MOVA S20 Pro celuje właśnie w tę grupę — ludzi, którzy chcą kolby i „manualu”, ale nie chcą dopłacać własnym czasem do każdej kawy mlecznej. Kluczowym wyróżnikiem jest tutaj konstrukcja Dual Boiler & Dual Pump, czyli osobny bojler do espresso i osobny do pary oraz dwie pompy, dzięki czemu ekspres ma jednocześnie parzyć i spieniać bez typowych kompromisów temperatury i ciśnienia.
Gdyż właśnie, ekspres do kawy to obowiązkowe wyposażenie mojego mieszkania od kiedy pamiętam. U mnie w domu wszyscy pili kawę, ja szybko nauczyłem się tego nawyku od rodziny, a jednym z pierwszych zakupów „na swoim” był właśnie ekspres do kawy. Zawsze jednak ceniłem sobie komfort kawy na jedno wciśnięcie przycisku i marzył mi się ekspres, gdzie zaspany, jeszcze z łóżka, jestem w stanie z aplikacji na smartfonie zrobić sobie kawę. MOVA S20 Pro idzie jednak w kompletnie inną stronę — automatyzacja schodzi tutaj na drugi plan.

I będąc szczerym, są we mnie dwa wilki. Bo z drugiej strony uwielbiam oglądać materiały POV z kawiarni, lubię ten nieco „rzemieślniczy” klimat, a sama idea ekspresu kolbowego we własnej kuchni wydaje mi się pięknym, „aesthetic” obrazkiem. Nie byłem jednak pewien, czy na dłuższą metę odnajdę się w takiej rzeczywistości. Ale jak to wszystko się sprawdza po kilku tygodniach użytkowania? I — przede wszystkim — czy przesiadka na takie rozwiązanie z „kawy na przycisk” nie jest zbyt drastyczna?
Czytaj też: Test MOVA AeroChef FD10 Pro Max – gotowanie bez tłuszczu i udziwnień
Co w zestawie? MOVA S20 Pro robi fantastyczne pierwsze wrażenie
W pudełku dostajemy między innymi kolbę i tamper 58 mm, sitko na jedną i dwie filiżanki, dzbanek do mleka 450 ml oraz akcesoria do utrzymania porządku, w tym pierścień dozujący do kawy i igłę do czyszczenia dyszy pary. To istotne, bo w tej klasie urządzeń bardzo często „prawdziwy koszt wejścia” rośnie dopiero po zakupie, gdy okazuje się, że bez dodatkowych akcesoriów trudno utrzymać powtarzalność i czystość. Tu MOVA podchodzi do tematu sensownie — daje bazę do startu bez poczucia, że od razu musimy kompletować pół baru kawowego, żeby ekspres miał ręce i nogi. Zestaw pozwala nam działać od razu.
Konstrukcja i parametry. Tu widać, w jaką półkę MOVA celuje
S20 Pro jest półautomatycznym ekspresem klasy barista z mocą 2650–3200 W, pompą 20 bar i grupą 58 mm, czyli rozmiarem, który w świecie kolb jest najbliżej standardu komercyjnego. To nie są cyferki dla samego Excela — w praktyce 58 mm oznacza łatwiejsze dobranie akcesoriów, większą dostępność sitek czy tamperów i ogólnie bardziej „kawiarnianą” bazę do pracy, jeśli ktoś wkręci się w temat.



Po stronie codziennej wygody ważny jest też rozmiar „magazynków”. Zbiornik na wodę ma 2,8 litra, a pojemnik na ziarna 250 gramów i jest uszczelniony silikonem, żeby kawa wolniej traciła aromat. W tej klasie to sensowne proporcje — dużo wody oznacza mniej biegania do kranu (i faktycznie dolewanie wody nie jest tutaj częstym zmartwieniem, co było moim pierwszym bardzo pozytywnym zaskoczeniem), a 250 g to klasyczne opakowanie ziaren, które dzięki temu nie musi stać obok.
Czytaj też: MOVA Stellar X10 nie tylko filtruje, ale i chłodzi
Dual Boiler i Dual Pump. Najważniejsze, co MOVA S20 Pro ma załatwić w kuchni
Jeśli w kolbie jest coś, co potrafi zmęczyć początkujących, to jest to przełączanie się między parzeniem a parą. W konstrukcjach z jednym bojlerem najpierw ustawiamy się pod espresso, potem czekamy na temperaturę pary do mleka, potem — jeśli robimy kolejną czarną — znowu musimy zejść z temperatury i ustabilizować warunki. W MOVA S20 Pro ten problem rozwiązuje podwójny układ — jeden bojler pracuje w zakresie ekstrakcji espresso (85–96°C), drugi jest od pary, a dwie pompy pozwalają na równoległą pracę bez spadków ciśnienia i temperatury.


To teoretycznie brzmi jak mały dodatek, ale tak naprawdę jest to funkcja czysto użytkowa. Nawet jeśli ktoś nie planuje bawić się w perfekcyjne receptury, to właśnie takie rozwiązanie skraca czas przygotowania cappuccino i sprawia, że dwie kawy pod rząd nie są małą logistyką. Właśnie tu zwykle rozgrywa się różnica między kolbą, którą kochamy w wolny weekend, a kolbą, z której korzystamy także w środę o 7:40, kiedy każda minuta się liczy.
Stabilność temperatury w MOVA S20 Pro
MOVA stawia na system Smart Heat NTC + PID. W skrócie działa to tak, że czujniki NTC mają szybko mierzyć temperaturę, a algorytm PID precyzyjnie sterować grzaniem, żeby nie dochodziło do żadnych rozjazdów. Możemy sami regulować temperaturę w 12 poziomach, od 85 do 96 stopni Celsjusza.


Do czego się to przydaje na co dzień? Bo espresso jest bezlitosne — różnice kilku stopni potrafią przełożyć się na to, czy kawa będzie bardziej słodka i zbalansowana, czy wyjdzie cierpka, zbyt kwaśna albo za gorzka. Jasne palenia zwykle lubią wyższe temperatury, a ciemniejsze częściej zyskują, gdy zejdziemy nieco niżej. I nawet jeśli ktoś nie chce wchodzić w kawowe laboratorium, to możliwość korekty temperatury bywa najprostszą dźwignią, kiedy ziarno nie chce z nami współpracować.
Młynek, czyli 34 stopnie i antystatyka
Wbudowany młynek jest żarnowy, stożkowy i ma 34 stopnie regulacji grubości mielenia. To także ważne, bo w espresso dostrojenie młynka jest absolutnym fundamentem — jeśli mielenie jest za grube, woda przelatuje i kawa wychodzi pusta; jeśli za drobne, ekstrakcja się dusi, a smak potrafi być ciężki i nieprzyjemny. 34 poziomy to już taki zakres, który powinien pozwolić sensownie dobrać przemiał pod konkretne ziarna i konkretne sitko, bez wrażenia, że między jednym kliknięciem a drugim jest przepaść.


MOVA w tym modelu podkreśla też technologię antystatyczną, która ma ograniczać elektryzowanie się zmielonej kawy i jej rozsypywanie, zarówno wokół urządzenia, jak i w kolbie. Brzmi banalnie, ale akurat to jest rzecz, która potrafi zabić przyjemność z kolby szybciej niż nieudany shot. Jeśli młynek pluje kawą, a drobinki przyklejają się do wszystkiego, to po tygodniu człowiek zaczyna marzyć z powrotem o automacie. Dlatego dobrze, że MOVA wprost adresuje temat czystości, a w zestawie dokłada też pierścień dozujący, który pomaga ładować kawę do sitka, bez strat i syfu na blacie.
To w sumie była jedna z większych moich obaw, bo przy ekspresie automatycznym nie ma możliwości rozsypania się kawy, a tylko raz na jakiś czas trzeba opróżnić zbiornik na fusy. Tutaj wszystko mamy na wierzchu, więc jesteśmy narażeni na zbędny bałagan w kuchni. I chociaż początkowo faktycznie musiałem się nauczyć pracy z kolbą i kilka razy omyłkowo wysypałem trochę kawy na blat, to po kilku pierwszych podwójnych espresso nauczyłem się już nieinwazyjnie z tym współpracować. I szczerze sam jestem w szoku, jak bardzo sobie to chwalę!


Pre-infuzja to proste narzędzie na lepszą powtarzalność
MOVA S20 Pro ma także regulowaną pre-infuzję w zakresie od 0 do 10 sekund. To etap „rozkwitu” kawy przed właściwą ekstrakcją — woda najpierw delikatnie nasącza krążek kawy, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko kanałowania, czyli sytuacji, w której woda znajduje sobie jedną szybką drogę i omija część kawy. W praktyce pre-infuzja często pomaga uzyskać bardziej równy, powtarzalny shot — szczególnie u osób, które jeszcze uczą się dystrybucji i tampowania. Czyli… na przykład u mnie. W tym modelu warto też docenić, że to nie jest funkcja, którą możemy włączyć lub wyłączyć, tylko zakres do regulacji. Dla jednych 2–3 sekundy będą idealne, inni wolą dłużej ułożyć swoją ekstrakcję, zwłaszcza przy bardziej wymagających ziarnach. Z perspektywy domowego użytkownika to kolejna funkcja, która nie wymaga skrajnie profesjonalnej wiedzy i doświadczenia baristy, ale po cichu pomaga uzyskać lepszy wynik częściej.

Spienianie mleka jest tak zaawansowane, jak chcesz, żeby było
Przy kawie najważniejsze są dwa składniki — ziarna oraz mleko. I właśnie do mleka teraz przejdźmy. MOVA wprowadza w S20 Pro własny system Triple Frothing, czyli trzy tryby spieniania — automatyczny, półautomatyczny z presetem temperatury oraz w pełni manualny. Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że te tryby odpowiadają na trzy różne potrzeby — i rzadko kiedy jeden tryb załatwia wszystko.
Czytaj też: Latające roboty, baseny bez kabli i nowy wymiar sprzątania. MOVA pokazuje rewolucję 3D na CES 2026
Tryb automatyczny jest dla tych, którzy po prostu chcą mleko o sensownej teksturze bez zabawy w technikę. Półautomat z presetem temperatury jest ciekawszy, bo pozwala uczyć się pracy dyszą, ale jednocześnie chroni przed najczęstszym błędem, czyli przegrzaniem mleka. W manualu z kolei dostajemy pełną kontrolę i możliwość wejścia w mikropiankę pod latte art — jeśli ktoś lubi tę bardziej artystyczną stronę kawy, to i tak prędzej czy później skończy w tym trybie.


Sama dysza pary jest wykonana ze stali nierdzewnej, ma końcówkę z trzema otworami, dzięki czemu łatwiej o dobry wir i jedwabistą strukturę, oraz nakładkę zmniejszającą ryzyko oparzeń. Te elementy nie robią kawy same, ale ułatwiają powtarzalność i zmniejszają liczbę irytujących drobiazgów na starcie.
A sam też przyznam, że w swoim poprzednim ekspresie miałem wyspę mleczną — i początkowo byłem tym pomysłem zachwycony, ale po czasie… domywanie pojemnika na mleko, przemywanie całej rurki, przez którą leci mleko, oraz przepłukiwanie wylotu na ciepłe mleko przy każdej kawie doprowadzało mnie do szału. Finalnie więc po kilku tygodniach zatęskniłem za dyszą do pary; i tutaj działa to bardzo dobrze i sprawnie. Więc pod kątem spieniania mleka, dużo bardziej wolę manualną opcję od automatycznej.


Obsługa i interfejs. Szybko, ale nie jest najbardziej nowocześnie — jak na kolbę przystało
Sterowanie odbywa się przez panel PanoramaTouch z pełnokolorowym ekranem dotykowym i — co ważne — uzupełnia je pokrętło mechaniczne. To jest praktyczniejsze, niż może się wydawać. Dotyk jest okej, gdy wybieramy program albo zmieniamy ustawienie raz na jakiś czas — bo wiele więcej dotykiem zrobić nie możemy. Ale kiedy kręcimy parametrami częściej (temperatura, pre-infuzja, objętość), fizyczne sterowanie bywa po prostu szybsze i mniej męczące — a nawet w tym przypadku bardziej intuicyjne.



MOVA podkreśla też szeroką personalizację w trybie Custom Brewing — możemy zmieniać czas mielenia, temperaturę, czas pre-infuzji i objętość ekstrakcji. To ważne, bo bez tego „baristyczny” ekspres łatwo staje się urządzeniem, które ma świetne podzespoły, ale narzuca jeden styl kawy. Tutaj założenie jest odwrotne — sprzęt ma być bazą do dopasowania kawy pod siebie.
Czytaj też: Mova G70 już dostępny w Polsce. Inteligentny odkurzacz pionowy stawia na automatyzację
Presety i Cold Brew. Rzadki program w kolbie, ale może mieć sens
MOVA S20 Pro oferuje cztery presety — Espresso, Double Espresso, Lungo oraz Cold Brew, a do tego tryb manualny. I o ile trzy pierwsze są standardem, o tyle Cold Brew w ekspresie kolbowym jest już ciekawostką, bo klasyczne cold brew to przecież wielogodzinne macerowanie kawy na zimno, a nie szybka ekstrakcja.
W praktyce taki program w kolbie zwykle oznacza próbę uzyskania innego profilu smaku — łagodniejszego, mniej agresywnego — dzięki odpowiednio dobranym parametrom pracy urządzenia. I nawet jeśli nie zastąpi to prawdziwego cold brew robionego w lodówce, to może być fajnym, gotowym trybem dla kogoś, kto czasem chce kawy bardziej orzeźwiającej kawy bez zabawy w ustawienia od zera. No i warto do filiżanki dorzucić kilka kostek lodu.

Cena i gwarancja. Dla kogo jest MOVA S20 Pro?
Cena katalogowa MOVA S20 Pro to 2549 zł, a producent dorzuca do tego 3 lata gwarancji. W tym budżecie kluczowe pytanie brzmi, czy płacimy za fajerwerki, czy za realne skrócenie drogi do dobrej kawy — i tu S20 Pro ma bardzo konkretny argument. Podwójny układ bojlerów i pomp nie jest ozdobą w specyfikacji, tylko rozwiązaniem, które ma wpływać na tempo pracy i komfort, zwłaszcza jeśli w domu regularnie robi się kawy mleczne albo kilka kaw pod rząd, bez przestawiania ekspresu z parzenia na parę i z powrotem.
Czytaj też: MOVA dopieszcza człowieka i jego władcę kota. Grudniowe premiery połączone z promocją
Jednocześnie trzeba pamiętać, że to nadal kolba, a nie automat. Nawet najlepsza automatyka nie zdejmie z nas podstawowego rytuału — mielenia, pracy z sitkiem i czyszczenia. MOVA stara się ten rytuał ucywilizować antystatyką, trybami spieniania i sensowną kontrolą parametrów (temperatura, preinfuzja, objętość), ale nie zmienia faktu, że to urządzenie dla osób, które chcą mieć wpływ na smak. I właśnie w tym wpływie jest też część frajdy — oraz ta „aesthetic” otoczka, której nie da się zasymulować samym kliknięciem w aplikacji.




Jeśli szukacie ekspresu do kawy jednym przyciskiem, to kompletnie nie ta bajka. Jeśli jednak chcecie wejść w kolbę, robić espresso i cappuccino bez wiecznego czekania na tryb pary, a jednocześnie mieć przestrzeń na naukę i eksperymenty, S20 Pro ma sensowną listę argumentów, żeby potraktować go poważnie — zwłaszcza w cenie około 2549 zł i z 3-letnią gwarancją. No i wiele automatów, często nawet droższych i napakowanych funkcjami „smart”, świetnie wygląda w specyfikacji, ale nie zawsze daje w filiżance to, co obiecuje marketing — i to właśnie wtedy kolba, z odrobiną czasu i uwagi, potrafi odwdzięczyć się smakiem, którego nie da się wyklikać.