Test Lenovo Legion Go 2. Zbyt drogi handheld, który chce być czymś więcej

Czy jakikolwiek handheld gamingowy powinien kosztować około 5000 złotych? Lenovo Legion Go 2 jest takim oto sprzętem, który właśnie przez swoją wysoką cenę zadaje proste pytanie – gdzie leży granica tego, co możemy określić mianem “mobilnej konsolki do gierek”?
...

Pudełko i dołączone wyposażenie

Na całe szczęście firma Lenovo postąpiła prokonsumencko w kwestii wyposażenia, bo w przeciwieństwie do konkurencji, sprzedaje Legion Go 2 od razu z dołączonym etui podróżnym. Nie jest to wprawdzie etui na zamek z rodzaju tych twardszych, jak np. Steam Decka, które gwarantuje stuprocentową ochronę w byle torbie, ale nie jest to też tani dodatek, a coś, co nie tylko dobrze wygląda, ale też jest przyjemne w dotyku… i na dodatek przemyślane. Znajdziemy tam bowiem dedykowane miejsce na dołączoną w zestawie zarówno gumową osłonkę, jak i “konwerter pada na mysz”.

Czytaj też: ROG Ally X w akcji. Sprawdziłem, czy granie na pecetowym handheldzie ma sens

Oczywiście w tej cenie inna decyzja co do etui byłaby wręcz rozbojem w biały dzień, ale i tak producent przyoszczędził sobie na 65-watowej ładowarce. Wprawdzie nie mam jej nic do zarzucenia w kwestii wykonania czy długości przewodu, ale Legion 2 Go jest w stanie przyjmować nie tylko 65 watów mocy, ale aż sto ze względu na obecność portu USB4. Innymi słowy, jeśli zależy wam na szybkości ładowania (zwłaszcza przy graniu podczas ładowania) i nie patrzycie na trwałość akumulatora (szybkie ładowanie doprowadza do szybszej degradacji ogniw), to o dołączonej ładowarce/zasilaczu możecie zapomnieć i sięgnąć po coś mocniejszego.

Jakość wykonania i projekt Lenovo Legion Go 2

Lenovo Legion Go 2 jest naturalnym następcą poprzednika i tak właśnie potraktował go producent. Nie jako wielki skok, istną rewolucję, a bardziej sensowną ewolucję. Tak, wiem – cena tego nie sugeruje, ale trzeba jednocześnie stwierdzić jasno, że Legion Go 2 rzeczywiście jest produktem ot dojrzalszym i lepiej przemyślanym w porównaniu do pierwszej generacji. Wygląda to zresztą tak, że przy pierwszym Legion Go firma Lenovo postanowiła przekonywać graczy imponującymi liczbami (zwłaszcza rozdzielczością), a w tej drugiej na szczęście posłuchała głosu rozsądku i m.in. porzuciła pomysł przesadzonej rozdzielczości w tak niewielkim ekranie. 

Jednocześnie Legion Go 2 ma wszystkie zalety poprzednika, które (co tu dużo mówić) wyróżniają go na tle konkurencji i to w stopniu, w którym nie jest to już tylko byle handheld, a coś znacznie bardziej wszechstronnego. Sprowadza się to głównie do obecności odpinanych “joyconowych padów z opcją trybu myszki” oraz solidnej “podpórki” na tyle. Dzięki nim możemy potraktować Legion Go 2 jak mobilny komputer AIO z akumulatorem, czy też ot wygodny sprzęt do grania, którego po prostu stawiamy na blacie, bo pada mamy akurat ciągle pod ręką.

Tę wszechstronność wspiera przede wszystkim bogaty zestaw portów, jak na handhelda, bo oprócz czytnika kart microSD o pojemności do 2 TB otrzymujemy nie jeden, a aż dwa USB4, czyli porty o 40 Gb/s transferze, które na dodatek wspierają tryb DisplayPort 2.0 oraz Power Delivery 3.0. Monitor albo zewnętrzny HUB przy jednoczesnym ładowaniu pełną mocą przestaje być problemem, bo to właśnie gwarantują dwa USB4. Dochodzi do tego zestaw dwóch zintegrowanych głośników 2-watowych z technologią Nahimic Audio oraz łączność bezprzewodowa, obejmująca Bluetooth 5.3 oraz Wi-Fi 6E (2x2AX).

Odpinane kontrolery Legion Go 2, czyli lencony

Sama forma odpinanych kontrolerów nie jest idealna. Zamiast magnesów mamy ot “zapadkę” i prosty, fizyczny mechanizm blokujący. Oznacza to tyle, że proces zdejmowania obu kontrolerów wymaga wciśnięcia pewnej formy przycisku/spustu i pociągnięcia ich w dół, a następnie “wyrwania” w bok. Samo zakładanie następuje odwrotnie, ale bez konieczności wduszania wspomnianej formy zapadki. Nie musimy jednak martwić się o uszkodzenie tego mechanizmu, bo obie strony są nie plastikowe a metalowe (pomijając chowaną zapadkę). Fabryczne połączenie jest zresztą tak pewne, że w pierwszym momencie nawet nie poczujecie, że kontrolery są w ogóle zdejmowane, ale trudno stwierdzić, jak sprzęt zachowa się w ciągłej eksploatacji przez wiele lat.

Czytaj też: Test Gigabyte AI TOP ATOM. Jak NVIDIA DGX Spark zapewnia lokalne SI na biurku?

Jeśli z kolei idzie o zaawansowanie kontrolerów, to… jest bardzo dobrze, ale tylko wtedy, kiedy zaakceptujecie to, że nie zostały one zaprojektowane z myślą o minimalizmie, a wszechstronności. Efekt? Poza standardowym “xbox’owym stylu kontrolera”, dostajemy aż sześć dodatkowych przycisków, z czego cztery przypadają na ten prawy kontroler, który doczekał się też rolki oraz sensora myszki na spodzie. Jego aktywacja jest przeprowadzana prostym przełącznikiem on/off. Innymi słowy, jest tego tyle, że musimy długo przyzwyczajać się do tak wielu dodatkowych elementów, żeby omijać je podczas co bardziej intensywnej rozgrywki i nie rozpraszać się przypadkowymi kliknięciami.

Obecność portu USB-C w obu kontrolerach Legion Go 2 nie jest przypadkowa. Lenovo od początku zaprojektowało je jako w pełni niezależne urządzenia dla tego handhelda, a nie pasywne joy-cony działające wyłącznie po podpięciu do konsoli. Każdy kontroler ma własny akumulator, własne oprogramowanie i własny system zasilania (w tym akumulator). Dzięki temu można je ładować niezależnie od samego Legion Go 2 i to bez konieczności wpinania ich z powrotem do obudowy, co ma akurat znaczenie przy graniu w trybie tabletop, po podłączeniu sprzętu do monitora lub po prostu wtedy, gdy konsola leży w etui. Nie martwcie się jednak ich wytrzymałością na jednym ładowaniu, bo z podświetleniem oraz wibracjami nawet godzinne granie nie wyczerpuje ich bardziej niż do 98%, co jest wręcz fenomenalnym wynikiem.

Drugi powód jest równie praktyczny, choć mniej oczywisty na pierwszy rzut oka. USB-C w kontrolerach służy nie tylko do ładowania, ale też do aktualizacji firmware’u i odzyskiwania połączenia, jeśli coś pójdzie nie tak po stronie połączenia bezprzewodowego (nie jest to Bluetooth, a najpewniej połączenie radiowe) lub sterowników Windowsa. To podejście typowe raczej dla sprzętu PC niż klasycznych konsol i dobrze oddaje filozofię Legion Go 2 jako modularnego komputera do grania. Dodatkowo w przypadku prawego modułu port USB-C umożliwia komfortowe korzystanie z trybu FPS bez obaw o rozładowanie akumulatora w trakcie dłuższej sesji.

Ogólne wrażenia z “fizyczności Legion Go 2” można opisać dwojako, bo w samym wykonaniu trudno doczepić się do czegokolwiek… poza gabarytami, które jednak nie są wadą, a ot cechą. Zaokrąglone krawędzie, wysokiej jakości twarde i matowe tworzywo sztuczne, gałki wykorzystujące efekt Halla oraz przyciski (ot poziom dobrego pada, a nie czegoś elitarnego), to coś, co stanowi podstawę tego sprzętu. Podejście do unikalnych cech, a więc rozkładanej podkładki opartej o fenomenalny zawias czy wspomnianych “lenconów” dodatkowo potwierdza, że nie jest to byle “tania chińszczyzna”. Solidność z tego sprzętu bije wręcz w każdym szczególe.

Czytaj też: Test MSI Crosshair 17 HX AI D2XWGKG-006XPL. Kupujesz nowego lapka i zarabiasz. Zainteresowany?

Jest to jednak okupione gabarytami, obok których nie da się przejść obojętnie. Podstawa Legion Go 2 mierzy bowiem 206 x 136 x 22,9 mm, oba kontrolery powiększają bryłę do 295 x 136 x 42 mm, a waga rzędu 0,92 kg jednoznacznie wskazuje, że nie jest to sprzęt, który nadaje priorytet graniu mobilnemu. Nieważne, czy wyciskacie na klatę dwie stówy, czy talerz kojarzy wam się tylko z kuchnią – ta waga utrzymywana w dłoniach daje o sobie się we znaki już po kilkunastu minutach.

Wchodzi do baru Lenovo Go 2 i Steam Deck, ale nie Switch 2… bo nie ma OLED-a

Największe ulepszenie Legion Go 2 od poprzednika widać od razu i to nawet jeśli ktoś w ogóle nie interesuje się parametrami. Lenovo przeszło na 8,8-calowy panel OLED (PureSight), z odświeżaniem do 144 Hz i VRR w szerokim zakresie, bo rzędu 30-144 Hz, a do tego z certyfikacją HDR TrueBlack 1000, podczas gdy typowa jasność wynosi 500 nitów. To ten typ ekranu, który naprawdę zmienia odbiór gier i to nie tylko przez kontrast czy czerń, ale też przez to, jak wygląda zmienna płynność w handheldzie, którego trzymamy ekran blisko twarzy i przez to łatwiej wyłapujemy mikroszarpnięcia. Pamiętajcie tylko, żeby aktywować w systemie Windows tryb HDR, bo inaczej… no cóż, z HDR nie skorzystacie. Jeśli z kolei interesujecie się wpływem VRR na granie, to więcej szczegółów na ten temat znajdziecie tutaj.

Ważny jest też ruch Lenovo z rozdzielczością. Zamiast pchać 1600p za wszelką cenę, jak to było w poprzedniku, producent postawił na WUXGA 1920 x 1200 (nieco większe typowe Full HD), czyli bardziej sensowny kompromis dla mobilnego APU, a to tym bardziej że przy 8,8 cala obraz o takiej rozdzielczości i tak pozostaje ostry, a sprzęt nie musi generować znacznie większej liczby pikseli. Przykładowo, 23-calowy monitor Full HD ma około 96 pikseli na cal, a Lenovo Legion Go 2 już 257 pikseli na cal. Sam rozmiar rzędu 8,8 cala ponownie ma dwa oblicza, bo z jednej strony przekłada się bezpośrednio na wielkość sprzętu, a z drugiej uprzyjemnia granie, co ma szczególne znaczenie zwłaszcza w przypadku gier strategicznych i turowych, gdzie interfejs jest najczęściej rozbudowany i pełen drobnego druczku, którego na kilku calach trudniej jest rozczytać.

Co ma do zaoferowania Lenovo Legion Go 2?

Sercem Lenovo Legion Go 2 jest procesor AMD Ryzen Z2 Extreme, czyli układ zaprojektowany od podstaw z myślą o handheldach, ale oparty na pełnoprawnej architekturze Zen 5. Do dyspozycji mamy 8 rdzeni i 16 wątków, które zapewniają nie tylko wysoką wydajność jednowątkową w grach, ale też bardzo dobrą responsywność w programach użytkowych pokroju silnika Unity czy nawet Unreal Engine. W parze z CPU pracuje zintegrowana grafika Radeon 890M oparta na RDNA 3.5, czyli aktualnie jeden z najszybszych procesorów graficznych dostępnych w urządzeniach mobilnych. Taki zestaw został wyraźnie zoptymalizowany pod granie w natywnej rozdzielczości 1200p, co dobrze wpisuje się w specyfikę 8,8-calowego ekranu i pozwala uniknąć kompromisów w jakości obrazu, które były konieczne w starszych generacjach handheldów tego typu.

Istotnym elementem całej układanki jest też wsparcie po stronie oprogramowania. Lenovo Legion Go 2 korzysta z pakietu AMD HYPR-RX, który jednym kliknięciem aktywuje zestaw technologii poprawiających płynność i responsywność, takich jak FSR (rekonstrukcja obrazu) czy AFMF (generowanie klatek na poziomie sterownika). W praktyce oznacza to, że nawet bardziej wymagające gry mogą działać wyraźnie płynniej bez ręcznego grzebania w ustawieniach, a użytkownik ma kontrolę nad balansem między jakością obrazu a liczbą klatek na sekundę.

Na uwagę zasługuje również podsystem pamięci, bo Legion Go 2 został wyposażony w 32 GB pamięci LPDDR5X o taktowaniu 8000 MT/s. To nie tylko duży zapas na przyszłość, ale też korzyść dla zintegrowanej grafiki, która bezpośrednio korzysta z przepustowości RAM-u. Dzięki temu iGPU Radeon 890M nie jest sztucznie ograniczane przez wąskie gardło pamięci, a to przekłada się na stabilniejsze FPS-y i mniejsze spadki wydajności w dynamicznych scenach. Dane trafiają z kolei na 1-terabajtowy dysk SSD PCIe 4.0 w formacie 2242, który można wymienić na pełnowymiarowy nośnik 2280, co w świecie handheldów nadal jest rzadkością i mocnym atutem z perspektywy długoterminowego użytkowania.

1-terabajtowy dysk pozwala na zmieszczenie wielu nawet dużych gier

Całość spina zaskakująco dopracowany aktywny układ chłodzenia, który zasysa chłodne powietrze od tylnej strony urządzenia i wypycha je górną krawędzią, czyli z dala od dłoni użytkownika. Przy niskim obciążeniu system ten pracuje bardzo cicho, nie generując irytującego szumu nawet przy dłuższych sesjach, a jednocześnie skutecznie utrzymuje stabilne parametry pracy obu procesorów. Naturalnie bardziej wymagające gry i manualne ustawienie wentylatora ponad “tryb inteligentny” powodują już bardzo głośny szum (subiektywnie oceniając, nie jest to poziom gamingowego laptopa), więc przygotujcie się, że przy dłuższych sesjach warto będzie sięgnąć po słuchawki z dobrym wygłuszeniem.

Dopełnieniem całości jest czytnik linii papilarnych, który może wydawać się drobiazgiem, ale w praktyce znacząco ułatwia szybkie logowanie do Windowsa i wzmacnia pecetowy charakter Legion Go 2 jako pełnoprawnego, mobilnego komputera do grania.

Wydajność Lenovo Legion Go 2

Na tę chwilę Lenovo Legion Go 2 zalicza się do czołówki handheldów na rynku, jeśli idzie o wydajność w sektorze modeli o sensownych gabarytach i klasie mocy. Czy jednak AMD Ryzen Z2 Extreme i 32 GB pamięci LPDDR5X-8000 to wystarczające połączenie, aby w rozdzielczości Full HD bardziej skomplikowane graficznie gry działały bez zarzutu? Oczywiście mówimy tutaj najczęściej o grach “wspomaganych” skalowaniem oraz generowaniem klatek, bo te funkcje są już koniecznością nawet w pełnowymiarowych pecetach.

Zanim przejdziecie do szczegółów, zapoznajcie się z wyjaśnieniem konkretnych pojęć..

  • P1 (1. percentyl FPS) – wartość FPS, poniżej której znajduje się najgorsze 1% pomiaru. Mówi wprost, jak nisko potrafi spaść płynność w najbardziej wymagających momentach.
  • 1% low avg (średnia z najgorszego 1%) – średnia liczona z fragmentów testu należących do najgorszego 1% pod względem płynności (zwykle na podstawie frametime, potem przeliczana na FPS). To wskaźnik bardziej drobiazgowy niż P1, bo pokazuje nie tylko próg spadku, ale też to, czy spadki trwają na tyle długo, że psują odczucie z gry.
  • Stuttering (% czasu) – procent czasu testu, w którym narzędzie CapFrameX wykryło nierówną animację wynikającą ze skoków frametime, czyli krótkich mikroprzycięć. Nawet przy sensownej średniej liczbie FPS wysoki stuttering potrafi sprawić, że obraz odbiera się jako “szarpany”.

Na samym początku przyjrzyjmy się temu, jak Legion Go 2 radzi sobie w grze Cyberpunk 2077 na ustawieniach średnich z aktywnym generowaniem klatek (FSR 3.1) oraz skalowaniem w trybie zrównoważonym. Podczas pracy z podpiętą ładowarką różnice między profilami zasilania są bardzo czytelne: w trybie cichym średnia zatrzymuje się na 40,9 FPS, a wykres pokazuje częste, głębokie spadki, skąd bierze się wysokie opóźnienie 115 ms i aż 8,2% czasu z przycięciami. Przełączenie na tryb równowagi od razu podbija wynik do 60,5 FPS i obniża opóźnienie do 78 ms, przy czym stuttering spada do 7% i znika kategoria “Low FPS” w ogólnym podsumowaniu.

Najwyżej wypadają profile nastawione na moc: tryb wydajność osiąga 67,8 FPS przy bardzo małym udziale przycięć rzędu 3,3% i 69 ms opóźnienia, a profil własny idzie jeszcze dalej ze średnią 73,3 FPS i 66 ms, choć wciąż dochodzi do sporadycznych skoków frametime, które mocno zaniżają wynik 1% i 0,1% low. W praktyce oznacza to, że na zasilaniu Legion Go 2 bez problemu utrzymuje bardzo grywalny poziom w okolicach 60-70 FPS z FG, ale Cyberpunk nadal potrafi “ukłuć” nagłym dołkiem niezależnie od trybu.

Z ciekawości sprawdziłem też, czy po odpięciu ładowarki cokolwiek się zmieni, kiedy sprzęt będzie zmuszony pracować wyłącznie na swoim akumulatorze. Tutaj Legion Go 2 potrafi zaskoczyć, bo zachowanie profili jest wyraźnie inne niż na zasilaniu: tryb cichy i zrównoważony lądują praktycznie w tym samym miejscu (odpowiednio 43,2 i 44,1 FPS średnio, z P95 na poziomie 54,1 i 53,2 FPS), co wygląda jak celowe “docięcie” limitów mocy pod pracę mobilną, a nie różnica wynikająca z samego obciążenia. Tryb wydajności na akumulatorze nadal daje wyraźny krok do przodu (52,7 FPS średnio, P95 65 FPS), ale wciąż jest to zauważalnie mniej niż po podpięciu zasilania, a opóźnienie rośnie do 92 ms.

Najciekawiej wypada tryb własny, bo jako jedyny utrzymuje praktycznie pełną wydajność także bez ładowarki (73,9 FPS średnio i P95 87,5 FPS przy 73 ms), czyli niemal identycznie jak wcześniej, jakby ten profil miał po prostu najwyższy sufit energetyczny niezależnie od źródła zasilania. W praktyce oznacza to, że na akumulatorze da się grać komfortowo w okolicach 45-53 FPS z FG nawet na oszczędniejszych ustawieniach, ale jeśli zależy ci na “pełnym ogniu”, to wymaga to ręcznie ustawionego profilu i pogodzenia się z tym, że taki scenariusz będzie szybciej drenował akumulator.

W Battlefield 6, przy Full HD, niskich ustawieniach, skalowaniu FSR w trybie “równowaga” i z włączonym AMD FSR Frame Generation, Legion Go 2 bez problemu dobija do wysokich wartości klatek – średnia to 75,8 FPS, a P95 sięga 97,1 FPS, więc w typowym fragmencie rozgrywki jest szybko i responsywnie. Jednocześnie wykres pokazuje krótkie, wyraźne “szpilki” w dół, co potwierdzają słabsze ogony w statystykach (P1: 41,1 FPS, 1% low avg: 32,6 FPS, 0,1% low avg: 15,4 FPS), ale ważne jest to, że realnego “rwącego” stutteru praktycznie tu nie uświadczycie.

Doom: The Dark Ages to z kolei przykład wyniku, który bardziej przypomina blokadę na stałym poziomie niż walkę o każdy FPS. W trybie wydajności na akumulatorze, przy Full HD, presecie “Urządzenie przenośne” oraz FSR 3.1 + FSR 4 (zbalansowany) z generowaniem klatek, średnia wynosi 61,9 FPS, a P1 trzyma 51,9 FPS, więc całość ma bardzo równe tempo. Co istotne, stuttering jest tu w zasadzie pomijalny (0,14 s w całym przebiegu), a wykres przez większość czasu trzyma się wokół linii średniej.

Fallout 4 na tym tle wypada najbardziej “kapryśnie”. Z jednej strony średnia 61,2 FPS przy Full HD i wysokim presecie w trybie wydajności na akumulatorze wygląda świetnie, a P95 aż 111,5 FPS sugeruje spory zapas w lżejszych momentach. Z drugiej strony okazjonalne spadki są znaczne (1% low avg: 11,6 FPS, 0.1% low avg: 1,8 FPS) i widać pojedyncze, ekstremalne spadki do niemal zera, które najpewniej odpowiadają doczytywaniu lub innym “przerwom” pracy silnika. To jest dokładnie ten typ gry, w której warto rozważyć limit FPS, bo inaczej nominalnie wysoka średnia nie oddaje w pełni tego, co czuć w rękach, gdy pojawiają się przycięcia, bo stuttering wynosi tutaj aż 3,6% czasu.

Indiana Jones i Wielki Krąg pokazuje przeciwne podejście: nie ma tu pogoń za bardzo wysoką średnią, ale jest za to równość. Przy Full HD, presecie niskim oraz generowaniu klatek i skalowaniu FSR w trybie “równowaga” średnia to 59.1 FPS, a niskie percentyle trzymają się blisko (P1: 46.4 FPS, 0.1% low avg: 40.6 FPS) i to bez zarejestrowanego stutteringu. Przekłada się to na stabilne odczucie płynności i to nawet jeśli wykres miejscami schodzi w okolice niskich 50 FPS.

Kingdom Come: Deliverance 2 w mieście Kuttenberg jest natomiast typowym testem “ciężkiej” lokacji CPU. Średnia 42,1 FPS przy Full HD, średnim presecie i FSR 3.1 (zrównoważony) nie robi wrażenia na papierze, ale ważne jest, że przebieg jest dość spójny i bez wyraźnych przycięć (stuttering praktycznie zerowy). P1 na poziomie 31,6 FPS i 1% low avg rzędu 29,2 FPS potwierdzają, że w najtrudniejszych momentach gra potrafi zejść poniżej komfortowego progu, ale robi to bez specjalnie dramatycznych “zacięć”, więc to raczej kwestia docelowego limitu i oczekiwań niż problemów z samą stabilnością.

Spider-Man Remastered, przy Full HD, wysokim presecie oraz FSR 3 z FSR 3 Frame Generation, ląduje w środku stawki: średnia 64,1 FPS i P95 80,9 FPS dają dużo zapasu w spokojniejszych fragmentach, ale jednocześnie spadki są zauważalne (1% low avg: 27,6 FPS, 0.1% low avg: 14,7 FPS), a do tego pojawia się trochę stutteringu (1% czasu). Oznacza okazjonalne przycięcia podczas szybkiego przemieszczania się i doczytywania, mimo że “na oko” większość gry będzie sprawiała wrażenie płynnej.

Najmocniej ostrzegawczy wykres pochodzi z Borderlandsa 4, bo nawet przy najniższych możliwych ustawieniach, ultrawydajnym skalowaniu i generowaniu klatek średnia 57 klatek na sekundę brzmi rozsądnie, ale wykres mówi sam za siebie – pojedyncze skoki liczone w setkach, a nawet tysiącach milisekund to katastrofa. Widać to w metrykach stabilności (P1: 25,2 FPS, 1% low avg: 16,7 FPS, stuttering: 2,9% czasu, low FPS: 1,3% czasu), co oznacza tyle, że teoretycznie “jest FPS”, ale równy rytm klatek jest kompletnie rozsypany.

Wisienką na torcie niech będzie wynik w fenomenalnej grze polskiego studia o tytule Cronos: The New Dawn, który porównałem z tym, co pokazywał sobą ROG Xbox Ally X. W identycznych ustawieniach testowych (Full HD, bardzo niskie, generowanie klatek i FSR 4 w trybie zrównoważonym) ROG w trybie Turbo na zasilaniu trzyma średnio 73,7 FPS, z bardzo sensownym dołem (P1 59,8 FPS i P0,1 49,5 FPS) oraz praktycznie zerowym stutteringiem.

Legion Go 2 potrafi jednak wejść poziom wyżej, jeśli pozwoli mu się rozwinąć skrzydła w trybie własnym – tutaj średnia rośnie do 95,6 FPS, a P95 dobija do 109,5 FPS, przy jednocześnie wyraźnie mocniejszym P1 na poziomie 76,6 FPS i bez widocznych przycięć w przebiegu. Co ciekawe, w bardziej zachowawczym trybie wydajności Legion wraca do okolic wyniku ROG-a (75,3 FPS średnio), ale pojawia się już trochę drobnych przycięć (1,3% czasu) i bardzo słabe 0,1% low, więc w tej konkretnej grze to właśnie ręcznie ustawiony profil robi największą, najbardziej odczuwalną różnicę w płynności.

Czas pracy Lenovo Legion Go 2 na jednym ładowaniu

Lenovo Legion Go 2 został wyposażony w akumulator o pojemności 74 Wh i technologię Super Rapid Charge. Jak ten zapas energii zachowuje się w codziennym użytkowaniu? Wychodzę z prostego założenia: jeśli ktoś kupuje handheld z 8,8-calowym OLED-em 144 Hz za 5000 zł, to nie po to, żeby z niego robić urządzenie działające “na pół gwizdka”. Dlatego weryfikowałem czas pracy w scenariuszu, który faktycznie oddaje sens posiadania takiego sprzętu, czyli po ustawieniu maksymalnego poziomu odświeżania oraz jasności rzędu 80-100%, zamiast bawić się w sztuczne ograniczenia, aby wycisnąć możliwie najwięcej godzin z jednego ładowania.

Najlepszym przykładem jest tu Silksong, bo to gra wystarczająco lekka, by utrzymać bardzo wysoką płynność, a jednocześnie na tyle stabilna, że dobrze pokazuje wpływ profili zasilania. Przy 80% jasności ekranu, 144 Hz i trybie wydajności zużycie energii było brutalnie przewidywalne, bo około 30 minut grania przekłada się na spadek o jakieś 20%, przy stałych 144 FPS, co daje około 2,5 godziny zabawy na jednym ładowaniu. Co ciekawe, w trybie równowagi wynik był praktycznie identyczny (wzrost do około 32 minut), ale z tą różnicą, że zdarzały się okazjonalne spadki w okolice 120 FPS, a to akurat potwierdza, że to ekran zjada sporą część energii. Dopiero przejście na tryb cisza/oszczędny wydłużyło czas spadku o 20% do około godziny, co daje solidne 5 godzin grania, ale kosztem tego, co w takim handheldzie jest fundamentem wrażeń, bo średnia płynność spadała wtedy do 60-90 FPS, więc da się wtedy wyczuć regularne szarpanie obrazu.

Najwięcej energii wymaga naturalnie w pełni odblokowany tryb własny, który oferuje najwyższy poziom wydajności obliczeniowej. Dorzucając do tego aktywny HDR oraz 100-procentową jasność, granie w coś pokroju Indiana Jones i Wielki Krąg drenuje akumulator w niebywałym tempie rzędu 50% na około 35 minut grania. Dla porównania, ten sam czas grania przy ustawieniu “wydajność” obniża poziom naładowania o 30%. Pozytywnie zaskakuje z kolei rozładowywanie się sprzętu po uśpieniu, bo zostawiając Silksonga w tle, po pięciu godzinach z akumulatora “zniknęło” tylko 2%. Po uśpieniu Legiona Go 2 z Borderlandsem 4, siedmiogodzinny spadek wyniósł z kolei 4%, więc jest w tej kwestii bardzo, ale to bardzo dobrze.

Ładowanie wypada z kolei bardzo dobrze, choć z pewnym “ale”. Startując o 14:30 z mocą sięgającą 96,5 W, Legion Go 2 podniósł poziom z 7% do 25% w 10 minut, a po 30 minutach był już na 60%. Później jednak moc ładowania zaczęła spadać z okolic 96 W do około 60 W, co przełożyło się na typową krzywą ładowania znaną z elektroniki mobilnej: po 40 minutach było 70%, po 50 minutach około 82%, a dobicie do 100% zajęło łącznie około 70 minut. Co ciekawe, kiedy sprzęt był włączony, pobór potrafił wtedy skoczyć do okolic 90 W, co sugeruje, że ograniczenia wynikają głównie ze specyfiki akumulatora i jego bezpiecznej krzywej ładowania, a nie z samego systemu zasilania. Innymi słowy, Legion Go 2 potrafi przyjąć pełne 100 W nie tylko przy niskim poziomie naładowania akumulatora, więc ładowarka w zestawie mogłaby być mocniejsza, ale nie tylko po to, by ładować szybciej do 100%, tylko żeby mieć większy zapas mocy przy graniu i ładowaniu jednocześnie oraz w scenariuszach, gdzie urządzenie konsumuje energię na bieżąco

Codzienność z Lenovo Legion Go 2

Oceniając stricte wrażenia z Lenovo Legion Go 2, trzeba skupić się przede wszystkim na tym, co wyróżnia ten sprzęt na tle konkurencji. Z jednej strony jego wielki, bo 8,8-calowy ekran o rozdzielczości 1920×1200 pozwala bezproblemowo odnaleźć się nawet w grach zorientowanych bardziej na interfejs użytkownika, ale z drugiej te gabaryty (zwłaszcza waga) są na tyle duże, że nie jest to sprzęt aż tak mobilny, jak powinien być handheld. Tę nieprzystępność zwiększa również zatrzęsienie dodatkowych przycisków na obu kontrolerach, bo choć jest to kwestią przyzwyczajenia, to mniej zaawansowani gracze będą co rusz się dekoncentrować, wciskając mimowolnie właśnie te dodatkowe przyciski.

Nie przekonuje mnie też zarówno tryb grania w co bardziej dynamiczne i wymagające gry po odpięciu kontrolerów. Jest to jednak kwestia mojej pamięci mięśniowej, która ciągle płata mi figle, kiedy korzystam z czegoś, co przypomina “przepołowiony kontroler” dla obu dłoni. O ile jest to problematyczne np. w takim Hollow Knight, czy Spider-Manie to w Cywilizacji VII już zupełnie nie, bo leniwe klikanie wybacza znacznie więcej. 

Tego samego nie można jednak powiedzieć o trybie FPS, który w grach działa… ale nie do końca tak, jakbym chciał, bo lewy kontroler (ten “niemyszkowy”) zaczyna wtedy przyjmować kompletnie nieintuicyjny zestaw przypisań, który również wymaga sporo czasu przyzwyczajania się do zupełnie nowego układu i zapamiętywania funkcji każdego przycisku. Gdyby tego było mało, interfejs gry zmienia się na “klawiaturowo-myszkowy”, więc nie możemy liczyć na żadne podpowiedzi z poziomu interfejsu. No cóż, tak to już jest, kiedy w grę wchodzi zupełna nowość, a nie kolejny wariant ugruntowanego już pomysłu, z którym wszyscy są zaznajomieni.

Z drugiej strony Legion Go 2 udowodnił mi, że może być moim “nowym gamingowym laptopem” na Windowsie, którego odpalanie nie jest wcale uciążliwe nawet przy blokadzie, a to dzięki czytnikowi linii papilarnych. Po wpięciu go w monitor po USB4 i podłączeniu klawiatury oraz myszki, mogłem bez problemu nie tylko wykonywać byle proste zadania, ale nawet te bardziej zaawansowane pokroju programowania prostszych gier w Unity, a nawet Unreal Engine. Co tu dużo mówić, nawet współdzielony pokład pamięci dynamicznej na poziomie 32 GB LPDDR5X robi robotę w profesjonalnych zastosowaniach. Oczywiście w takich scenariuszach musimy być przygotowani na dłuższe przerwy w oczekiwaniu na rekompilację czy wczytanie poziomu, ale i tak jest lepiej niż mogłoby się z pozoru wydawać.

Windows i próba jego okiełznania przez Lenovo

Minie jeszcze sporo czasu, zanim Windows będzie systemem nadającym się pod handheldy, a dopóki producenci będą wkładać w nie swoje własne nakładki, to możemy tylko przymykać oko na ogólne zamieszanie. W przypadku Lenovo Legion Go 2 możecie liczyć na aplikację Legion Space, która ma w sobie sklep, agregator aktualnie zainstalowanych gier oraz platform, ustawienia agregujące część funkcji Windowsowych oraz unikalnych dla tegoż sprzętu (najważniejsza zakładka dotyczy wydajności) i wreszcie zakładkę dedykowaną kontrolerom, gdzie można dostosować ich charakter, skalibrować je czy ustawić podświetlenie. Brak opcji aktywacji HDR jednoznacznie świadczy o tym, że ktoś w Lenovo podszedł do tematu tej aplikacji bardzo, ale to bardzo po macoszemu, bo coś, co miało nam zastąpić interfejs Windowsa, nie robi tego nawet w tak podstawowych kwestiach.

Znacznie ciekawiej robi się po stronie nakładki, która wysuwa się z prawej strony ekranu po naciśnięciu dedykowanego przycisku i jest zestawem tego, co rzeczywiście jest przydatne podczas grania. Informuje o aktualnym stanie sprzętu, oferuje podstawowe opcje wydajności czy ekranu, a do tego pozwala zarządzać kontrolerami, wywołać np. kombinację Alt+F4 czy wyłączyć handhelda. Jej stabilność można określić mianem bardzo dobrej, choć zdarzało mi się, że kilka razy nie chciała się otworzyć.

Naturalnie Lenovo nie zapomniało o tym, że instaluje swoje Legion Space na Windowsie i stąd zarówno wbudowane kombinacje do wywoływania niektórych systemowych funkcji, jak i łącznie trzy dedykowane przyciski ulokowane w strefach nienarażonych na przypadkowe kliknięcie , które odpowiadają za włączanie Legion Space, przechodzenie w tryb przełączania się między oknami (typowe alt+tab) oraz przechodzenie do pulpitu. 

Niestety, im głębiej wchodzimy w ustawienia wydajności i zasilania, tym bardziej widać chaos wynikający z nadmiaru trybów. Mamy osobno tryb termiczny (cisza, równowaga, wydajność), osobno tryb zasilania (wydajność, zrównoważony, oszczędny), a do tego zachowanie wentylatora (inteligentny, pełna moc, krzywa). W teorii brzmi to jak pełna kontrola, w praktyce część ustawień jest ze sobą logicznie sprzężona i potrafi zmieniać się wzajemnie. Dopiero tryb własny rozwiązuje ręce, bo uwalnia zależność między profilami i daje dostęp do manualnego dostosowywania prędkości wentylatora zależnie od temperatury. Jednocześnie jest trybem własnym, więc przestaje obowiązywać standardowy tryb zasilania – bo zasilaniem manipulujemy już ręcznie. Efekt? Zamiast prostego wyboru mamy wrażenie, że część opcji dubluje się funkcjonalnie i nie jest tak przyjazna użytkownikowi, jak np. w przypadku SteamOS.

Do tego dochodzą typowo windowsowe wpadki, które w konsoli zwyczajnie nie powinny się zdarzać. Raz Silksong “zcrashował się” bez żadnego powodu. Zdarzało mi się też, że po wejściu w nakładkę przy akumulatorze poniżej 30% urządzenie automatycznie przestawiało się na tryb cichy, znacznie zbijając wydajność i to momentalnie do poziomu, w którym kolejne otwarcie nakładki wymagało kilkunastu sekund oczekiwania przy bardziej wymagającej grze. Bierze się to z natury Windowsa, który przy 30% wchodzi w tryb oszczędzania, ale tego z poziomu Legion Space nie zmienicie. Dwa razy gra po prostu się wysypała po odblokowaniu sprzętu, co samo w sobie nie jest końcem świata, ale warto to odnotować, bo na Steam Decku w podobnym scenariuszu nigdy nie miałem sytuacji, w której system robi mi takiego psikusa w najmniej odpowiednim momencie. 

Najbardziej irytujące są jednak drobne, ale męczące zachowania związane z uśpieniem: zdarza się, że gra działa w tle, usypiamy sprzęt i podłączamy go do ładowania, a ten albo nie chce się wygasić, albo po chwili przypomina o sobie ekranem logowania lub tylko podświetleniem joysticków i przyciskiem zasilania – jakby Windows nie potrafił zdecydować, czy już śpi, czy jeszcze nie. Na deser zostaje podświetlenie funkcyjne, które w nocy potrafi być zwyczajnie uciążliwe. Migająca na biało dioda na przycisku włącznika to coś, co w sypialni potrafi przeszkadzać.

I to jest właśnie problem całej windowsowej układanki: Legion Go 2 ma świetny hardware i sensowne pomysły na skróty, ale dopóki Windows będzie Windows’em, dopóty będziemy łatać doświadczenie nakładkami – czasem bardzo udanymi, czasem zrobionymi po macoszemu, a czasem po prostu irytującymi drobiazgami, które w konsoli nigdy by nie przeszły. Taka jest już cena “wszechstronności”, ale jeśli szukacie handhelda głównie do grania, to koniecznie zainteresujcie się przesiadką na znacznie bardziej przyjazny dla użytkownika system SteamOS.

Test Lenovo Legion Go 2 – podsumowanie

Wróćmy jednak do tego, co najważniejsze – ceny. Miesiące mijają, a Lenovo Legion Go 2 jak był drogi, tak nadal ceną na poziomie około 5000 złotych po prostu przeraża… i to zwłaszcza na tle innych handheldów. No, chyba że spojrzymy na ten sprzęt nie jak na byle handhelda do grania, a jak na ekwiwalent handhelda, laptopa i tabletu na Windowsie w jednym. Wtedy właśnie tego typu wydatek podyktowany chęcią posiadania flagowego handhelda i mobilnej stacji roboczej do nawet średnio zaawansowanych operacji (po dołożeniu monitora i peryferiów) będzie miał sens. 

W takim scenariuszu w czasie pracy Legion Go 2 ląduje na biurku pod głównym monitorem, a port USB-C oraz HUB w monitorze z podpiętą klawiaturą i myszką zapewnia nam solidną stację roboczą do prac niewymagających dedykowanej karty graficznej. Kiedy z kolei praca się skończy, to sprzęt Lenovo może stać się zarówno typowym (ciężkim) handheldem, jak i czymś w rodzaju tabletu do postawienia na stole i leniwego przeklikiwania kolejnych scenariuszy np. w Dispatchu. 

W takim świecie wydatek rzędu 5000 złotych na taki sprzęt da się wytłumaczyć, ale w przeciwnym razie… no cóż, osobiście zostałbym przy nawet dwukrotnie niższym wydatku. Przykłady? Steam Deck i przełknięcie braku możliwości odpalenia co bardziej zaawansowanych gier w wysokiej płynności albo Switch 2, który pozwoli ograć unikalne produkcje od Nintendo. Jeśli więc macie już lapka (zwłaszcza gamingowego), to moim zdaniem nie macie co tutaj szukać. 

Tworzenie gier jest trudne. Ledwie prototyp nauczył mnie, że to skomplikowana zabawa

Lenovo Legion Go 2 jest po prostu zbyt drogi, jak na typowego handhelda dedykowanego wyłącznie do grania… chyba że po prostu chcecie mieć dostęp do najpotężniejszego sprzętu tego typu albo np. ogranicza was dostęp wyłącznie do komputerów Apple’a, a nie chcecie kupować konsoli stacjonarnej lub komputera z Windowsem. Wtedy Lenovo Legion Go 2 ma ogromny sens, bo to sprzęt z najwyższej ligi, który pozwala odpalać praktycznie wszystkie aktualnie dostępne gry w sensownej płynności, a w tym produkcje takie jak Battlefield 6 z racji pełnego wsparcia anti-cheata dzięki wykorzystywaniu Windowsa właśnie.