Wróciłem do dzieciństwa i nie chcę wracać. Recenzja Nintendo Switch Sports Resort

Wii Sports to jedna z tych gier, które na zawsze zmieniły moje postrzeganie tego, czym właściwie może być konsola. Wystarczyło wziąć do ręki Wiilota, stanąć przed telewizorem i nagle salon zamieniał się w kort tenisowy, kręgielnię albo ring bokserski — choć nostalgia i dziecięca wyobraźnia pewnie też zrobiły swoje. Za dzieciaka absolutnie kupiły mnie te przyjemne i niezobowiązujące minigierki — bez skomplikowanych samouczków, dziesiątek przycisków do zapamiętania i konieczności spędzania wcześniej setek godzin z kontrolerem w dłoniach. W kultowe kręgle na Wii mogłem przecież grać nawet z rodzicami. Późniejsze Wii Sports Resort tylko umocniło moją miłość do tej serii, a Nintendo Switch Sports udowodniło, że nawet po latach ten pomysł potrafi działać znakomicie.
Wróciłem do dzieciństwa i nie chcę wracać. Recenzja Nintendo Switch Sports Resort

Dlatego Nintendo Switch Sports Resort było jedną z tych premier na Switcha 2, na które czekałem wyjątkowo — choć nie jest to ani wielka, ani szlagierowa produkcja Nintendo. A jednak powrót na Wuhu Island, większa liczba dyscyplin, nowe możliwości Joy-Conów 2 i wreszcie więcej powodów, żeby grać również w pojedynkę brzmiały jak idealna recepta na ponure wieczory. Nintendo miało naprawdę sporo miejsca na rozwinięcie sprawdzonej formuły. I wiecie co? Jestem zachwycony. Ponownie przepadłem, a najnowsza odsłona przypomniała mi, dlaczego tak bardzo kocham tę serię.

Czytaj też: Nintendo przenosi otwarty świat na swoją strategię. Recenzja Fire Emblem: Fortune’s Weave

Nintendo Switch Sports Resort to dwanaście powodów, żeby ruszyć się z kanapy

Najważniejsza jest oczywiście zawartość. Nintendo Switch Sports Resort oferuje dwanaście dyscyplin, a więc znacznie więcej niż Nintendo Switch Sports w momencie premiery. Na liście znajdziemy tenis, tenis stołowy, kręgle, golf, koszykówkę, siatkówkę, boks, łucznictwo i siłowanie się na kciuki. Do tego dochodzą trzy bardziej rekreacyjne aktywności — jazda na deskorolce, skuterze wodnym oraz latanie samolotem. Jest nawet skakanka, która stanowi dodatkową, niewielką rozgrzewkę przed właściwą zabawą.

Część konkurencji znamy doskonale z poprzednich odsłon i absolutnie mi to nie przeszkadza. Kręgle nadal potrafią wywołać absurdalnie dużo emocji, tenis pozostaje jednym z najbardziej przystępnych sposobów na rozpoczęcie wspólnej zabawy, a golf świetnie łączy spokojniejsze tempo z koniecznością opanowania odpowiedniej techniki. To dyscypliny, które właściwie nie potrzebują rewolucji. Ich zasady są zrozumiałe natychmiast, ale osiąganie coraz lepszych wyników wymaga już odrobiny wprawy.

Świetnie wypadają również dyscypliny wykraczające poza najbardziej oczywisty zestaw tenisa, kręgli czy golfa. Szczególnie podoba mi się łucznictwo, w którym odpowiednie ustawienie kontrolerów i moment wypuszczenia strzały mają ogromne znaczenie. Tenis stołowy wymaga z kolei znacznie bardziej precyzyjnych, wyczutych ruchów niż klasyczny tenis. Jest też siłowanie się na kciuki, czyli dyscyplina brzmiąca jak żart wymyślony podczas bardzo długiego spotkania projektowego w Nintendo. A jednak to pełnoprawna, zaskakująco angażująca minigra, która idealnie pasuje do całości.

Bardzo podoba mi się również to, że poszczególne sporty mają dodatkowe warianty rozgrywki — możemy więc odejść od standardowych zasad i spróbować nieco innych wyzwań. Dzięki temu nawet dobrze znane konkurencje otrzymują dodatkową porcję świeżości, a całość nie sprowadza się do ciągłego powtarzania identycznych meczów.

Czytaj też: Recenzja Orbitals. Niespodziewany bohater Nintendo tego roku!

Joy-Cony 2 przypominają, dlaczego Nintendo robi takie gry najlepiej

Cała seria opiera się na sterowaniu ruchem i Nintendo Switch Sports Resort konsekwentnie rozwija tę filozofię. Joy-Cony 2 wykorzystujemy jako rakiety, pięści, łuk czy elementy sterujące pojazdami. Każda dyscyplina ma swój własny charakter, ale podstawowych zasad można nauczyć się naprawdę błyskawicznie. Początkowo wystarczy po prostu machać kontrolerem, ale z czasem człowiek zaczyna coraz lepiej wyczuwać siłę i kierunek ruchów. I wtedy okazuje się, że nawet zwykłe kręgle potrafią wymagać całkiem niezłej techniki.

Najciekawszym wykorzystaniem nowych kontrolerów jest dla mnie deskorolka. Tutaj Nintendo sięgnęło po tryb myszy znany ze Switcha 2. Przesuwając Joy-Con 2 po powierzchni, odpychamy się i nabieramy prędkości, a kolejne ruchy pozwalają wykonywać sztuczki. To bardzo pomysłowy sposób wykorzystania funkcji, która nie musi przecież ograniczać się tylko do RTS-ów, FPS-ów czy obsługi interfejsu.

Dużym plusem jest również kompatybilność ze starszymi Joy-Conami w większości dyscyplin. Wyjątkiem pozostaje właśnie deskorolka, która wymaga Joy-Cona 2. Przy grze stworzonej przede wszystkim do wspólnego spędzania czasu możliwość wykorzystania kontrolerów z pierwszego Switcha jest naprawdę istotna — sam posiadam tylko dwa Joy-Cony 2, za to pierwszych Joy-Conów mam w domu cztery. Plany na imprezę sylwestrową w tym roku są już więc znane.

Czytaj też: Recenzja Star Fox. Wielki powrót lisa Nintendo… z déjà vu w tle

Wuhu Island. Wakacje, z których nie chce się wracać

Powrót na Wuhu Island ma dla mnie dość szczególne znaczenie. To miejsce doskonale pamiętam z Wii Sports Resort i już samo ponowne zobaczenie charakterystycznej wyspy wywołuje uśmiech. Tropikalne krajobrazy, plaże, rozległe wody i charakterystyczna zabudowa tworzą atmosferę niekończących się wakacji. Nintendo świetnie rozumie, że ta seria potrzebuje odpowiedniego klimatu, a nie wyłącznie zestawu sportowych aren.

Co więcej, Wuhu Island ponownie możemy zwiedzać na kilka różnych sposobów, co bardzo cieszy mnie jako fana oryginalnego Wii Sports Resort. Trzy rekreacyjne dyscypliny — deskorolka, skuter wodny i samolot — pozwalają swobodnie przemieszczać się po wyspie, brać udział w dodatkowych wyzwaniach i odkrywać kolejne interesujące miejsca. W ramach wycieczek krajoznawczych szukamy między innymi punktów fotograficznych, a oprócz tego możemy po prostu ruszyć na spokojną przejażdżkę bez presji rywalizacji.

Bardzo lubię takie rozwiązania. Po serii intensywnych meczów tenisowych czy kolejnych próbach poprawienia wyniku w kręglach możliwość wskoczenia do samolotu i polatania nad wyspą jest świetną odskocznią i kolejnym powodem, żeby jeszcze nie wyłączać gry. Właśnie tego brakowało mi zresztą w Nintendo Switch Sports. Poprzednia odsłona miała sympatyczną atmosferę, ale dopiero Resort przywraca wakacyjny charakter, który z utęsknieniem wspominałem z czasów Wii.

Czytaj też: Recenzja Splatoon Raiders. Największy eksperyment Nintendo Switch 2 okazał się strzałem w dziesiątkę!

Island Crown sprawia, że nawet samotna zabawa ma sens

Jedną z największych nowości jest tryb Island Crown, czyli Korona Wyspy. To propozycja przede wszystkim dla osób, które chcą rozwijać swoje umiejętności w pojedynkę, zamiast ograniczać się do okazjonalnych spotkań ze znajomymi. W dziewięciu dyscyplinach wspinamy się po kolejnych szczeblach rywalizacji, pokonując coraz bardziej wymagających przeciwników i dążąc do zdobycia tytułu mistrza wyspy.

Wśród najtrudniejszych rywali znajdziemy nawet legendarnego Matta, którego doskonale pamiętają weterani Wii Sports. Nintendo potrafi wykorzystać własną historię w sposób, który dla nowych graczy pozostaje zupełnie naturalny, a starszym fanom daje dodatkowy powód do uśmiechu — szanuję bardzo takie rozwiązania.

Island Crown znakomicie uzupełnia podstawową formułę. Można uruchomić grę na kilkanaście minut, rozegrać kilka pojedynków, zdobyć kolejne nagrody i wrócić do innych zajęć. Nie potrzeba do tego znajomych ani organizowania wspólnego wieczoru. Dodatkową motywacją są osiągnięcia oraz rozbudowany system personalizacji postaci — za aktywność zdobywamy punkty Spocco, które wydajemy na stroje, fryzury, akcesoria i inne elementy wyglądu. Sklep regularnie otrzymuje nowe kolekcje, więc nawet kwestie kosmetyczne dają kolejny pretekst do powrotu.

Czytaj też: Recenzja Yoshi and the Mysterious Book. Gra tak słodka, że prawie wszystko jej wybaczyłem

Kanapowy multiplayer to nadal serce całej zabawy

Nie oszukujmy się — Nintendo Switch Sports Resort najpełniej pokazuje swoje możliwości wtedy, gdy przed telewizorem pojawia się więcej niż jedna osoba. Na jednej konsoli może bawić się maksymalnie czterech graczy, choć dokładna liczba uczestników zależy od wybranej dyscypliny. I ponownie otrzymujemy ten charakterystyczny dla Nintendo rodzaj rozgrywki, w której doświadczenie z grami wideo ma drugorzędne znaczenie.

Można zaprosić do zabawy kogoś, kto na co dzień praktycznie nie korzysta z konsoli, a kilka chwil później wspólnie emocjonować się wynikiem meczu w tenisa czy ostatnim rzutem w kręglach. Ta dostępność zawsze była największą siłą Wii Sports i cieszę się, że Nintendo absolutnie jej nie zatraciło.

Nie zabrakło również rozgrywki internetowej. Dostępne są zarówno swobodne mecze, w których nie musimy przejmować się rankingiem, jak i Pro League dla osób nastawionych na poważniejszą rywalizację. Możemy też tworzyć prywatne lobby ze znajomymi. Wymagany jest do tego abonament Nintendo Switch Online, ale bardzo podoba mi się ten podział. Jednego wieczoru mogę pograć kompletnie bez spiny, a drugiego potraktować kolejny mecz tak, jakby od jego wyniku zależało mistrzostwo świata.

Czytaj też: Recenzja Super Mario Bros. Wonder + Meetup in Bellabel Park. Znowu przesadziłem z grzybami i niczego nie żałuję

Nintendo Switch 2 nie musi tu prężyć technologicznych muskułów

Nintendo Switch Sports Resort wygląda tak, jak można byłoby oczekiwać po tej serii — jest kolorowo, przejrzyście i momentami wręcz cukierkowo. Realizmu nikt tutaj nie szuka, a charakterystyczna stylistyka Nintendo sprawdza się doskonale. Postacie Sportsmates, efektowne animacje i pełne życia otoczenie Wuhu Island tworzą spójną całość. Świetnie pasuje do tego również pogodna, wakacyjna oprawa muzyczna.

Nie jest to produkcja, która ma udowadniać wydajność Switcha 2 za pomocą zaawansowanych efektów graficznych. Większe znaczenie mają czytelność rozgrywki, wygoda sterowania i szybkość, z jaką można przechodzić między kolejnymi aktywnościami. Cieszy też obecność polskiej wersji językowej, dzięki której gra pozostaje przystępna również dla młodszych odbiorców.

Trzeba przy tym pamiętać o jednym ograniczeniu technicznym — Nintendo Switch Sports Resort nie obsługuje klasycznego trybu przenośnego z Joy-Conami podłączonymi do konsoli. Zagramy na telewizorze lub w trybie stołowym, korzystając z odłączonych kontrolerów. To oczywiście naturalna konsekwencja postawienia na sterowanie ruchem, ale warto to zaznaczyć.

Czytaj też: Recenzja Pokémon Pokopia. Definicja chillery i utopii

Potrzebowałem teraz takiej gry. Nintendo Switch Sports Resort wprowadziło do jesiennych wieczorów trochę światła

Nie będę ukrywał swojego ogromnego sentymentu do tej serii, bo chyba żadna inna rodzina gier nie potrafi w tak prosty sposób wywoływać u mnie równie dużo radości. Nintendo Switch Sports Resort kontynuuje tę tradycję, ale jednocześnie jest znacznie bogatszym pakietem niż jego poprzedniczka z 2022 roku. Dwanaście dyscyplin, świetnie wykorzystane sterowanie ruchem, powrót na Wuhu Island, dodatkowe aktywności rekreacyjne i sensownie rozwinięta zawartość dla jednego gracza tworzą zestaw, do którego naprawdę chce się wracać. To gra, która sprawdza się zarówno podczas długiego wieczoru ze znajomymi, jak i wtedy, gdy mam ochotę na kilkanaście minut niezobowiązującej rozrywki.

Nintendo nie próbuje tutaj wymyślać sportowych minigier od początku. I moim zdaniem bardzo dobrze. Formuła, którą pokochałem jeszcze na Wii, nadal działa znakomicie, a nowe elementy nadają jej świeżości. Dla mnie Nintendo Switch Sports Resort jest jedną z najbardziej uroczych i zwyczajnie najprzyjemniejszych gier dostępnych na Switchu 2. Nie potrzebuję od niej wielkiej fabuły, fotorealistycznej grafiki ani rewolucyjnych mechanik. Wystarczy Joy-Con w dłoni, trochę miejsca przed telewizorem i nagle znowu jestem tym dzieciakiem, który potrafił godzinami grać w kręgle na Wii. Najwyraźniej z niektórych rzeczy po prostu się nie wyrasta.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor Prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.