Nowy FE100-400 F5.6-8 waży tylko 654 gramy przy długości niespełna 165 milimetrów. Dla porównania, obiektyw który mam zawsze ze sobą, czyli Sigma A 24-70 mm D2.8 DG DN (2019), jest o 20 milimetrów dłuższy i waży aż 300 gramów więcej. Dlatego w mojej opinii propozycja Sony, jest czymś, co może się na stałe zadomowić w plecaku lub torbie i być zawsze pod ręką, kiedy pojawi się potrzeba solidnego zoomu.
Sony FE100-400 F5.6-8, w dobrych warunkach nie ma na niego mocnych

Jest to propozycja zdecydowanie celowana do amatorskiej fotografii oraz osób ceniących sobie kompaktowość, szukających alternatywy dla starusieńkiego już szkła Sony FE100-400 F4.5-5.6 z 2017 roku oraz bez zapału do zapłacenia ponad 20 tysięcy złotych za tegoroczny Sony FE100–400 mm F4.5. Testowany przeze mnie wariant ma nad obydwoma przewagę wagi, zdecydowanie ceny (ułamek 400mm F4.5), a i w przypadku pierwszej opcji, po prostu nowoczesności. Trzeba pamiętać, że wciąż jednak starszy 100-400 ma zdecydowaną przewagę pod kątem światła, więc nie jest to wymiana 1:1.
Czytaj też: Sony wyciąga ciężkie działa. Kazali fanom czekać prawie 10 lat na następcę superzoomu
Poza tym, nie jest to też jakość serii GM, ale producent i tak obiecywał świetne wyniki poprzez zastosowanie szybkiego, podwójnego silnikiem AF, który miał współpracować ze wszystkimi trybami śledzenia i wyzwalania seryjnego aparatów Sony. Taka ogniskowa wymaga także solidnej stabilizacji, bo waga aż prosi się o robienie zdjęć z ręki. Podpiąłem zatem go do Alphy7C II i sprawdziłem jak się to ma w środowisku przyjaznym dla każdego fotografa.

W środku obiektywu znajduje się 15 elementów w 10 grupach i 9-listkowej przysłonie oraz oferuje dwie soczewki asferyczne i dwa elementy o obniżonej dyspersji, co ma gwarantować wyrównaną ostrość i dobrą kontrolę aberracji. Dodatkowo ma to także pomagać łapać ostrość już z zaledwie 86 centymetrów.
Czytaj też: Sony w końcu prezentuje wyczekiwany korpus A7 V. Wewnątrz nowa matryca i więcej AI
Po otwarciu pudełka z obiektywem, jeszcze tego nie wiedziałem, a że natychmiast podłączyłem go do aparatu, to miło mnie zaskoczyło, jak rzeczywiście świetnie sobie radzi z bliska. Po prostu się odwróciłem w krześle przy moim biurku i wycelowałem w wazon za moimi plecami. W efekcie otrzymałem dowód obietnic producentów oraz impuls do wyrzucenia zwiędłych kwiatków, których niedolę mogłem udokumentować.

Obiektyw kosztuje 3999 złotych i to nam od razu sugeruje, że nie można się spodziewać zmiany ogniskowej wewnątrz obudowy. To oznacza, że wraz ze zwiększaniem zoomu, będzie się on rozwijać zmieniając środek ciężkości, ale że to maleństwo i tak waży już nie wiele, to nie powinno być dużym problemem. Naturalnie pozostałe elementy są pod ręką, których nie ma wiele, lecz wystarczająco, żeby było wygodnie: zmiana z AF na MF, blokada, dodatkowy przycisk funkcyjny i wyłączenie stabilizacji.


Pierścień zoomu chodzi płynie, ale czasami da się odczuć, że mógłby wymagać odrobinę mniej kręcenia. Niemniej, taka natura tańszego obiektywu, więc nie ma co się za bardzo Sony FE100-400 tutaj czepiać. Tym bardziej, że szybko się o takich niedogodnościach zapomina, kiedy wespół ze zmianą długości współpracuje szybko autofocus. Naprawdę nigdy nie miałem z tym problemu i jedynie, zaskakująco, trudności potrafiły się pojawiać przy manualnym ostrzeniu, wymagało to więcej ostrożności przy ruchach dłonią.
Sony FE100-400 F5.6-8 potrzebuje odpowiedniego miejsca, żeby pokazać co potrafi
Obiektyw zabrałem na spacer w miejsce, w którym może ten format żyć, tak myślę, że lepiej. W ciemnym lesie i w starciu z prędkością ruchów ptaków, Sony FE100-400 5.6-8 nie ma za bardzo szans. Wtedy wychodzą na wierzch mankamenty obiektywu i jego nieduża prędkość, podcięta dostępnym światłem.

Niemniej, 12 centymetrów długości i 600 gramów to idealne parametry na miejską fotografię. Zakres ogniskowej pozawala na odkrywanie miasta z nowej perspektywy, a także dostrzeganie wcześniej pomijanych detali. 100 mm to oczywiście długość ograniczająca nam dobór kontekstu, lecz nie na tyle, żeby wciąż nie cieszyło oka.
Po drugiej stronie jest 400 mm, co przepięknie kompresuje odległości. To z kolei pozwala stworzyć sceny łączące w przedziwną całość odległe obiekty. Szczególnie jak się jeszcze do tej mieszkanki doda telekonwerter, to się okazuje, że miasto można wręcz zamienić w widok rodem z płótna impresjonisty, ukazującego warstwami miejskie życie. I nawet wtedy nie gubi swojej szczegółowości.

Ten obiektyw ma oczywiście swoje limity. Sam w sobie nie oferuje elastyczności, ta jest konieczna po stronie fotografa, który będzie gotowy wykorzystać słoneczny dzień, jeżeli pojawi się, chociaż prognozowano co innego. Osobiście też częściej polegałem na ustawieniach ręcznych niż nie, wszystko po to, żeby wesprzeć prędkość, która potrafiła mocno spadać, rozmazując obiekty, gdy tego nie chciałem. Niemniej, przy odpowiednim automacie, efekty i tak będą zadowalające, to po prostu mój styl, a każdy ma inny.













Nie wszystko jest jednak tak straszne jak brzmi. Ten obiektyw potrzebuje po prostu warunków i na pewno spełni wtedy oczekiwania. Dla potwierdzenia tego przekonania, wykonałem też kilka fotografii wracając do domu pociągiem. Nie tylko ostrzenie nie miało żadnych problemów w pracy przez dodatkową szybę, co i efekty są doskonale zamrożone, bez ułamka smugi.
Czytaj też: Sony wydało właśnie nowy telefon. Wiedzieliście o tym? Chyba nawet oni chcieli to zrobić po cichu
Dodatkowo, podczas spaceru, zaskoczony obecnością ptaków, po prostu szybko wyjąłem obiektyw i zacząłem robić zdjęcia. Sony FE100-400 bez problemu sobie z tym zadaniem poradził, zachowując wysoką szczegółowość detali. W lesie mógłby się pojawić problem, w zależności od gęstości koron drzew, ale w mieście jest na tyle prześwitu, że obawy te są na bakier.



W przypadku obiektów statycznych, oczywiście radzi sobie wyśmienicie i co najważniejsze, nawet w trakcie całego dnia fotografowania, wciąż nie miałem zmęczonych rąk. Czego nie mogłem powiedzieć o 100-400 F4.5 GM, ten potwór był wyzwaniem.
Jak to z tym fotografowaniem nocą? Sony FE100-400 nie miało łatwego zadania
Z taką długością, to aż się prosi, żeby robić zdjęcia na koncertach, prawda? Z tym nie ma żadnej dyskusji, lecz problem się pojawia, kiedy przypomnimy sobie z jaką długością dysponujemy. Wtedy można zacząć kwestionować swój rozsądek albo i nie. Ponownie tylko trzeba było pamiętać o ograniczeniach i dobrać odpowiednio siły na zamiary. Ja jeszcze dodatkowo dźwignąłem trudność tego zadania, dokładając telekonwerter 2x.

Koncerty i jarmarki oraz wszelkie festyny mają jednak szczególną zaletę i wadę. Dzieją się najcześciej już nocą, więc dla ograniczeń Sony FE100-400 nie jest to dobre, ale jednocześnie oznacza to konieczność instalacji wielu źródeł światła, bo ludzie również po ciemku sobie za dobrze nie radzą. To zaś ułatwia zadanie o tyle, że trzeba szukać interesujących wydarzeń w świetle reflektorów i żarówek stoisk.




Wciąż będzie to bardzo trudne zadanie, bo naturalnie aparat będzie zmniejszał prędkość migawki, żeby dać zastanemu światłu w ogóle jakieś szanse. Sony FE100-400 ze światłem 5.6-8 lub 12-16 z telekonwerterem miał bardzo trudne zadanie i sprawnie wychodził z niego tak z połowę czasu? Może troszkę więcej. I tak miałem więcej szczęścia niż rozumu, że sam koncert miał wiele wybuchów świateł, a to oznacza, że udało się uchwycić szokującą ilość zdjęć, udowadniając, że Sony FE100-400 sobie jak najbardziej poradzi nawet w skrajnej sytuacji.
Trzeba też pamiętać, to nie jest najrozsądniejsza decyzja.
Zabawę z Sony FE100-400 można podkręcić przy pomocy niewielkiego telekonwertera, ale czy ma to sens?
Razem z obiektywem, premierę miał także nowy telekonwerter oferujący powiększenie 2x i miałem na tyle szczęści, że akurat mógł zostać on dołączonych do mojego, testowego egzemplarza. Oczywiście dołożenie tego elementu sprawia, że zoom zwiększa się dwukrotnie, ale także jakość światła pogarsza. Zatem już i tak obiektyw wymagający odpowiednich warunków, staje się narzędziem potrzebującym jeszcze większej uwagi.

Co więcej, taki dodatek dodaje kolejny element optyczny, o którego czystość trzeba zadbać. Chwila nieuwagi i okaże się, że każde z naszych zdjęć wymaga sporo pracy w Lightroomie przy usuwaniu pyłków z obiektywów. Dzisiaj jest to łatwiejsze niż kiedykolwiek, ale wciąż czasochłonne i nie zawsze uda się to uczynić perfekcyjnie. Warto mieć to na uwadze. Poza tym efekt otrzymuje się zgodny z oczekiwaniami, tylko że kosztem komfortu używania niedużego obiektywu. Z telekonwerterem traci swój cały urok. Samo narzędzie jest zaś wykonane perfekcyjnie i przychodzi w twardym etui z miękkim środkiem.
Sony FE100-400 F5.6-8 jest do tańca i różańca
Zdjęcia mogą powiedzieć wiele, ale na pewno nie uda im się skutecznie przekazać tego jak wygodnym jest noszenie tego obiektywu oraz używanie, bowiem dzięki swojej wadze, to nawet przy maksymalnym zoomie nie obciąża za bardzo rąk i tak, nie jest to łatwe, ale da się łapać zdjęcia jedną ręką. Nie jest to także najszybszy obiektyw, a jakość wykonania nie sięga tej z serii GM, ale…

Właśnie o to chodzi, że nie jest to najwyższa półka producenta, więc obiektyw jest wolny od podatku związanego z absurdalnym poziomem inżynierii szkieł G Master. Dlatego jawi się jako idealna propozycja bezpośrednio od producenta na rynku przesiąkniętym propozycjami firm trzecich jak Samyang czy Tamron. W cenie 3999 złotych jest niewątpliwie produktem droższym i często nawet z gorszym światłem, lecz znów, lżejszym i zdecydowanie mniejszym oraz nowocześniejszym.
Sony FE100-400 F5.6-8 to rzecz dla użytkownika, który zna ograniczenia tego obiektywu i mu to wystarcza. Chce obiektywu od producenta, bardzo ładnie wykończonego, lekkiego i z dużym zasięgiem, który można rozwinąć telekonwerterem. W świetle dnia, nowa propozycja Sony prawdopodobnie nie znajdzie sobie równych, nie w tym rozmiarze.

