Nie trzeba laserów na orbicie, kinetycznych pocisków z kosmosu ani wielkich stacji bojowych, żeby zrozumieć, że wojna przeniosła się wyżej. Wystarczy terminal na dachu pojazdu, mała antena w okopie i nawet sama świadomość, że bez łączności nawet najnowocześniejszy sprzęt staje się momentami wręcz bezużyteczny, a nawet niebezpieczny.
Starlink pokazał wojsku przyszłość. Niemcy nie chcą już prosić o dostęp
Przez ostatnie lata satelity wojskowe kojarzyły się głównie z wielkimi, drogimi i trudno dostępnymi systemami, które należały do najpotężniejszych państw świata. Dziś coraz bardziej patrzę na nie jak na infrastrukturę frontową. Taką samą jak amunicja, drony, radary i systemy walki elektronicznej. Różnica polega tylko na tym, że kompleks satelitów działa kilkaset kilometrów nad głową, a kiedy przestaje działać, to skutki na ziemi mogą być natychmiastowe i… no cóż, opłakane w skutkach.
Czytaj też: Satelity mogą nagle ogłuchnąć. USA pokazały broń, która nie generuje eksplozji na orbicie

Właśnie w tym kontekście trzeba czytać najnowsze informacje o niemieckich planach orbitalnych. Bundeswehra chce do 2030 roku zbudować flotę sięgającą nawet 1200 satelitów. Około 200 z nich ma zasilić system łączności SATCOMBw Stufe 4, nazywany w niemieckich mediach “Starlinkiem dla Bundeswehry”, a nawet 1000 kolejnych ma trafić do systemu rozpoznania SPOCK 2, czyli Spacesystem for Persistent Operational Tracking. Według informacji przytaczanych przez niemieckie media cały pakiet wojskowych zdolności kosmicznych może pochłonąć co najmniej 35 mld euro, czyli około 150,8 mld zł.
Sama liczba robi wrażenie, ale moim zdaniem ważniejsze jest coś innego. Niemcy nie chcą po prostu “dostępu do internetu z orbity”. Chcą zbudować własną warstwę komunikacji i obserwacji, która połączy żołnierzy, czołgi, samoloty, okręty i dowództwo bez uzależnienia od jednej zagranicznej firmy. Trudno nie widzieć tutaj cienia Ukrainy, która dzięki Starlinkowi utrzymała zdolność komunikacji w warunkach niszczonej infrastruktury naziemnej, ale jednocześnie nie była właścicielem tej infrastruktury.

Dla mnie to jest sedno całej sprawy. Starlink pokazał, że masowa konstelacja satelitów może być dla wojska równie ważna jak artyleria dalekiego zasięgu czy drony rozpoznawcze. Pokazał też drugą stronę tego układu, bo ogromną zależność od dostawcy, regulaminu, polityki i decyzji podejmowanych poza polem bitwy. Nieprzypadkowo podkreślałem wagę tego sprzętu przy zakłóceniach Starlinka w Ukrainie, gdzie walka elektroniczna zaczęła wpływać nie tylko na klasyczne systemy naprowadzania, ale też na komunikację satelitarną.
Rheinmetall od czołgów wchodzi na orbitę
Najciekawszy element tej historii nie sprowadza się jednak wyłącznie do Bundeswehry. W tle mamy bardzo wyraźną zmianę w europejskim przemyśle obronnym. Airbus Defence and Space, OHB oraz Rheinmetall ustawiły się wokół programu SATCOMBw Stufe 4, a OHB i Rheinmetall powołały wspólne przedsięwzięcie OHB Rheinmetall Space Networks. Rheinmetall, kojarzony przede wszystkim z czołgami, artylerią, amunicją i systemami obrony powietrznej, coraz śmielej traktuje więc kosmos jak kolejną domenę wojskową.
Czytaj też: Rakieta z kabiną, a nie myśliwiec. Świat nie bez powodu bał się tego samolotu, ale…

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak zderzenie dwóch światów. Producent sprzętu pancernego i satelity? Tyle że współczesna wojna przestała trzymać się dawnych kategorii. Czołg bez danych, dron bez łącza, okręt bez bezpiecznej wymiany informacji i bateria przeciwlotnicza bez aktualnego obrazu sytuacji to tylko fragment większego systemu. Rheinmetall najwyraźniej widzi to samo i próbuje wejść tam, gdzie będą płynąć największe pieniądze. Podobny kierunek było zresztą widać przy sieciowym systemie obrony Skynex, gdzie liczyła się nie pojedyncza armata, a cała architektura wykrywania, dowodzenia i rażenia.
Według dostępnych informacji decyzja o kontrakcie SATCOMBw Stufe 4 może zapaść około przełomu 2026 i 2027 roku. Pierwsza zdolność operacyjna miałaby objąć około 40 satelitów w 2029 roku, a pełne możliwości systemu są celowane na 2030 rok. Mówimy więc dopiero o planie, ambicji i przetargowej układance, a nie o gotowym systemie, który Bundeswehra może jutro podpiąć do swoich jednostek.
Dlaczego nie wystarczą dwa wielkie satelity?
Bundeswehra ma już program SATCOMBw Stufe 3. Airbus dostał w 2024 roku kontrakt o wartości 2,1 mld euro, czyli około 9,05 mld zł, na kolejną generację bezpiecznej wojskowej łączności satelitarnej. Ten system opiera się jednak na klasyczniejszym podejściu, z dużymi satelitami geostacjonarnymi. Takie obiekty wiszą mniej więcej 36000 kilometrów nad Ziemią i mają swoje zalety, ale też bardzo konkretne ograniczenia.
Stufe 4 ma iść w inną stronę. Niską orbitę okołoziemską (LEO), setki mniejszych satelitów, mniejsze opóźnienia, większą odporność przez rozproszenie i możliwość budowania sieci, która nie opiera się na kilku pojedynczych, kosmicznie drogich celach. W praktyce jest to logika Starlinka przeniesiona na potrzeby wojska, choć oczywiście z innymi wymaganiami dotyczącymi szyfrowania, kontroli, odporności na zakłócenia i integracji z systemami dowodzenia.

Satelity LEO funkcjonują jednak krócej, muszą być regularnie zastępowane, wymagają ciągłego wynoszenia kolejnych jednostek i tworzą własne problemy organizacyjne. Do tego dochodzi kwestia śmieci kosmicznych, odporności na ataki, zagłuszania, cyberbezpieczeństwa i kosztów operacyjnych.
SPOCK 2 to nie internet, tylko oczy Bundeswehry
SATCOMBw Stufe 4 jest tylko połową tej historii. Druga połowa, czyli SPOCK 2, wygląda jeszcze ciekawiej, ponieważ dotyczy rozpoznania. Według dostępnych informacji ten program może objąć nawet 1000 satelitów wyposażonych w radary oraz wyspecjalizowane kamery. Cel jest prosty – uzyskać stały, możliwie aktualny obraz ruchów wojsk, kolumn pancernych, stanowisk i innych celów na Ziemi.
Czytaj też: Nigdy wcześniej Chiny tego nie zrobiły. Co dokładnie pokazuje ostatni akt państwa?
Stare podejście do satelitów rozpoznawczych opierało się na małej liczbie bardzo drogich i bardzo zaawansowanych jednostek. Taki satelita mógł dawać świetne dane, ale nie mógł być wszędzie naraz. Z kolei przy samym śledzeniu ruchomych celów problemem nie jest samo wykonanie zdjęcia, lecz ponowne odwiedzenie tego samego miejsca w odpowiednio krótkim czasie. Jeśli przeciwnik zdąży się przemieścić, ukryć albo rozproszyć, to nawet najpiękniejsza fotografia orbitalna szybko zamienia się w archiwum.

Dlatego skala SPOCK 2 ma sens właśnie z wojskowego punktu widzenia. Więcej satelitów oznacza krótsze przerwy między obserwacjami, większą odporność na utratę pojedynczych elementów i szansę na bardziej “żywy” obraz pola walki. Podobny kierunek napięcia widać przy fotografowaniu satelitów z orbity, bo kosmos przestaje być neutralną przestrzenią nad naszymi głowami, a zaczyna przypominać kolejną warstwę zwiadu, demonstracji siły i odstraszania. Pamiętajmy jednocześnie, że SpaceX ma dziś ponad 10000 satelitów Starlink na orbicie, więc niemiecka flota nawet w najbardziej ambitnym wariancie nadal byłaby znacznie mniejsza.
Mam jednak sporo sceptycyzmu wobec skali i tempa obranego przez Niemcy. Do 2030 roku zostało mało czasu, a 1200 satelitów oznacza nie tylko produkcję, ale też starty, stacje naziemne, integrację, cyberochronę, wymianę zużytych jednostek i utrzymanie całego systemu w warunkach coraz bardziej zatłoczonej orbity. W dodatku przeciwnik nie będzie czekał bezczynnie. Każdy system łączności i rozpoznania tworzy natychmiast drugą stronę równania: jak go zakłócić, oszukać, oślepić albo zniszczyć. Pisałem już o tym przy broni laserowej przeciwko satelitom Starlink i przy cichej wojnie na orbicie.
Źródła: Defence Blog, Rheinmetall

