Jedna torpeda posłała fregatę na dno. Grecja pokazała swoją nową broń 

Grecy wymontowali z części swoich kanonierek 40-milimetrowe armaty, żeby w ich miejsce zamontować wyrzutnie pocisków kierowanych. Brzmi to jak dość dziwny kompromis, bo przecież armata może prowadzić wielokrotny ostrzał, a zapas rakiet jest ograniczony i znacznie droższy w uzupełnianiu. Tyle że w dzisiejszych czasach na morzu coraz częściej wygrywa nie ten, kto wystrzeli więcej pocisków. Wygrywa ten, kto pierwszy wykryje przeciwnika i będzie w stanie skutecznie go zaatakować. Grecja najwyraźniej doskonale to rozumie i ostatnie ćwiczenia pokazały, jak zamierza wykorzystać tę przewagę.
Jedna torpeda posłała fregatę na dno. Grecja pokazała swoją nową broń 

21 października 2026 roku na wodach na północ od Krety grecka marynarka wojenna przeprowadziła wspólnie z Izraelem ćwiczenia, których najbardziej widowiskowym elementem było zatopienie fregaty Bouboulina (F-463). Ten mierzący około 130 metrów okręt służył wcześniej pod holenderską banderą, a następnie w latach 2001-2013 w greckiej flocie. Tym jednak razem wrócił na morze jako cel dla uzbrojenia, które Grecy właśnie wprowadzają do swoich niewielkich jednostek nawodnych. Samo zatopienie było jednak tylko finałem, bo najważniejszym celem całego przedsięwzięcia pozostawało sprawdzenie izraelskich pocisków SPIKE.

Niewielkie okręty z rakietami o zasięgu 32 kilometrów. Po co Grecji takie uzbrojenie?

Podczas ćwiczeń przeprowadzony test objął dwa rodzaje pocisków firmy Rafael, bo SPIKE NLOS oraz SPIKE ER. W strzelaniach uczestniczyły kanonierka typu Machitis i niewielka jednostka operacji specjalnych Mark V. Grecja wyposażyła w takie uzbrojenie łącznie osiem jednostek, po cztery każdego typu, co samo w sobie jest już interesujące. Pokazuje to bowiem, że zamiast koncentrować całe nowe uzbrojenie na dużych fregatach, Grecy postanowili zwiększyć możliwości swoich znacznie mniejszych okrętów.

Czytaj też: Wojskowi cofnęli się o wieki, aby znaleźć rozwiązanie dzisiejszego problemu

Najciekawszy jest tutaj SPIKE NLOS, którego deklarowany zasięg sięga 32 kilometrów. Mówimy bowiem o pocisku kierowanym elektrooptycznie, który dzięki głowicy obserwacyjnej i dwukierunkowemu łączu danych może przekazywać operatorowi obraz z lotu. Ten może z kolei korygować jego trajektorię, zmieniać wskazany cel, a nawet przerwać atak. Co istotne, pocisk jest zdolny do atakowania obiektów znajdujących się poza bezpośrednią linią widzenia wyrzutni, o ile załoga dysponuje odpowiednimi informacjami o ich położeniu. Właśnie dlatego możliwość współpracy z innymi jednostkami rozpoznawczymi jest tutaj równie istotna, jak sam zasięg rakiety.

Mniejszy SPIKE ER2 oferuje z kolei zasięg do 10 kilometrów przy odpalaniu z powierzchni morza i waży około 34 kilogramów. Nie możemy więc uznać, że każda jednostka z takim uzbrojeniem będzie automatycznie bezpieczna przed artylerią przeciwnika, ale taki pocisk daje niewielkim łodziom możliwość wykonywania precyzyjnych ataków na cele nawodne i przybrzeżne. Ma to szczególne znaczenie w rejonie Morza Egejskiego, gdzie obecność licznych wysp, zatok i wąskich przejść sprzyja działaniom rozproszonych jednostek.

Jednocześnie nie przesadzałbym z określaniem tych rakiet mianem jakichś potężnych niszczycieli fregat. Pociski SPIKE powstały jako uzbrojenie wielozadaniowe, a ich głowice bojowe i możliwości niszczenia dużych okrętów są ograniczone w porównaniu z typowymi ciężkimi pociskami przeciwokrętowymi. Do tego dochodzi kwestia przeciwdziałania elektronicznego, obrony przeciwlotniczej oraz samego wykrywania celów. Innymi słowy, niewielka kanonierka z ośmioma pociskami SPIKE NLOS staje się znacznie groźniejsza, ale nie oznacza to, że nagle może bez większego ryzyka mierzyć się z nowoczesną fregatą.

Fregata Bouboulina poszła na dno przez torpedę starszej generacji

Najbardziej widowiskowa część ćwiczeń przyszła po przeprowadzeniu strzelań rakietowych. Fregata Bouboulina, która służyła jako cel dla pocisków kierowanych, została ostatecznie zatopiona przez ciężką torpedę SUT wystrzeloną z okrętu podwodnego. Ta torpeda jest konstrukcją znacznie starszą, bo wywodzącą się jeszcze z lat 70. ubiegłego wieku. Grecy kupowali SUT już na początku lat 80. i choć takie uzbrojenie nie dorównuje możliwościami współczesnym ciężkim torpedom, to pozostaje śmiertelnie niebezpieczne dla jednostek nawodnych. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na środowisko, w którym dochodzi do eksplozji.

Czytaj też: Niczym Starlink dla wojska. USA budują setki satelitów, które mają śledzić pociski

Pociski przeciwokrętowe zwykle uderzają w nadwodną część kadłuba i niszczą znajdujące się tam przedziały, wyposażenie oraz systemy uzbrojenia. Torpeda z kolei atakuje pod powierzchnią wody, gdzie fala uderzeniowa może doprowadzić do poważnych uszkodzeń konstrukcji i gwałtownego zalewania przedziałów. O szczególnych trudnościach związanych z obroną przed torpedami pisałem już wcześniej, a temat ten powrócił przy okazji chińskiego lotniskowca Fujian i jego systemów antytorpedowych.

Znacznie ciekawsze jest jednak to, że Grecja równolegle wprowadza do służby nowocześniejsze torpedy DM2A4 SeaHake Mod 4. Już w czerwcu 2025 roku przeprowadziła pierwsze próbne odpalenie tego uzbrojenia z okrętu podwodnego Pipinos typu 214. Te nowe torpedy wykorzystują cyfrowe systemy naprowadzania, łączność światłowodową i zaawansowane rozwiązania przeciwdziałające zakłóceniom. W porównaniu ze starymi SUT mają więc zapewniać przede wszystkim większy zasięg i skuteczniejsze naprowadzanie w trudnych warunkach.

Grecy pokazali skuteczność uzbrojenia, ale niekoniecznie jego przewagę w prawdziwej walce

Samo zatopienie fregaty to nie żaden wielki dowód na bezwzględną skuteczność nowego greckiego uzbrojenia. Fregata była wycofana ze służby od trzynastu lat, nie prowadziła aktywnej obrony i nie miała załogi próbującej ratować okręt przed zatonięciem. Nie znamy też dokładnych warunków strzelań, odległości od celów czy zakresu uszkodzeń spowodowanych poszczególnymi rakietami. Samo trafienie nieruchomego lub przewidywalnie poruszającego się celu nie jest przecież tym samym, co skuteczny atak na przeciwnika, który aktywnie próbuje zakłócić naprowadzanie i zniszczyć nadlatujące pociski.

Grecka marynarka potwierdziła jednak, że nowe wyrzutnie i pociski mogą zostać wykorzystane podczas rzeczywistych strzelań. Przećwiczyła przy tym współpracę jednostek nawodnych, okrętów podwodnych oraz lotnictwa, a udział dwóch izraelskich okrętów rakietowych dodatkowo pozwolił sprawdzić współdziałanie obu flot. Nie oznacza to jeszcze automatycznie pełnej gotowości operacyjnej wszystkich nowych systemów, ale stanowi ważny krok w ich wdrażaniu.

Czytaj też: Ta sama rakieta na każdy cel? Firma Anduril chce po prostu wymieniać jej pierwszy stopień

Osobiście uważam, że widok tonącej fregaty jest tutaj znacznie mniej interesujący od samego sposobu modernizowania greckiej floty. Z jednej strony mamy bowiem coraz mniejsze okręty wyposażane w precyzyjne pociski kierowane, a z drugiej nowoczesne jednostki podwodne, które nadal potrafią wykorzystywać uzbrojenie opracowane kilkadziesiąt lat temu. Nie oznacza to jednak, że wielkie fregaty i niszczyciele przestają być potrzebne. Wręcz przeciwnie, bo właśnie one mogą zapewniać mniejszym jednostkom rozpoznanie, osłonę przeciwlotniczą i wsparcie podczas działań na większą skalę. Grecy pokazali więc, że przyszłość wojny morskiej może polegać bardziej na sprawnym współdziałaniu wielu różnych jednostek niż na powierzaniu wszystkich zadań kilku potężnym okrętom.

Źródła: Grecka Marynarka Wojenna

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy, książki Powrót do Korzeni oraz gry wideo DIGSITE ZERO.