Premiera nowych elektrycznych rowerów Amflow w wersji PX i PR jest ciekawa nie przez wzmocnienie premiery nowych silników, a przede wszystkim dlatego, że nie jest to ot zwykłe rozszerzenie oferty o “droższy” i “tańszy” wariant, czego zresztą mogliśmy oczekiwać. Firma Amflow próbuje tym razem jednocześnie zbudować sprzęt pokazowy dla ambitnych rowerzystów i bardziej praktyczną odpowiedź dla tych, którzy chcą pełnoprawnego e-MTB bez konieczności wnoszenia całego roweru pod gniazdko. Już sam ten podział mówi sporo o tym, jak bardzo segment elektrycznych rowerów górskich się zmienił.
Dwie serie, jedna filozofia: więcej regulacji, więcej elektroniki, więcej ambicji
Oba modele wykorzystują ramy w włókna węglowego i bardzo mocno grają regulacją ich geometrii. Gwarantują one bowiem możliwość zmiany kąta główki ramy, długości tylnych widełek i wysokości suportu, co ma dawać do 40 kombinacji ustawień. W PX domyślny kąt główki wynosi 64,2 stopnia, tylne widełki można ustawić w zakresie 438-451 mm, a suport pracuje na dwóch wysokościach. W PR punkt wyjścia to 64,5 stopnia, 440-452 mm z tyłu i podobnie rozbudowane możliwości dopasowania. Do tego dochodzi fabryczny układ mullet, czyli przednie koło 29-calowe i tylne 27,5-calowe, a to wszystko składa się na rower, który nie ma po prostu “pasować większości”.
Czytaj też: AbsoluteBLACK bierze się za wąskie łańcuchy gravelowe. Rowery zaczną ciąć błoto jak nóż


Ten sprzęt chce, żeby użytkownik świadomie go ustawił pod teren i styl jazdy, ale właśnie tutaj pojawia się pierwsza wątpliwość. Czterdzieści konfiguracji nie jest zaletą samą w sobie, bo choć dla zaawansowanego użytkownika to pole do strojenia, to dla wielu pozostałych jest to dodatkowy próg wejścia, przez który łatwo skończyć na ustawieniu fabrycznym i poczuciu, że połowa potencjału roweru została na papierze. Im bardziej zaawansowany staje się e-bike, tym ważniejsze staje się pytanie, czy producent pomaga kierowcy z tego skorzystać, czy tylko dorzuca kolejne możliwości.

Amflow PX to pokaz siły, ale też rower z bardzo wysokim progiem wejścia
Najmocniejszym punktem serii modeli PX jest nowy napęd Avinox M2S, który odznacza się szczytowym momentem na poziomie 150 Nm i mocy do 1500 watów, a to wszystko przy masie kompletnego roweru w okolicy 20 kg. Sama rama PX ma ważyć około 2,4 kg, a zintegrowany akumulator 700 Wh ma pozwolić na zasięg do 144 km w bardzo korzystnym scenariuszu pomiarowym, czyli kiedy droga jest płaska, tryb wspomagania jest ustawiony na poziom Eco, a rowerzysta pedałuje swoje i waży 80 kg.
Czytaj też: Ruszyli świętość napędu rowerowego. Kaseta znika z koła, aby żyło się lepiej

Kwestię zaawansowania akumulatora dopełnia szybkie ładowanie od 0 do 80% w około 76 minut, a technologiczne nowości obejmują nawigację offline w trybie śladu GPX/FIT/TCX oraz sterowanie wspomaganiem według stref tętna. Na papierze wygląda to więc jak elektryczny rower górski, o którym większość zaawansowanych rowerzystów po prostu marzy. No, co innego marzyć, a co innego wydawać około 32000 zł na PX Carbon lub 44000 zł za PX Carbon Pro.

Amflow PX Carbon Pro jest ewidentnie produktem z kategorii flagowców. Owszem, topowy osprzęt ma tu sens, bo Fox 36 Factory, SRAM X0 Eagle Transmission, Magura Gustav Pro i karbonowe koła w wersji Pro pokazują, że Amflow nie oszczędzało tam, gdzie chciało zaimponować. Tyle że jednocześnie tańszy PX Carbon dostaje ten sam napęd M2S i ten sam akumulator 700 Wh, więc z perspektywy rozsądnego kupującego to właśnie ta tańsza wersja może wyglądać na ciekawszą. Zwłaszcza że różnice schodzą głównie do klasy zawieszenia, napędu i kół, więc dużo trudniej jest uzasadnić gigantyczny przeskok cenowy samym prestiżem osprzętu.
Rower Amflow PR wygląda znacznie praktyczniej… i nie zabija ceną (aż tak)
Znacznie ciekawszy z rynkowego punktu widzenia wydaje się Amflow PR. To seria cięższa, mniej efektowna w samych liczbach, ale dużo bliższa temu, czego oczekuje użytkownik mieszkający w bloku, jeżdżący częściej niż tylko w weekend i niekoniecznie polujący na najdroższy osprzęt. Wariant PR korzysta z wyjmowanego akumulatora 800 Wh, co z miejsca zwiększa wygodę ładowania. W podstawowej wersji dostaje napęd Avinox M2 o szczytowym momencie 125 Nm, a w wersji Pro napęd M2S z 150 Nm. Producent podaje też do 158 km zasięgu dla konfiguracji z akumulatorem 800 Wh, choć ponownie w warunkach wręcz laboratoryjno-szosowych. Do tego dochodzi Apple Find My, nawigacja offline, sterowanie światłem z manetki i kontrola wspomagania według tętna.

W praktyce PR wygląda więc jak próba zejścia z poziomu technologicznej demonstracji do poziomu bardziej codziennej użyteczności. Nadal jest to pełnoprawny e-MTB z 160 mm skoku z przodu, mieszaną konfiguracją kół i rozbudowaną geometrią, ale jednocześnie nie próbuje udawać najlżejszej i najbardziej prestiżowej maszyny, na którą się chucha i dmucha, a każda wywrotka to mini zawał serca. Oficjalna masa klasy 22 kg nie brzmi już tak widowiskowo jak 20 kg w PX, ale za to lepiej współgra z ideą większego akumulatora i łatwiejszego życia z rowerem poza trasą. Właśnie tutaj Amflow może trafić w znacznie szerszą grupę klientów, którzy jednak i tak muszą przygotować się na spory wydatek. Amflow PR Carbon i PR Carbon Pro wyceniono bowiem na odpowiednio na 19565 i 26400 zł.

Czytaj też: Nowy rower Salsy wchodzi na miejsce legendy. Warbird właśnie schodzi ze sceny
Premiera PX i PR pokazuje, że świat rowerów elektrycznych coraz mocniej się rozjeżdża na osobne filozofie. Jedni producenci próbują wpychać rowery w stronę codziennego bezpieczeństwa i elektroniki znanej z motoryzacji, czego przykładem są miejskie konstrukcje z radarami i aktywnymi alertami. Inni celują z kolei w maszyny “do wszystkiego”, które mają obsłużyć miasto, szuter i lekki teren.


Amflow idzie w jeszcze innym kierunku – chce połączyć ekstremalnie mocny napęd, rozbudowaną geometrię i cyfrowe dodatki w sprzęcie, który wciąż ma uchodzić za lekki i zwinny e-MTB. Stanowi to ciekawy kontrast wobec ostatnich premier pokroju Giant AnyTour, Aventon Current, Myona czy Orbei Muga.

