Wojna w Ukrainie pokazała, jak skuteczne potrafią być tanie drony, których zadaniem jest wykonanie jednego ataku. Jednocześnie coraz częściej obserwujemy próby odejścia od tej jednorazowości, bo przecież nawet najlepszy dron kamikadze ma jedną fundamentalną wadę – po udanej misji trzeba zastąpić go kolejnym. Wydaje mi się więc, że przyszłość bezzałogowców wojskowych nie będzie należała wyłącznie do latających bomb, a najnowsze testy są tego świetnym przykładem. Problem w tym, że samo rozwiązanie w postaci drona połączonego z karabinem maszynowymrodzi zupełnie inne problemy niż klasyczna amunicja krążąca, a ich rozwiązanie może okazać się znacznie droższe od samej broni.

FIRE STORM 250 to latający karabin maszynowy, który właśnie przeszedł testy
Izraelski koncern Israel Aerospace Industries (IAI) i amerykański SIG SAUER ogłosiły 13 października 2026 roku pomyślne zakończenie prób ogniowych FIRE STORM 250. Mowa o bezzałogowcu bazującym na platformie APUS 60, który otrzymał stabilizowane, zdalnie sterowane stanowisko MICROLIGHT z karabinem maszynowym M250. Zamiast zrzucać bombę albo kończyć misję samobójczym atakiem, maszyna ma zawisać nad wybranym obszarem, obserwować go, prowadzić ostrzał i dopiero następnie wracać do operatora.
Czytaj też: Tak wygląda przyszłość lotnictwa wojskowego. Valkyrie wreszcie poleciała z europejskim mózgiem
Podczas prób przeprowadzonych w Izraelu przed targami AUSA 2026 w Waszyngtonie FIRE STORM 250 wykrywał i identyfikował cele przy użyciu pokładowej kamery, a następnie prowadził do nich ogień z różnych wysokości i odległości. Operował wtedy zarówno na pojedynczych strzałach, jak i trybie półautomatycznym. Nie jest to jednak całkowicie nowa konstrukcja, bo jej prezentacja miała miejsce już podczas AUSA 2025. Tegoroczne wydarzenie stanowi więc kolejny krok w rozwoju systemu, choć nadal nie jest równoznaczne z potwierdzeniem jego rzeczywistej skuteczności bojowej.
Karabin maszynowy na dronie? Odrzut to jeden z największych problemów
Najbardziej intryguje mnie jednak nie samo uzbrojenie FIRE STORM 250, a to, jak udało się połączyć je z latającą platformą. Karabin maszynowy M250 jest bowiem konstrukcją zasilaną taśmowo, wykorzystującą zależnie od konfiguracji amunicję 6,8 × 51 mm lub 7,62 × 51 mm. Nie jest to więc lekka broń małokalibrowa, a pełnoprawny karabin maszynowy, który w Armii USA zastępuje starszego M249.


Wystarczy przypomnieć sobie podstawy fizyki, żeby zrozumieć, dlaczego jego podwieszenie pod dronem jest wyzwaniem. Każdy strzał generuje odrzut, który oddziałuje na całą maszynę, a ta przecież musi nieustannie korygować swoje położenie przy użyciu wirników. Jeśli więc broń nie będzie odpowiednio stabilizowana, to nawet minimalne odchylenie lufy oznacza znaczący błąd celowania na dystansie kilkuset metrów. Tymczasem według informacji ujawnionych podczas AUSA, system FIRE STORM 250 ma prowadzić ogień do celów oddalonych o około 400-600 metrów, operując na wysokości około 200 metrów.

Producent próbuje rozwiązać ten problem celności przez połączenie stabilizowanego stanowiska uzbrojenia, pokładowych czujników oraz algorytmów sterowania lotem. Dzięki temu dron ma zachowywać odpowiednią orientację i celność podczas strzelania. Nie poznaliśmy jednak szczegółowych wyników prób, takich jak skupienie przestrzelin, liczba trafień czy zachowanie maszyny przy silniejszym wietrze. Samo pomyślne przeprowadzenie ostrzału to jedno, a powtarzalne trafianie celów w trudnych warunkach – zupełnie inna sprawa.
Trzy godziny lotu z 200 nabojami. Właśnie tutaj kryje się największa przewaga
FIRE STORM 250 ma jeszcze jedną bardzo istotną cechę, która odróżnia go od typowych wielowirnikowych bezzałogowców wojskowych. Zamiast polegać wyłącznie na akumulatorach, wykorzystuje wielopaliwowy silnik spalinowy oraz specjalny układ przeniesienia napędu. Według deklaracji producenta pozwala to na nawet trzy godziny lotu z zapasem 200 nabojów. Cały zestaw uzbrojenia, obejmujący stanowisko MICROLIGHT, karabin M250 i amunicję, waży przy tym około 24 kg.


Czytaj też: Legenda zimnej wojny uczy się latać sama. USA chcą więcej takich Black Hawków
Tak długa wytrzymałość w powietrzu ma znaczenie przede wszystkim dla oddziałów, które potrzebują ciągłej obserwacji terenu i możliwości natychmiastowego otwarcia ognia. Dron może wystartować pionowo z wysuniętej pozycji, patrolować wyznaczony obszar, a następnie wrócić na tankowanie. Nie trzeba więc czekać na naładowanie akumulatorów ani przygotowywać pasa startowego. Trzy godziny lotu nie oznaczają oczywiście trzech godzin prowadzenia ognia, bo 200 nabojów wystarczy jedynie na ograniczoną liczbę starć. Pamiętajmy też, że deklarowana przez producenta długotrwałość lotu nie jest tym samym, co niezależnie potwierdzony wynik w warunkach bojowych.
Latające karabiny nie są nowością. Turcy pokazali to już wcześniej
FIRE STORM 250 nie jest pierwszym dronem z karabinem maszynowym. Już w 2020 roku tureckie siły zbrojne odebrały system SONGAR opracowany przez ASISGUARD, który mógł przenosić 200 nabojów kalibru 5,56 × 45 mm i prowadzić ogień z powietrza. Tyle że według specyfikacji tamtej konstrukcji maksymalny czas lotu wynosił około 25 minut. Nowa izraelsko-amerykańska maszyna obiecuje więc ponad siedmiokrotnie dłuższe pozostawanie w powietrzu, choć pamiętajmy, że są to parametry deklarowane dla odmiennych platform.

Warto spojrzeć na ten rozwój również przez pryzmat amerykańskiego robota Hunter Wolf oraz ukraińskiego Droida TW 12.7. Obie konstrukcje pokazują podobną filozofię – przenieść uzbrojenie na bezzałogową platformę, żeby człowiek mógł pozostać poza bezpośrednim zagrożeniem. W FIRE STORM 250 decyzja o otwarciu ognia również pozostaje po stronie operatora, który otrzymuje obraz z czujników oraz informacje o śledzonych celach. Automatyzacja ma więc wspierać celowanie, a nie samodzielnie decydować o użyciu broni.
Czy latający karabin maszynowy rzeczywiście ma przyszłość na polu walki?
Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że FIRE STORM 250 jest konstrukcją, której największa zaleta może jednocześnie stać się największą słabością. Wielogodzinny lot, spalinowy napęd, zaawansowana stabilizacja, system obserwacji i stosunkowo ciężkie uzbrojenie oznaczają bowiem znacznie bardziej skomplikowaną maszynę niż typowy dron FPV. Tymczasem współczesne pole walki jest pełne środków zdolnych zagrozić nawet drogim bezzałogowcom. Dochodzą do tego hałas silnika, możliwość zagłuszania łączności i ryzyko zestrzelenia podczas zawisu.
Czytaj też: Może wrócić albo uderzyć w samobójczym ataku. Dron Troublemaker jest wyjątkowy
Z drugiej strony nie powinniśmy porównywać FIRE STORM 250 z dronem kamikadze wyłącznie przez pryzmat kosztu pojedynczego ataku. Jego potencjalna przewaga polega na łączeniu obserwacji, rozpoznania i wielokrotnego użycia uzbrojenia podczas jednego lotu. Dla piechoty, która potrzebuje osłony podczas przemieszczania się lub wycofywania, taki latający punkt ogniowy może mieć większą wartość niż kilka jednorazowych bezzałogowców. Szczególnie jeśli utrzymuje się poza bezpośrednim zasięgiem przeciwnika.
Ostatecznie wiele będzie zależało od ceny, niezawodności i odporności na przeciwdziałanie. Nie znamy jeszcze kosztu FIRE STORM 250 ani jego zachowania podczas rzeczywistej walki. Dlatego nie ogłaszałbym żadnej rewolucji, ale sam kierunek rozwoju uważam za interesujący. Niedawny dron Troublemaker pokazał, że bezzałogowiec może łączyć zdolność powrotu z możliwością samobójczego ataku, a FIRE STORM 250 próbuje pójść inną drogą. Zamiast poświęcać całą maszynę do zniszczenia jednego celu, chce wielokrotnie wykorzystywać broń pokładową. Jeśli producenci zdołają pogodzić tę wszechstronność z rozsądnymi kosztami, przyszłe oddziały piechoty mogą rzeczywiście dysponować czymś, co jeszcze niedawno kojarzyło się przede wszystkim z grami science fiction.
Źródła: Israel Aerospace Industries, The Jerusalem Post, Janes

