Zbawienie dla rowerzysty i koszmar dla złodzieja. Cordalock zaprasza na zabawę ze szlifierką

Mam wrażenie, że współczesne zabezpieczanie roweru przypomina czasami próbę obrony domu, w którym mamy pancerne drzwi, ale zostawiliśmy otwarte okno. Możemy przypiąć ramę do stojaka, lecz przednie koło nadal pozostaje łatwym łupem. Możemy zabezpieczyć oba koła, ale siodełko trzyma się na szybkozamykaczu. Im droższy i bardziej zaawansowany staje się rower, tym większa liczba elementów zaczyna kusić złodzieja, a pamiętajmy, że dziś nawet siodełko czy koło może kosztować grube tysiące. Hiszpański startup Corda chce rozwiązać ten problem w zaskakująco analogowy sposób swoim Cordalock.
Zbawienie dla rowerzysty i koszmar dla złodzieja. Cordalock zaprasza na zabawę ze szlifierką

Przez lata zabezpieczenia rowerowe rozwijały się w dosyć przewidywalny sposób. Łańcuchy stawały się grubsze, pałąki U-locków twardsze, a do tradycyjnych zamków zaczęły dołączać lokalizatory, alarmy, moduły GPS i aplikacje. Problem w tym, że złodziej nie musi szczególnie interesować się tym całym technologicznym postępem. Wystarczy mu jedna słabsza część roweru, źle poprowadzona linka albo kilkadziesiąt sekund pracy elektronarzędzia i w to właśnie uderza Cordalock. Ma to być jeden zamek, który obejmuje ramę, oba koła, nieruchomy element infrastruktury, a w rozbudowanej wersji również siodełko. Producent twierdzi przy tym, że pokonanie jego konstrukcji szlifierką o mocy 840 watów zajęło aż 24 minuty.

Jeden zamek, ale kilka niezależnych pętli

Na pierwszy rzut oka Cordalock może przypominać przesadnie rozbudowaną linkę rowerową. W środku skrywa jednak znacznie ciekawszą konstrukcję. Rdzeń tworzy pleciona linka ze stali nierdzewnej, wokół której umieszczono nachodzące na siebie pierścienie z hartowanej stali. Całość otrzymała jeszcze tekstylną osłonę odporną na ścieranie i promieniowanie UV, ale tu kluczowe znaczenie ma nie tylko materiał, ale też sposób układania zabezpieczenia. Na obu końcach linki znajdują się klamry, dzięki którym można uformować dwie osobne pętle połączone prostym odcinkiem. Jedną z nich obejmujemy ramę, tylne koło oraz stojak lub słup, a drugą przednie koło. Wersja 3-w-1 dokłada kolejne ramię prowadzone do siodełka.

Czytaj też: Zelektryfikowali legendę. Stalowy klasyk pokazuje, jak ma wyglądać elektryczny rower gravelowy

Po ułożeniu zabezpieczenia użytkownik obraca nakrętkę centralnego mechanizmu. Linka zostaje naprężona, luzy znikają, a szczęki klamer zaciskają się na końcach. Dopiero później cały układ blokujemy kluczem. Dzięki temu Cordalock nie zwisa swobodnie niczym klasyczny łańcuch, lecz obejmuje rower stosunkowo ciasno, pozostawiając tym samym złodziejowi mniej miejsca na wygodne ustawienie narzędzi. Ma to jednak swoją cenę w codziennym życiu i jest nią… waga.

Podstawowa konstrukcja waży około 2,1-2,2 kg. Dodatkowe ramię zabezpieczające siodełko dokłada 760 gramów, więc pełen zestaw zbliża się do 3 kg. Przy ciężkim e-bike ważącym 25 kg dodatkowe dwa lub trzy kilogramy mogą nie być szczególnie bolesne. W przypadku lekkiego gravela, roweru szosowego albo maszyny składanej taki zamek staje się natomiast absurdalnie ciężkim bagażem. Cordalock jest więc rozwiązaniem przede wszystkim dla ludzi, którzy zostawiają drogi rower na ulicy i przedkładają bezpieczeństwo nad lekkość.

Cordalock kontra szlifierka. Skąd wzięły się 24 minuty?

Według firmy konstrukcja z hartowanych pierścieni wytrzymała podczas prób ścinania od około 20 do 38 kiloniutonów, więc mówimy o sile odpowiadającej mniej więcej naciskowi od 2 do 3,9 tony. Nawet po zniszczeniu zewnętrznej struktury pleciony stalowy rdzeń miał w części prób pozostać nieprzerwany. Ciekawiej robi się jednak przy elektronarzędziach. Szlifierka o mocy 350 watów miała zakleszczyć się na ruchomych, nachodzących na siebie pierścieniach. Model 840-watowy ostatecznie poradził sobie z konstrukcją, lecz według producenta potrzebował na to 24 minut, a taki czas z pracującą szlifierką na ulicy to nie jest już szybka kradzież.

Czytaj też: Elektryczny rower dostał moc małego motocykla. Ariel Rider przesuwa granicę absurdu

W zabezpieczeniach roweru nigdy nie chodziło zresztą o stworzenie czegoś absolutnie niezniszczalnego. Mając odpowiednio dużo czasu, energii i narzędzi, można pokonać praktycznie każdy zamek, drzwi czy sejf. Prawdziwy ich cel sprowadza się do tego, aby sprawić, żeby kradzież trwała zbyt długo, generowała za dużo hałasu i wymagała większego ryzyka, niż potencjalne trofeum jest warte. Pod tym względem Cordalock trafia w sam środek współczesnego wyścigu zbrojeń.

Naturalnie potencjalny atak nie musi koncentrować się na samym stalowym ramieniu. Złodziej może zainteresować się klamrą, zamkiem, punktem kotwiczenia albo elementem roweru. Najmocniejsze zabezpieczenie nie pomoże, gdy przypniemy je do cienkiego stojaka, który da się przeciąć szybciej. Cordalock rozwiązuje więc problem kilku osobnych zamków, ale nie zwalnia użytkownika z myślenia.

Przyszłość zabezpieczeń nie musi mieć aplikacji

W świecie współczesnych e-bike coraz popularniejsze stają się GPS, łączność komórkowa, geofencing, cyfrowe blokady i alarmy. Pisałem już o tym przy Aventonie Trava, który otrzymał więcej zabezpieczeń niż niejeden komputer, a podobny kierunek widać też przy systemie Bafang i Comodule zintegrowanym bezpośrednio z napędem. Pokazuje to, że rowery stają się sprzętem połączonym z chmurą, co ma sens zwłaszcza wtedy, gdy ich ceny zaczynają przypominać wyceny używanych samochodów.

Elektronika ma jednak swoje ograniczenia. Moduł GPS można zagłuszyć lub znaleźć, akumulator może się rozładować, serwer producenta może przestać działać, a część funkcji bywa i tak zamykana za płatną subskrypcją. Czasem dochodzi do czegoś wręcz absurdalnego, jak przy Raleigh One, który zmienia miejski e-bike w usługę powiązaną z abonamentem. Cordalock idzie w przeciwną stronę. Jest w pełni mechaniczny, nie ma elektroniki i według producenta nie wymaga niczego poza kluczem.

Dla mnie przyszłość ochrony rowerów nie leży po jednej stronie tego sporu. Najrozsądniejszy model połączy obie warstwy. Fizyczne zabezpieczenie ma zatrzymać lub przynajmniej opóźnić złodzieja, a elektronika ostrzec właściciela, uruchomić alarm i pozwolić śledzić jednoślad. Sam GPS jest tylko cyfrową smyczą przyczepioną do skradzionego roweru. Sam zamek nie powie nam natomiast, że ktoś właśnie próbuje go przeciąć.

Czytaj też: Rower elektryczny zaczyna działać jak skuter. X1P ma sam dobierać przełożenia

Cordalock wydaje się ciekawy właśnie dlatego, że zamiast kolejnego gadżetu proponuje nową interpretację starego problemu. Przyszłość nie zawsze musi oznaczać więcej ekranów, czujników i usług. Czasami zaczyna się od ponownego zaprojektowania kawałka stali, ale ten do tanich nie należy, bo podstawowy wariant w kampanii na Kickstarterze kosztuje 157 euro, czyli około 680 zł, a wersja z dodatkowym przewodem do siodełka została wyceniona na 165 euro, czyli około 720 zł. Do tego mogą dojść koszty wysyłki oraz różnice wynikające z finalnego rozliczenia kampanii.

Źródła: Cordalock

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.