Trzy kilometry nad powierzchnią potężny silnik rakietowy rozpoczął hamowanie opadającego pojazdu, ale w próżni nikt nie usłyszał jego ryku. Maszyna zawisła i powoli zaczęła zbliżać się do nadajnika. Prymitywne komputery automatycznie wyliczyły trajektorię tak, by dotknąć gruntu w miejscu wybranym wcześniej przez zrobotyzowanego zwiadowcę. Wewnątrz, kosmonauta był w zasadzie pasażerem. Paliwa w zbiornikach było tak mało, że mógł odsunąć pojazd od wybranego przez komputer miejsca o nie więcej niż 100 metrów. Gdyby robot nawalił i umieścił bojkę nawigacyjną na polu głazów czy stromym zboczu, misja mogła skończyć się spektakularną katastrofą.