
Podczas gdy główny nurt ciągle wyznacza marsz ku bezemisyjnej przyszłości, to w tych wielkich planach regularnie pojawiają się luki, sugerujące dłuższe utrzymywanie spalinowych silników przy życiu w motoryzacji. Ostatnie przykłady? Ford stracił prawie 20 miliardów na elektrykach i zmienił swoje podejście, Maserati zdecydowało się na potężniejszy silnik benzynowy w swoim SUV-ie, Porsche postanowiło złamać fundament swojej platformy, a w tym wszystkim widać dziwny zwrot w stronę hybryd z generatorami energii, które stają się coraz popularniejsze.

Z kolei tym razem dowiedzieliśmy się, że jeden z największych graczy na europejskim rynku zdecydował się na krok, który wielu może uznać za kontrowersyjny lub wręcz odważny. Stellantis, czyli gigant stojący za takimi markami jak Peugeot, Fiat czy Opel, nie tylko nie porzuca silników wysokoprężnych, ale wręcz daje im drugie życie.
Diesel wraca do oferty. Stellantis rozszerza napędy wysokoprężne w siedmiu modelach
Decyzja zapadła już jakiś czas temu, ale jej efekty widać dopiero teraz. Od końca ubiegłego roku koncern po cichu przywrócił jednostki diesla do co najmniej siedmiu modeli sprzedawanych w Europie, a w niektórych przypadkach zdecydował się nawet zwiększyć ofertę układów napędowych. W praktyce oznacza to ponowne wprowadzenie silników wysokoprężnych w modelach Opla, Peugeota i Citroëna. Koncern zapowiedział także kontynuację produkcji wersji diesla dla DS 7 oraz trzech modeli Alfa Romeo: Tonale, Giulia i Stelvio. Ruch ten tłumaczony jest utrzymującym się, choć niszowym już, zapotrzebowaniem ze strony klientów. W czasach, gdy udział diesli w sprzedaży nowych aut w Europie spadł do zaledwie 7,7 procent, taka decyzja musi mieć solidne podstawy biznesowe.
Czytaj też: Ponad 5,2 metra długości i wersja EREV na dalekie trasy. Ten samochód ma podbić globalny rynek

Strategia Stellantis nie jest oderwana od rzeczywistości. Jest raczej bezpośrednią reakcją na nią. Entuzjazm dla samochodów elektrycznych w Europie wyraźnie się ostudził i nie rośnie w tempie, które kilka lat temu prognozowały wszystkie raporty. Producenci znaleźli się w niezbyt komfortowej sytuacji, bo z jednej strony mają nad głową bat unijnych regulacji emisyjnych, a z drugiej klienci nie garną się masowo do salonów z elektrykami. Trudno się temu dziwić, patrząc ciągle na dostępność stacji ładowania w mniejszych miejscowościach, brak własnego garażu “z gniazdkiem” czy wpływ niskich temperatur na działanie każdego elektrycznego samochodu. Diesel z kolei ma swoje wady, ale też zalety, których najwyraźniej nie przyćmił głośny niegdyś skandal Dieselgate.
Chińska dominacja w EV. Stellantis ratuje się powrotem do sprawdzonych rozwiązań
Powrót do diesla to także czytelna odpowiedź na wyzwanie ze strony chińskich producentów, którzy zdominowali segment niedrogich i technologicznie zaawansowanych aut elektrycznych. Europejskim koncernom, a w tym Stellantis, trudno konkurować z nimi ceną. Zamiast więc toczyć nierówną walkę na tym samym polu, gigant postanowił przypomnieć o swoich atutach w innej, tradycyjnej już dziedzinie. Chociaż to podejście ma swój logiczny sens, to nie jest niepozbawione ryzyka. Silnik wysokoprężny, pomimo swojej złej prasy, wciąż oferuje konkretne, praktyczne korzyści dla określonej grupy użytkowników. W obliczu spowolnienia elektryfikacji obsłużenie tej grupy może być po prostu dobrą, krótkoterminową strategią biznesową.
Czytaj też: Europejska rewolucja w ładowaniu samochodów elektrycznych. Unijny projekt ODYSSEV startuje w Niemczech

Cała sprawa z dieselami wpisuje się w szerszy trend elastycznego dostosowywania oferty do realiów rynkowych, który widać w działaniach koncernu na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych Stellantis przywrócił do modelu Ram 1500 kultowy silnik Hemi V8, co spotkało się z ogromnym zainteresowaniem. Jednocześnie z oferty zniknęły hybrydy plug-in Chryslera i Jeepa, a plany dotyczące elektrycznej ciężarówki Ram zostały anulowane jeszcze przed jej premierą.
Czytaj też: Realna alternatywa dla benzyny? Chiny połączyły ciekawe paliwo z napędem elektrycznym
Te posunięcia malują obraz koncernu, który nie boi się korygować kursu, gdy widzi, że pierwotne założenia rozmijają się z oczekiwaniami klientów. W krótkiej perspektywie to pragmatyczne podejście pozwala utrzymać sprzedaż i lojalność części odbiorców. Pozostaje jednak ciągle pytanie, jak ten manewr będzie wyglądał w dłuższej perspektywie, a to zwłaszcza w kontekście coraz ostrzejszych norm emisji spalin. Decyzja Stellantis wydaje się wyrazem przekonania, że droga do elektrycznej przyszłości będzie dłuższa i bardziej kręta, niż się wydawało, a po drodze warto oferować to, czego ludzie naprawdę chcą. Czas pokaże, czy to przypadek zdrowego rozsądku, czy może krótkowzroczności.