Amerykanie rozpoczęli Operation Chrome Dome w 1961 roku. W jej ramach część strategicznych bombowców B-52 miała przez całą dobę pozostawać w powietrzu z bronią termojądrową na pokładzie. Gdyby Związek Radziecki zaatakował amerykańskie silosy, bazy lotnicze i centra dowodzenia, znajdujące się już w locie maszyny nadal mogłyby otrzymać rozkaz uderzenia.
Operation Chrome Dome miała zagwarantować atomowy odwet
Bombowce stanowiły wtedy jeden z trzech filarów amerykańskiej triady nuklearnej, obok rakiet rozmieszczonych na lądzie i pocisków przenoszonych przez okręty podwodne. Podobny układ istnieje zresztą do dziś, choć coraz większe znaczenie ma jego morska część, o czym pisałem przy chińskim teście strategicznego pocisku wystrzelonego z okrętu podwodnego. Sukces takiego systemu polega na przekonaniu przeciwnika, że nawet idealnie przeprowadzony pierwszy atak nie uchroni go przed odpowiedzią.

W szczytowym okresie Chrome Dome planowano utrzymywać w powietrzu około 12 uzbrojonych bombowców. Maszyny latały trasami prowadzącymi nad Morzem Śródziemnym, Alaską, zachodnim Pacyfikiem, Kanadą i Grenlandią. Po katastrofie nad hiszpańskim Palomares w 1966 roku oraz wobec rosnącej roli międzykontynentalnych pocisków balistycznych program ograniczono. Codziennie miały startować już cztery bombowce, ale jeden z nich nadal wykonywał szczególnie nietypowe zadanie nad Arktyką.
B-52 pilnował radaru, którego sam omal nie zniszczył
Baza Thule, nosząca dziś nazwę Pituffik Space Base, znajdowała się około 1200 kilometrów na północ od koła podbiegunowego. Działał tam radar BMEWS, czyli jeden z najważniejszych elementów amerykańskiego systemu wczesnego ostrzegania przed radzieckimi pociskami balistycznymi. Rola krążącego w pobliżu B-52 nie ograniczała się jednak do czekania na rozkaz ataku. Samolot wykonywał misję określaną zamiennie jako “Hard Head” oraz “Thule Monitor Mission“, a w jej ramach załoga latała po trasie przypominającej cyfrę osiem i obserwowała bazę. Jeśli łączność między Thule a dowództwem NORAD zostałaby przerwana, ludzie na pokładzie mieli ustalić, czy radar został zniszczony przez ZSRR, czy może zawiódł kabel albo inny element infrastruktury.

Pomysł dobrze pokazuje realia lat 60. XX wieku. Satelity nie zapewniały jeszcze dzisiejszych możliwości ciągłej obserwacji, łączność była zawodna, a dowództwo chciało mieć w powietrzu dodatkową parę oczu. B-52 miał więc pilnować instalacji ostrzegającej przed wojną atomową, choć sam przewoził cztery bomby wodorowe. Właśnie ten paradoks jest dla mnie najciekawszy. Maszyna, która miała pomóc rozpoznać radziecki atak, sama omal nie zniszczyła ważnej bazy oraz jej radaru. Gdyby uderzyła bezpośrednio w instalację BMEWS, to z miejsca nagłe zniknięcie radaru i samolotu monitorującego mogłoby wyglądać dla dowództwa dokładnie tak, jak początek skoordynowanego ataku.
W epoce, w której nietypowy efekt na niebie mógł wywołać podejrzenia o nowy system przeciwrakietowy, co opisywałem przy radzieckiej Kopule Światła, nie byłby to niewinny brak sygnału.
Kilka poduszek z pianki wystarczyło, żeby podpalić bombowiec
21 stycznia 1968 roku B-52G o numerze 58-0188 i kryptonimie Hobo 28 wystartował z bazy Plattsburgh w stanie Nowy Jork. Na pokładzie znajdowało się siedmiu członków załogi oraz cztery bomby termojądrowe B28FI. Każda miała moc około 1,1 megatony, a więc ponad 70 razy większą od bomby zrzuconej na Hiroszimę.
Czytaj też: D-Day godny XXI wieku. Po raz pierwszy roboty trafiły na brzeg i zaczęły szturm
Loty mogły trwać blisko dobę, a warunki we wnętrzu strategicznego bombowca nie miały wiele wspólnego z wygodą . Jeden z pilotów umieścił więc pod stanowiskiem na dolnym pokładzie kilka pokrytych tkaniną poduszek z pianki. Miały poprawić komfort człowieka siedzącego przez wiele godzin w ciasnym i zimnym wnętrzu. Problem zaczął się po awarii podstawowego ogrzewania. Załoga uruchomiła układ pomocniczy, który doprowadzał do wnętrza gorące powietrze pobierane z okolic silników. Wylot znajdował się tuż przy improwizowanych poduszkach. Pianka zaczęła się nagrzewać, a następnie zapaliła się pod siedzeniem.

Dym zauważył nawigator. Załoga próbowała ugasić pożar gaśnicami, ale ogień rozprzestrzeniał się zbyt szybko. W kabinie zgasło oświetlenie, dym utrudniał oddychanie, a część przyrządów przestała działać. Dowódca skierował maszynę w stronę Thule, lecz awaryjne lądowanie przestało być realne. Sześciu członków załogi opuściło samolot i przeżyło. Drugi pilot Leonard Svitenko zginął podczas próby wydostania się z dolnego pokładu. Pozbawiony kontroli B-52 leciał jeszcze przez kilka minut, po czym uderzył w pokrywę lodową zatoki North Star, około 12 kilometrów od bazy.
Bomby wodorowe nie wybuchły, ale Arktyka i tak została skażona
Zabezpieczenia bomb zadziałały na tyle dobrze, że nie doszło do eksplozji jądrowej. Wybuchły jednak konwencjonalne materiały wybuchowe umieszczone wewnątrz uzbrojenia, które w normalnych warunkach miały zainicjować właściwą sekwencję działania głowic. Siła uderzenia, pożar paliwa oraz eksplozje rozerwały bomby i rozrzuciły po lodzie pluton, uran oraz fragmenty samolotu. Zamiast grzyba atomowego powstało rozległe skażenie przypominające skutek działania ogromnej “brudnej bomby”. Wypadek nie zniszczył miasta, lecz stworzył problem, który z każdą godziną stawał się trudniejszy do opanowania.
Temperatura spadała do około -40 stopni Celsjusza, panowała arktyczna noc, a zamiecie przesuwały radioaktywny materiał po powierzchni lodu. Amerykanie i Duńczycy musieli działać, zanim przyszła odwilż, która mogła wprowadzić pluton do zatoki, a następnie do środowiska wykorzystywanego przez miejscowych Inuitów do połowów i polowań.
Czytaj też: Polska zrobiła własnego Shaheda. Dron Szerszeń ma dolecieć nawet pod Moskwę

Wtedy to ruszyła operacja Crested Ice. Specjaliści wyznaczali granice skażenia, a ekipy usuwały wierzchnią warstwę śniegu i lodu razem z paliwem, metalem oraz resztkami uzbrojenia. Ostatecznie podczas akcji ekipy zebrały ponad 10 tysięcy metrów sześciennych skażonego materiału. Do Stanów Zjednoczonych wysłano także około 2,1 miliona litrów roztopionego śniegu i innych płynnych odpadów, zamkniętych w setkach zbiorników. Większość trafiła do instalacji Savannah River w Karolinie Południowej.
Najbardziej uderza mnie tutaj skala improwizacji. Nowoczesne mocarstwo potrafiło skonstruować bombę termojądrową, utrzymywać bombowce w powietrzu przez całą dobę i śledzić starty radzieckich pocisków, ale po katastrofie podstawowym narzędziem ratunkowym stało się zeskrobywanie radioaktywnego śniegu w ciemności.
Czy jedna z bomb nadal spoczywa pod lodem?
Przez dekady wokół katastrofy narastała historia o czwartej bombie, która miała przebić lód i zniknąć na dnie zatoki. Ten temat pojawił się m.in. na łamach Focus.pl przy temacie radioaktywnych sekretach pozostawionych przez USA na dnie mórz. Nowsze odtajnione dokumenty pozwalają jednak opisać tę sprawę dokładniej. Według nich zebrane części pozwalały stwierdzić, że wszystkie cztery egzemplarze zostały zniszczone podczas katastrofy. Brakowało jednak istotnego fragmentu czwartego ładunku, a dokładniej uranowego elementu wtórnego stopnia bomby. Część przypominająca metalową pałeczkę pełniła funkcję tak zwanego “spark plug”, który pomagał rozpocząć reakcję w termojądrowej części uzbrojenia.

Latem 1968 roku Amerykanie sprowadzili w rejon miniaturowy okręt podwodny Star III. Oficjalnie miał on szukać źródeł promieniowania i szczątków samolotu. Prawdziwy cel był utrzymywany w tajemnicy, bo chodziło właśnie o odnalezienie wrażliwego elementu broni, zanim zainteresowałby się nim Związek Radziecki. Całe poszukiwania utrudniały problemy z kamerą, manipulatorem i przewodem łączącym pojazd z powierzchnią. Star III odnalazł fragmenty B-52, lecz brakującego elementu bomby już nie. Nie ma więc podstaw, by mówić o kompletnej głowicy czekającej pod wodą na przypadkowego znalazcę. Część materiału i technologicznie wrażliwy fragment uzbrojenia rzeczywiście jednak pozostały nieodnalezione.
Poduszki nie pogrzebały Chrome Dome same
Operacja Chrome Dome została zakończona dzień po katastrofie. Łatwo więc sprowadzić całą historię do kilku poduszek, które pokonały nuklearną strategię Stanów Zjednoczonych. Uważam jednak, że byłoby to zbyt wygodne wyjaśnienie, bo program już wcześniej tracił uzasadnienie. Pociski balistyczne mogły odpowiedzieć szybciej niż załogowe bombowce. Atomowe okręty podwodne były trudniejsze do wykrycia i nie wymagały ciągłego tankowania nad terytoriami sojuszników. Koszty takiego rozwiązania więc rosły, a lista wypadków robiła się coraz dłuższa.

W 1961 roku B-52 rozpadł się nad Karoliną Północną i zrzucił dwie bomby Mark 39. W 1964 roku kolejna maszyna rozbiła się w stanie Maryland. Dwa lata później bombowiec zderzył się z latającą cysterną nad Palomares, rozrzucając cztery ładunki termojądrowe nad Hiszpanią. Katastrofa pod Thule nie była więc pierwszym ostrzeżeniem. Stała się zdarzeniem, po którym Pentagon nie mógł już udawać, że stałe patrolowanie świata samolotami z bombami wodorowymi na pokładzie ma sens.
Czytaj też: Niebo zamieniło się w ścianę światła. Radziecka rakieta zrobiła coś, czego Amerykanie nie umieli wyjaśnić
Same bombowce B-52 przetrwały jako flota samą operację i prawdopodobnie pozostaną w służbie jeszcze przez wiele lat, stale zyskując nowe systemy i uzbrojenie, o czym najlepiej świadczy ich modernizacja pod kątem nowych pocisków dalekiego zasięgu. Zmieniła się jednak filozofia odstraszania. Bomby nie muszą już bez przerwy krążyć nad sojuszniczymi państwami, aby mocarstwo zachowało możliwość odwetu.
Źródła: National Security Archive #1, National Security Archive #2, Popular Mechanics

