Rower niczym herezja. Nie przecieraj oczu ze zdumienia – to czysta prawda

W rowerach szosowych luksus techniczny bardzo często przestał oznaczać wyłącznie przewagę na trasie. Stał się też filtrem dostępu. Jednak czy jeśli coś jest lekkie, aerodynamiczne, karbonowe i przygotowane do ścigania, to koniecznie musi kosztować tyle, żeby rozważać sprzedaż nerki? Odkryłem, że najwyraźniej nie, bo firma State Bicycle Co. właśnie wchodzi w ten temat z rowerem, który na pierwszy rzut oka wygląda jak mała herezja wobec obecnego rynku.
Rower niczym herezja. Nie przecieraj oczu ze zdumienia – to czysta prawda

Na papierze Carbon Road Complete składa się z elementów, które jeszcze do niedawna były niemal obowiązkowym zestawem marzeń współczesnego amatora szosy. Jest karbonowa rama, są aerodynamiczne profile, jest pełne prowadzenie przewodów wewnątrz ramy, jest suport T47, zgodność z UDH, prześwit na opony do 32 mm i napęd SRAM Rival E1 2x. Masa dla rozmiaru M wynosi około 8,39 kg w Standardzie i 7,94 kg w SL. Jednocześnie jednak już samo określenie “fully aero” warto traktować z pewnym dystansem, bo to nie musi oznaczać ekstremalnej maszyny podporządkowanej wyłącznie tunelowi aerodynamicznemu.

Carbon Road Complete, czyli wyjątkowy rower szosowy bez ceny z kosmosu

Rower Carbon Road Complete firmy State Bicycle Co. jest gotową do jazdy wersją platformy opartej na włóknie węglowym, która kilka miesięcy wcześniej pojawiła się jako frameset za 1399 dolarów i szybko się wyprzedała. Teraz mówimy już jednak nie o samej ramie, ale o pełnym rowerze szosowym z karbonową ramą, aerodynamicznym kształtowaniem rur, wewnętrznym prowadzeniem przewodów i bezprzewodowym napędem SRAM Rival E1/AXS w układzie 2x. Cena startuje od 2799,99 dolarów, czyli po przeliczeniu około 10170 zł. Wersja SL kosztuje 3250 dolarów, czyli około 11800 zł, a sam frameset za 1399 dolarów wychodzi po przeliczeniu na około 5080 zł.

Czytaj też: Najbardziej niepozorny element roweru pobił rekord. Cena? Lepiej usiądź

W polskich realiach to nadal nie jest “tani rower” w potocznym sensie. Dziesięć tysięcy złotych za szosę wciąż oznacza sprzęt dla świadomego entuzjasty, nie dla kogoś, kto właśnie przypomniał sobie o tym, że w niedzielę fajnie jest wyskoczyć w trasę na dwóch kołach. Różnica polega na czymś innym. Przy dzisiejszych cenach rowerów aero z karbonu pełna szosa z takim zestawem cech technicznych zwykle wędruje cenowo znacznie wyżej. Warto to podkreślić, bo jeszcze niedawno taki rower był niemal automatycznie traktowany jak sprzęt z półki marzeń. Dziś zaczyna przypominać technologię, która schodzi w dół rynku, podobnie jak wcześniej karbonowe koła, elektroniczne napędy czy prześwit na szersze opony. Pisałem już o podobnym napięciu przy Ventum NS1 Gen3, gdzie aerodynamika nadal jest głównym językiem wyścigowej szosy, ale coraz trudniej jest dziś oddzielić inżynierię od swojego rodzaju spektaklu.

Czytaj też: To jeszcze rower czy już elektryczny taran do lasu? YT wsadziło w Decoya absurdalny silnik

Warto też poświęcić kilka minut wersji SL, która jest ciekawa dlatego, że jednoznacznie pokazuje, jak State rozumie “droższy” wariant. SL korzysta z bardziej zaawansowanego układu włókien T800 i T1000, a oszczędność względem standardowej ramy ma wynosić około 300 gramów w rozmiarze M. Dochodzi do tego zintegrowany karbonowy kokpit jako standard, podczas gdy w tańszej wersji jest dodatkiem za około 900 zł. State pozwala też wybrać koła DT Swiss A1800 albo ENVE AR40, co pozwala obniżyć wagę jeszcze bardziej, bo do odpowiednio 7,85 i 7,57 kg. Podoba mi się też podejście do dopasowania kokpitu i korb. State nie pcha wszędzie jednego, “dorosłego” standardu z czasów, w których 175 mm korby i 46 cm kierownice uchodziły za domyślny wybór dla każdego. W specyfikacji pojawiają się krótsze korby, węższe kierownice i rozmiarowanie bliższe temu, co coraz częściej widzimy w nowoczesnym podejściu dopasowywania roweru konkretnie pod siebie.

W tym sensie Carbon Road Complete wygląda dla mnie jak rower zbudowany pod ludzi, którzy chcą nowoczesnej szosy, ale niekoniecznie chcą płacić za mit roweru stworzonego dla zawodowców. Wewnętrzne prowadzenie przewodów poprawia estetykę i pomaga aerodynamice, ale z punktu widzenia serwisu nigdy nie jest prezentem. Suport T47 cieszy, bo w świecie wciskanych standardów daje poczucie większej przewidywalności. UDH też nie jest byle czym, jako że wymienny, powszechny hak przerzutki oznacza łatwiejszą naprawę lub wymianę.

Przyszłość szosy może być mniej elitarna, niż zakładaliśmy

Odkąd piszę o rowerach szosowych, mam wrażenie, że branża co kilka sezonów próbuje przekonać nas do nowej granicy normalności. Najpierw karbon przestał być egzotyką. Później opony 28 mm zaczęły wypierać dawne, wąskie ogumienie. Następnie prześwit na 32 mm w szosie przestał wyglądać jak zdrada świętości, a elektroniczne napędy przestały być absolutnym luksusem. Podobny proces opisywałem przy Specialized Aethos 2, gdzie lekkość i prostota stały się kontrą wobec obsesji aero oraz przy Boardman SLR 9.8, gdzie aerodynamika, CFD i praktyczność zostały połączone z bardziej agresywnym podejściem do ceny.

State Carbon Road Complete wpisuje się w ten sam szerszy ruch, ale robi to bardziej bezczelnie. Z jednej strony nie ma tu wielkiej filozofii marki budowanej przez dziesięciolecia zwycięstw w największych wyścigach. Z drugiej strony właśnie dlatego ten rower jest tak interesujący. Jeśli firma kojarzona przez wiele osób z bardziej dostępnymi rowerami miejskimi potrafi wejść w segment nowoczesnej szosy z takim zestawem komponentów, to rynek będzie musiał coraz częściej tłumaczyć, za co właściwie każe płacić dwukrotnie, a czasem nawet trzykrotnie więcej.

Czytaj też: Złodzieje rowerów dorobili się własnej mapy. Bardzo dobrze, bo sam padłem ich ofiarą

Nie jest to jednak opowieść o cudownym “zabójcy drogich rowerów”. Bardziej o dojrzewaniu technologii. Kiedy rozwiązanie trafia na niższą półkę cenową, zwykle traci część aury wyjątkowości, ale zyskuje coś ważniejszego – przestaje być pokazem możliwości, a zaczyna być narzędziem. Dla mnie właśnie w tym widać ten przyjemny, futurystyczny posmak. Przyszłość nie zawsze objawia się laserami, aktywną aerodynamiką i egzotycznym kompozytem z laboratorium. Czasami wygląda jak rower za około 10000 zł, który jeszcze kilka lat temu musiałby udawać sprzęt za znacznie większe pieniądze.

Źródła: Carbon Road Bike, Escape Collective

Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.