Model Strike wrócił właśnie do oferty Scotta jako pełnoprawny elektryczny rower trailowy z aluminiową ramą, 150 mm skoku z przodu i z tyłu oraz napędem Bosch Performance Line CX. Nie jest więc lekkim e-MTB udającym klasyczny rower. Masa zaczyna się od około 24,8 kg, geometria pozostaje stosunkowo komfortowa, a wysoki stack i krótki reach ustawiają użytkownika bardziej pionowo niż w typowo sportowych konstrukcjach. Powód? Strike ma dawać dużo frajdy na szlaku, ale nie wymagać od właściciela pozycji zawodnika XC. Maxxis Forekaster, grubsze siodełko i ergonomiczne chwyty jasno pokazują, że Scott nie próbuje zrobić kolejnego elektrycznego sprzętu wyścigowego.


Scott Strike 2027 cofa się, żeby zrobić krok naprzód
Najważniejsza zmiana kryje się jednak (paradoksalnie) w tym, czego Scott już nie ukrywa. W Strike eRide Evo z rocznika 2023 tylny amortyzator był bowiem schowany w ramie. Wyglądało to futurystycznie i pozwalało stworzyć bardzo charakterystyczną sylwetkę, ale dostęp do amortyzatora oraz jego regulacja były bardziej skomplikowane.
Czytaj też: Test elektrycznego roweru FIIDO M1 Pro. Może dziwak, ale to tani i dobry e-bike

W modelu 2027 damper jest znowu praktycznie na widoku. Dolna część nadal pozostaje częściowo osłonięta przez rurę podsiodłową, ale podstawowe elementy można już normalnie zobaczyć i obsłużyć. Konstrukcyjnie cały układ zaczyna tym samym przypominać Strike’a sprzed kilku generacji i to można wbrew pozorom uznać za postęp.
Mniej popisywania się technologią, a więcej normalnego użytkowania
Scott poszedł dalej i pozbył się ze Strike’a systemów TwinLoc oraz TracLoc. Nie będzie więc zdalnego blokowania obu elementów zawieszenia albo zmiany ich charakterystyki podczas jazdy. Dla osoby, która uwielbia mieć na kierownicy przycisk do wszystkiego, może to wyglądać jak regres. Jednak dla reszty oznacza mniej przewodów, mniej mechanizmów i mniej elementów, które trzeba później regulować oraz serwisować.

Podobna filozofia dotknęła prowadzenia przewodów. Scott nie zrezygnował z integracji całkowicie, ale przewody mechaniczne wychodzą z ramy wcześniej zamiast przechodzić przez stery razem z całą resztą. Przez okolice headsetu biegnie głównie elektronika, a każdy, kto próbował rozbierać rower z pełnym prowadzeniem przewodów przez stery, powinien zrozumieć, dlaczego taka zmiana ułatwia serwis.
Czytaj też: Gravel połknął MTB. Wydrukowali z tytanu rozwiązanie rowerowego problemu, którego nie było

Dochodzi do tego prostsze wyjmowanie akumulatora PowerTube z dolnej rury. Ogniwo wysuwa się w dół, a dostęp zabezpiecza magnetyczna pokrywa. Nie trzeba już tym samym odkręcać klapki jak w starszych wariantach Evo, co w praktyce potrafiło kończyć się kładzeniem całego ciężkiego jednośladu na boku.
Mimo tego wszystkiego Scott nie zamienił Strike’a w sprzęt wyłącznie na weekendowy szlak. Rama ma mocowania pod błotniki, stopkę i bagażnik, są też punkty montażowe na górnej rurze, a przewody pod oświetlenie poprowadzono fabrycznie. Z tyłu mały błotnik z dwiema lampkami jest już nawet częścią roweru. Jest to trochę elektryczny SUV w rowerowym wydaniu – nadal może wjechać w teren, ale nie obrazi się, jeśli przez większość tygodnia będzie woził właściciela po zwykłych drogach.
Scott Strike dostał solidne wspomaganie
Wszystkie wersje nowego roweru Scott Strike korzystają z Bosch Performance Line CX. Po Performance Upgrade 2.0 system może osiągnąć maksymalnie 120 Nm momentu obrotowego, 750 W mocy szczytowej oraz wspomaganie do 600 procent, przy czym Bosch pozwala użytkownikowi regulować charakter poszczególnych trybów w aplikacji eBike Flow. Warto też pamiętać, że 600-procentowe wspomaganie obowiązuje do prędkości 15 km/h. Pisałem już o tej aktualizacji Boscha i nadal uważam, że właśnie możliwość ograniczenia tych parametrów jest równie ważna jak samo chwalenie się 120 Nm.


Scott Strike potaniał, ale okazją nadal trudno go nazwać
Najtańszy Strike 40 kosztuje 4199 euro, czyli około 18100 tys. zł. Strike 30 za 4999 euro oznacza około 21500 zł, Strike 20 kosztujący 5399 euro to mniej więcej 232000 zł, a Strike 10 za 5799 euro dobija do około 25000 zł. Dla porównania aluminiowy Strike eRide 910 Evo startował kilka lat temu z poziomu 6599 euro, więc tanio nie jest. Zwłaszcza że nawet najdroższy Strike nie oferuje elektronicznej zmiany biegów, podczas gdy konkurencja pokroju Amflow potrafi za około 4500 euro, czyli mniej więcej 19400 zł, gwarantować karbonową ramę i elektroniczny napęd.




Czytaj też: Rower trekkingowy godny XXI wieku? Zawieszenie jak lekki MTB, 100 Nm i napęd na lata
Scott najwyraźniej liczy jednak na coś innego niż wojnę cyferkami. Podobny ruch w stronę rozsądniejszych konstrukcji mogliśmy już zauważyć również przy miejskich Scottach Sweep, gdzie koszt i funkcjonalność okazały się ważniejsze niż stosowanie droższego rozwiązania tylko dlatego, że można. Dla mnie właśnie to jest najciekawsze w Strike’u 2027. Przyszłość technologii nie zawsze polega na dokładaniu kolejnej warstwy elektroniki i chowaniu kolejnego elementu przed wzrokiem użytkownika. Czasem oznaką dojrzałości jest moment, w którym producent potrafi spojrzeć na własny kilkuletni pomysł i powiedzieć “fajne, ładne, ale zróbmy to prościej”.
Źródła: Scott Strike 2027

