrofą samolotu, bo mogła skończyć się znacznie gorzej.
Jedna z bomb niemal zrobiła to, do czego powstała
Pierwszej bombie otworzył się spadochron i choć brzmi to jak dobra wiadomość i ostatecznie rzeczywiście nią była, to właśnie ten przebieg upadku sprawił, że broń zaczęła zachowywać się podobnie do bomby zrzuconej celowo. Siły działające podczas rozpadu samolotu wyrwały elementy zabezpieczające, ruszyła sekwencja zapalników i aktywowały się kolejne podzespoły.
Czytaj też: Tajniacy USA znaleźli radziecką stację widmo. Później odegrali scenę rodem z filmu
Odtajnione analizy wskazują, że urządzenie zatrzymał przede wszystkim przełącznik Arm/Safe, który pozostał w pozycji “Safe”. Ten fragment historii jest dla mnie najbardziej niepokojący. Nie mówimy o bombie, która po prostu wypadła z samolotu i leżała bezwładnie w polu. Katastrofa sprawiła, że część mechanizmów zachowała się tak, jakby właśnie miał miejsce celowy zrzut bomby na cel. Parker Jones z Sandia National Laboratories napisał później wprost, że jeden prosty niskonapięciowy przełącznik stał między Stanami Zjednoczonymi a poważną katastrofą.
Druga Mk 39 spadła bez spadochronu i uderzyła w pole z prędkością około 1125 km/h. Paradoksalnie to właśnie ona była dalej od detonacji, bo sekwencja czasowa nie zdążyła doprowadzić do uruchomienia wysokonapięciowego układu. Uderzenie mechanicznie obróciło jednak wskaźnik przełącznika do pozycji “armed”, jednocześnie uszkadzając jego styki.
Zimna wojna zamieniła bezpieczeństwo w rachunek prawdopodobieństwa
Najłatwiej byłoby uznać Goldsboro za absurdalny wypadek sprzed 65 lat. Problem w tym, że bomby znalazły się w powietrzu z bardzo konkretnego powodu. Strategic Air Command chciało mieć część nuklearnego odwetu poza zasięgiem pierwszego radzieckiego uderzenia. W ramach programu, który rozwinął się w Operation Chrome Dome, nawet 12 uzbrojonych B-52 mogło pozostawać jednocześnie w powietrzu, gotowych ruszyć w stronę ZSRR.

Strategicznie miało to sens, bo im więcej bombowców przetrwa pierwsze uderzenie, tym mniej opłacalny staje się atak przeciwnika. Technicznie oznaczało jednak regularne wysyłanie wielomegatonowych bomb nad kontynenty, tankowanie w powietrzu, dziesiątki godzin lotu i ciągłą ekspozycję na awarie. Specjaliści już w 1959 roku określali bezpieczeństwo takiej broni jako w pewnym sensie “grę procentami”, a opisany incydent pokazało, jak wyglądało to w praktyce.
Co ciekawe, ten sam B-52 jest dziś przygotowywany do służby przez kolejne dekady. Pisałem niedawno o wymianie jego starych silników na F130 i modernizacji floty 76 maszyn. Innymi słowy, konstrukcja będąca symbolem najbardziej analogowej epoki atomowej ma wejść głęboko w XXI wiek z nową elektroniką, napędem i uzbrojeniem.
Jedna katastrofa nie wystarczyła. B-52 dalej latały z atomówkami
Po Goldsboro nie nastąpiła natychmiastowa rezygnacja z lotów z bronią jądrową. Dopiero kolejne katastrofy, m.in. pod Palomares w 1966 roku i w pobliżu Thule na Grenlandii w 1968 roku, pomogły zakończyć stałe powietrzne patrole z bombami termojądrowymi. Sama analiza Sandia z 1969 roku wskazała zaś, że bomba Mk 39 Mod 2 nie zapewniała odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa dla roli, jaką pełniła na B-52.

Czytaj też: Już nie jeden cel, a całe pole bitwy. Chiny mają artylerię przyszłości rodem z koszmarów
Jeden element drugiej bomby pozostaje zresztą w Karolinie Północnej do dziś. Nieodzyskana część stopnia termojądrowego znajduje się według późniejszych ustaleń około 55 metrów pod ziemią. Teren jest kontrolowany, a Siły Powietrzne USA utrzymują, że nie stwierdza się tam wykrywalnego zagrożenia radiacyjnego. Najważniejsza lekcja z Goldsboro jest więc prosta. Amerykanie ewidentnie mieli szczęście, że w systemie zaprojektowanym z myślą o błyskawicznym użyciu broni o mocy liczonej w megatonach ostatnia bariera nie zawiodła. Innymi słowy, redundancja zabezpieczeń jest na wagę złota.
Źródła: Popular Mechanics, National Security Archive, Air & Space Forces Magazin

