Wojskowi cofnęli się o wieki, aby znaleźć rozwiązanie dzisiejszego problemu

Coraz częściej mam wrażenie, że niektóre z najbardziej sensownych innowacji wojskowych powstają zupełnie inaczej. Ktoś bierze pomysł znany od dekad, zestawia go z problemami współczesnego pola walki i nagle okazuje się, że coś pozornie przestarzałego zaczyna pasować do wojny XXI wieku wręcz podejrzanie dobrze. Szczególnie dobrze widać to przy obronie powietrznej, którą chce zrewolucjonizować POINT@AIR.
Wojskowi cofnęli się o wieki, aby znaleźć rozwiązanie dzisiejszego problemu

Drony mogą być małe, tanie i lecieć bardzo nisko, pociski manewrujące wykorzystują rzeźbę terenu, a nawet najlepszy radar stojący na ziemi nie potrafi magicznie patrzeć przez góry, budynki czy krzywiznę naszej planety. Możemy więc rozwijać elektronikę, algorytmy i anteny, ale pewnego ograniczenia nie przeskoczymy większą mocą obliczeniową. Czasami najbardziej oczywista odpowiedź brzmi: skoro radar nie widzi wystarczająco daleko, trzeba po prostu podnieść go wyżej.

POINT@AIR robi ze starego balonu element współczesnej obrony

Właśnie na tym “pomyśle wysokości” opiera się POINT@AIR, który Israel Aerospace Industries pokazał podczas AUSA 2026 w Waszyngtonie. Ten opracowany przez należącą do IAI firmę ELTA system łączy radar AESA z aerostatem na uwięzi, czyli w praktyce dużym balonem utrzymującym sensor wysoko nad ziemią. Nie chodzi jednak o stworzenie kolejnego gigantycznego i praktycznie stacjonarnego kompleksu. Producent podkreśla przede wszystkim kompaktowość, mobilność oraz możliwość działania bez przygotowanej wcześniej stałej infrastruktury, a pamiętajmy, że mówimy tutaj o balonach, które są użytkowane od końca XVIII wieku, a największą rolę odegrały w czasie I wojny światowej.

Czytaj też: Tak wygląda przyszłość lotnictwa wojskowego. Valkyrie wreszcie poleciała z europejskim mózgiem

Radar bazuje na rodzinie ELM-2083 i wykorzystuje elektroniczne sterowanie wiązką w azymucie oraz elewacji, połączone z mechanicznym obrotem zapewniającym obserwację w zakresie 360 stopni. POINT@AIR ma wykrywać i śledzić jednocześnie wiele celów powietrznych, naziemnych oraz morskich, nadawać im priorytety, a następnie przekazywać informacje do systemów dowodzenia i kierowania ogniem. Najbardziej intrygująco brzmi jednak deklaracja o możliwości pozostawania w powietrzu przez nawet 30 dni.

Sam pomysł nie jest więc przesadnie skomplikowany. Jego największą zaletą jest właśnie to, że wykorzystuje fizykę zamiast próbować z nią walczyć.

Radarowi czasami najbardziej pomaga wysokość

Przy okazji systemu SharpSight pisałem już o tym, że współczesna obrona zaczyna się od możliwie szybkiego znalezienia i sklasyfikowania celu. POINT@AIR pokazuje jeszcze bardziej podstawową stronę tego problemu, bo nawet fenomenalny radar pozostaje ograniczony swoim położeniem i dobrze pokazuje to prosty rachunek geometryczny. Jeśli pominiemy refrakcję atmosferyczną, przeszkody oraz możliwości konkretnej anteny, to sensor znajdujący się 10 metrów nad ziemią może mieć bezpośrednią linię widzenia do obiektu lecącego 30 metrów nad ziemią mniej więcej na 31 km. Podniesienie sensora na wysokość 300 metrów zwiększa taki teoretyczny dystans do ponad 81 km.

Nie oznacza to oczywiście, że POINT@AIR zobaczy małego drona właśnie z 81 km. Zasięg wykrywania zależy od całej masy czynników, począwszy od mocy i charakterystyki radaru, przez skuteczną powierzchnię odbicia celu, a skończywszy na zakłóceniach i warunkach atmosferycznych. Co więcej, IAI nie podało nawet pułapu operacyjnego nowego aerostatu. Ten przykład pokazuje jedynie, dlaczego wyniesienie radaru ponad drzewa, zabudowania i część ukształtowania terenu może dać ogromną przewagę.

Czytaj też: Może wrócić albo uderzyć w samobójczym ataku. Dron Troublemaker jest wyjątkowy

Przy nisko lecącym dronie lub pocisku manewrującym wcześniejsze wykrycie oznacza z kolei dodatkowy czas na identyfikację, przekazanie informacji dalej i przygotowanie odpowiedniego systemu uzbrojenia. W tym przypadku kilka dodatkowych minut może być dosłownie na wagę misji.

Polska również chce mieć radary wiszące nad ziemią

Co ciekawe, idea ta jest doskonale znana również w Polsce. W 2024 roku nasz kraj zamówił cztery systemy aerostatów rozpoznawczych w ramach programu Barbara, o czym pisałem przy okazji podpisania kontraktu wartego około miliarda dolarów. Jeszcze wcześniej zwracałem uwagę na plany amerykańskiej armii dotyczące ponownego wykorzystania aerostatów we współczesnych działaniach wojskowych.

Amerykanie mają jednak z takimi konstrukcjami również znacznie mniej przyjemne doświadczenia. Najbardziej znanym przykładem pozostaje JLENS, czyli system dwóch ogromnych aerostatów przeznaczonych między innymi do wykrywania pocisków manewrujących. Program jeszcze przed swoim najbardziej spektakularnym problemem zmagał się z opóźnieniami oraz wzrostem kosztów, na które zwracało uwagę amerykańskie GAO. W październiku 2015 roku doszło jednak do czegoś, co mogło się zakończyć koszmarem, bo jeden z aerostatów zerwał się z uwięzi w Maryland i poleciał nad Pensylwanię.

Nie był to jedyny powód późniejszych problemów JLENS i nie można sprowadzać losów całego programu do jednego uciekającego balonu. Incydent stał się jednak świetnym symbolem wad wielkich systemów tego typu, a już w 2016 roku Kongres mocno ograniczał ich finansowanie. Na tym tle mniejszy i bardziej mobilny POINT@AIR wygląda ciekawie, ale nie mamy jeszcze podstaw, żeby uznać go za rozwiązanie wszystkich problemów poprzedników.

IAI sprzedaje świetny pomysł, ale jeszcze nie najważniejsze liczby

Tutaj właśnie kończy się zachwyt, a zaczynają pytania. IAI chwali się 30 dniami ciągłego dozoru, dużą mobilnością i wykrywaniem celów na większym dystansie dzięki wyniesieniu radaru ponad ziemię, ale nie zdradziło parametrów, które pozwoliłyby rzeczywiście ocenić możliwości POINT@AIR. Nie znamy pułapu pracy aerostatu, realnego zasięgu radaru przeciwko poszczególnym rodzajom celów ani czasu potrzebnego na rozwinięcie i przygotowanie systemu do działania, a właśnie wysokość jest tutaj kluczowa. IAI sprzedaje nam obecnie przede wszystkim bardzo sensowną ideę, ale jeszcze nie liczby, które pozwalają sprawdzić, jak dobrym wykonaniem tej idei jest POINT@AIR.

Dochodzi do tego pogoda, konieczność zabezpieczenia stanowiska naziemnego, podatność infrastruktury oraz przeżywalność podczas prawdziwego konfliktu. Aerostat może wisieć nad chronionym obszarem przez tygodnie bez paliwa potrzebnego samolotowi dozoru radiolokacyjnego, ale nie zmieni szybko pozycji po wykryciu zagrożenia. Przeciwko przeciwnikowi dysponującemu artylerią dalekiego zasięgu, pociskami i dronami sam może więc stać się bardzo atrakcyjnym celem.

Czytaj też: Legenda zimnej wojny uczy się latać sama. USA chcą więcej takich Black Hawków

Mimo tego POINT@AIR jest dla mnie interesujący właśnie dlatego, że nie próbuje oszukiwać fizyki. Zamiast tworzyć radar, który miałby cudownie widzieć przez wszystkie przeszkody, IAI po prostu wynosi go ponad część z nich. Zamiast utrzymywać przez kolejne godziny w powietrzu samolot wraz z załogą, chce pozostawić nad chronionym obszarem aerostat nawet przez miesiąc.

Przyszłość wojskowych systemów nie zawsze wygląda więc jak laser, autonomiczny myśliwiec albo rój robotów. Czasami przypomina jeden z najstarszych sposobów latania wymyślonych przez człowieka, tyle że z nowoczesnym radarem AESA podwieszonym pod spodem.

Źródła: Israel Aerospace Industries

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.