Jakiś czas temu trafiłem do rumuńskiej Konstancy, gdzie chiński producent zorganizował CHERY CSH Global Safety Challenge. Na miejscu pojawiło się ponad 150 osób z 16 europejskich krajów, a zamiast kolejnej prezentacji pełnej wykresów i obietnic dostaliśmy dwa eksperymenty, których głównym bohaterem był Chery TIGGO 9 CSH. To duży SUV z napędem hybrydowym plug-in, wyposażony w akumulator o pojemności 34,46 kWh. I choć zwykle podczas takich wydarzeń najwięcej uwagi poświęca się osiągom, wyposażeniu, nowym technologiom i planem na jeszcze mocniejsze ukąszenie europejskich marek, tym razem chodziło przede wszystkim o bezpieczeństwo. Chery chciało pokazać, jak konstrukcja firmy z Państwa Środka radzi sobie w naprawdę wymagających warunkach.
Czytaj też: Test Chery Tiggo 9 PHEV. To już nie jest ciekawostka z Chin. Ten SUV naprawdę ma sens
4000 litrów słonej wody i 24 godziny czekania. Co mogło pójść nie tak?
Pierwszy eksperyment rozpoczął się od wymontowania akumulatora wysokonapięciowego z TIGGO 9 CSH. Następnie umieszczono go w ogromnym zbiorniku ustawionym na plaży, wypełnionym około 4000 litrów słonej wody. I choć byliśmy nad Morzem Czarnym, organizatorzy postanowili przygotować roztwór o zasoleniu 3,5 procent, czyli niemal dwukrotnie wyższym od przeciętnego zasolenia tego morza.


Dlaczego to takie istotne? Słona woda potrafi być wyjątkowo nieprzyjemnym przeciwnikiem dla elektroniki i metalowych elementów konstrukcyjnych. Sprzyja korozji, a w przypadku uszkodzonej izolacji może również zwiększać ryzyko zwarć. Tymczasem akumulator trakcyjny musi być odpowiednio zabezpieczony przed wilgocią, nawet jeżeli samochód nigdy nie zostanie narażony na tak ekstremalne warunki.
Chery postanowiło więc zostawić baterię pod powierzchnią wody przez pełne 24 godziny, bez taryfy ulgowej. Następnego dnia przyszedł czas na wyciągnięcie akumulatora i sprawdzenie, czy eksperyment nie skończył się uszkodzeniem podzespołów. Do pracy przystąpili między innymi inżynierowie niemieckiej firmy FEV, którzy zajęli się szczegółową kontrolą obudowy, złączy oraz szczelności całego układu. Według przedstawionych wyników na akumulatorze nie było widocznych oznak korozji, pęcznienia ani wycieków. Woda nie przedostała się również do wnętrza złączy elektrycznych, ale same oględziny to przecież za mało, żeby uznać eksperyment za udany.




Przeprowadzono więc dodatkowe pomiary. Podczas kontroli szczelności odnotowano spadek ciśnienia na poziomie 8,067 Pa/min, podczas gdy dopuszczalna w tym teście wartość wynosiła 31 Pa/min. Wynik był więc niemal czterokrotnie niższy od przyjętego limitu. Z kolei rezystancja izolacji elektrycznej utrzymywała się powyżej 500 MΩ, co potwierdzało zachowanie wymaganych właściwości izolacyjnych układu.




Przyznam, że z mojej perspektywy same wartości pomiarowe nie były najbardziej ekscytującym elementem całego wydarzenia. Znacznie ciekawsze było to, co nastąpiło chwilę później — akumulator, który właśnie spędził dobę pod wodą, został ponownie zamontowany w samochodzie. Chery TIGGO 9 CSH uruchomiło się i działało normalnie, a inżynierowie mogli przejść do kolejnego etapu. Dość niespodziewanego, trzeba przyznać.
Czytaj też: Test Chery Tiggo 8 ICE. To nie jest SUV dla emocji — i to może być jego największa zaleta
25-centymetrowa przeszkoda? Chery postanowiło sprawdzić również podwozie
Skoro akumulator przetrwał dobę w słonej wodzie, należało jeszcze sprawdzić, jak poradzi sobie z uszkodzeniami mechanicznymi. W końcu na drodze znacznie łatwiej zahaczyć podwoziem o wysoki krawężnik czy wystającą przeszkodę, niż przypadkowo zanurzyć cały akumulator w wodzie morskiej.
Dlatego drugim eksperymentem był test wytrzymałości osłony podwozia. Przed TIGGO 9 CSH ustawiono sztywną przeszkodę o wysokości aż 25 centymetrów, a kierowca przejechał przez nią z prędkością około 14–15 km/h. W dodatku mówimy o dokładnie tym samym samochodzie i akumulatorze, który chwilę wcześniej wyciągnięto ze słonej wody.



Taki kontakt z przeszkodą może być szczególnie niebezpieczny dla samochodów zelektryfikowanych. Akumulatory trakcyjne są często umieszczane nisko w konstrukcji pojazdu, więc odpowiednia ochrona przed uderzeniami od spodu jest absolutnie kluczowa. W TIGGO 9 CSH zastosowano między innymi wielowarstwowy system zabezpieczeń, obejmujący osłonę wykonaną ze stali o wytrzymałości 780 MPa.

Samochód przejechał przez przeszkodę, a inżynierowie ponownie zabrali się za oględziny. Tym razem kontakt pozostawił już widoczne ślady. Na powłoce PVC dolnej osłony pojawiły się zarysowania, ale według przeprowadzonej kontroli obudowa akumulatora pozostała nienaruszona pod względem strukturalnym. Nie stwierdzono pęknięć, wycieków elektrolitu ani uszkodzeń złączy i przewodów układu chłodzenia. Co równie istotne, samochód nie wyświetlił żadnych komunikatów ostrzegawczych.

I właśnie połączenie tych dwóch prób wydaje mi się najciekawszy elementem całego wydarzenia. Chery nie ograniczyło się do zanurzenia akumulatora w wodzie i ogłoszenia sukcesu. Po pomiarach ten sam zestaw trafił z powrotem do samochodu, który następnie poddano kolejnemu obciążeniu. Oczywiście nie oznacza to, że TIGGO 9 jest niezniszczalne. Cały eksperyment odbywał się w kontrolowanych warunkach, a jego przebieg przygotował producent. Nie zastępuje to niezależnych testów zderzeniowych ani wieloletnich badań trwałości akumulatorów; pokazuje jednak, że konkretna konstrukcja poradziła sobie z dwiema wymagającymi próbami następującymi bezpośrednio po sobie.
Czytaj też: Chery Tiggo 7 vs Tiggo 8 – który lepszy dla polskiego klienta?
Zostawmy eksperymenty. Czas wyjechać na rumuńskie drogi
Na samych próbach bezpieczeństwa nasz pobyt w Rumunii się nie zakończył. Chery przygotowało również jazdy testowe samochodami z rodziny TIGGO, dzięki którym mogłem sprawdzić je w zdecydowanie bardziej naturalnych warunkach. Z okolic plaży Mamaia wyruszyła kolumna 19 samochodów, obejmująca modele TIGGO 4, TIGGO 7, TIGGO 8 i TIGGO 9. Trasa prowadziła wzdłuż jeziora Siutghiol oraz wybrzeża Morza Czarnego, a następnie przez okolice plaży Corbu w głąb Dobrudży. Po drodze mijaliśmy między innymi wapienne formacje skalne Cheile Dobrogei i rezerwat przyrody Gura Dobrogei.


To zupełnie inne otoczenie niż to, które zazwyczaj obserwuje się na eventach motoryzacyjnych. Zmienna nawierzchnia, zakręty, lokalne drogi i rumuński ruch, który potrafi rządzić się własnymi prawami. Taka jazda pozwala spojrzeć na samochody z nieco innej perspektywy, choć oczywiście kilkugodzinny przejazd nie zastąpi pełnego testu. Wydarzenie miało przy tym szerszy kontekst. Chińscy producenci coraz mocniej rozpychają się na europejskim rynku, a Chery należy do marek, które chcą przekonać klientów również w Polsce. I choć atrakcyjne wyposażenie, duże ekrany czy zaawansowane napędy potrafią przyciągnąć uwagę, w przypadku rodzinnych SUV-ów równie ważne pozostaje pytanie o bezpieczeństwo i trwałość.
Czytaj też: Test Chery Tiggo 4 HEV – nie uwierzysz, że tak wyposażone auto kosztuje 100 tys. złotych
Czy jeden eksperyment wystarczy, żeby zaufać chińskiej marce?
Chery zorganizowało wydarzenie, które miało przede wszystkim udowodnić odporność zastosowanych rozwiązań. I trzeba przyznać, że wybrało do tego całkiem efektowną formę. Znacznie łatwiej zapamiętać akumulator wyciągany ze zbiornika wypełnionego słoną wodą niż kolejny slajd z zapewnieniami o najwyższych standardach bezpieczeństwa.
Sam podchodzę jednak do takich pokazów z pewną rezerwą. To w końcu eksperyment przygotowany przez producenta, który miał możliwość zaplanowania warunków i całego przebiegu prób. Jego wyniki są interesujące, ale nie powinny być traktowane jako ostateczny dowód niezawodności samochodu w każdych okolicznościach. Tutaj nadal ogromne znaczenie mają niezależne badania i rzeczywiste doświadczenia użytkowników.

Najbardziej zaskakujący jest jednak dalszy los testowanego egzemplarza. Po całej dobie zanurzenia akumulatora w słonej wodzie, ponownym montażu i przejechaniu przez 25-centymetrową przeszkodę samochód wrócił na własnych kołach do Chin. To dopiero historia, którą warto opowiadać. I nawet jeśli dwa eksperymenty nie rozstrzygają wszystkich pytań o bezpieczeństwo samochodów Chery, jedno trzeba producentowi oddać — zamiast kolejny raz przekonywać dziennikarzy, że jego technologia jest wytrzymała, postanowił pokazać to w praktyce. A ja zdecydowanie wolę oglądać takie rzeczy na własne oczy niż słuchać kolejnych marketingowych deklaracji.

