Wyjątkowo zacznę tutaj od ceny, bo ta jednoznacznie określa, dla kogo jest i dla kogo ewidentnie nie jest Blacksheep One, który kosztuje 29000 funtów plus VAT, czyli po przeliczeniu około 142 tys. zł przed podatkiem. Samo zarezerwowanie swojego egzemplarza wymaga wpłaty 1000 funtów plus VAT, a gdyby tego było mało, finalnie powstanie tylko 50 egzemplarzy. Czy to szaleństwo? Dla większości ludzi – oczywiście.

Za te pieniądze można kupić samochód, bardzo dobry motocykl spalinowy albo elektryczny jednoślad z mocniejszymi parametrami użytkowymi. Tyle że mam wrażenie, że w przypadku Blacksheep One samo porównywanie ceny do osiągów trochę mija się z sednem całego projektu. Nie jest to bowiem sprzęt mający wygrać arkuszem specyfikacji z konkurencją, a raczej próba sprzedania bardzo konkretnej wizji ręcznie dopracowanego, elektrycznego motocykla premium, w którym technika ma być widoczna, namacalna i niemal kolekcjonerska.
Silnik axial flux jest tu ważniejszy niż prędkość maksymalna
Mając z tyłu głowy cenę i patrząc na to, co rzeczywiście Blacksheep One oferuje w samej specyfikacji, można złapać się za głowę. Masa 180 kg jest rozsądna, ale nie magiczna, a zawieszenie Öhlins, hamulce Brembo, 320-mm tarcza z przodu, 240-mm tarcza z tyłu, rozstaw osi 1400 mm, wysokość kanapy 810 mm i prześwit 150 mm składają się na porządny, dopracowany motocykl, ale nie na maszynę, która stanowi jakąś rewolucję. Głębiej jest jeszcze gorzej.
Czytaj też: Chiny budują coś, co umyka reszcie świata. Dlatego to tak intrygujące


Na papierze Blacksheep One nie miażdży osiągami. Silnik BilletFlux typu axial flux ma 35 kW mocy, czyli 47 KM, a maksymalna prędkość osiągana przez motocykl wynosi 130 km/h. Moment obrotowy na kole sięga 700 Nm, zasięg miejski dochodzi do 160 km, a akumulator litowo-jonowy z ogniwami 21700 ma pojemność 6,2 kWh. Sama ładowarka pokładowa o mocy 2 kW uzupełnia energię od 10 do 80 procent w około dwie godziny. Gdyby więc oceniać ten motocykl wyłącznie po liczbach, to szału by nie zrobił, bo przecież samo 130 km/h w maszynie za około 170 tys. zł nie robi wielkiego wrażenia. Przyspieszenie do około 96 km/h w 4,5 sekundy też nie jest poziomem, przy którym trzeba zbierać szczękę z podłogi. Elektryczne motocykle potrafią być szybsze, mocniejsze i znacznie bardziej użytkowe.
Tutaj jednak sama forma silnika mówi więcej niż byle liczba mocy.
Wspomniany axial flux, czyli silnik o strumieniu osiowym, to nie byle jednostka napędowa. Taki silnik jest płaski, zwarty i z natury dobrze pasuje tam, gdzie liczy się wysoka gęstość momentu w małej objętości. W klasycznym silniku radialnym geometria wygląda inaczej, a w axial flux wirnik i stojan układają się bardziej jak dyski. Taka architektura może dawać więcej momentu z danej objętości i pozwala inaczej myśleć o pakowaniu napędu w pojeździe. Widać ten sam trop przy samochodach sportowych, bo silniki tego typu coraz częściej pojawiają się w bardzo mocnych elektrycznych układach napędowych.

Dla mnie najważniejsze w Blacksheep One nie jest więc to, że to elektryczny motocykl za fortunę. Ważniejsze jest w tym sprzęcie to, że ktoś potraktował napęd, chłodzenie, ramę i detale nie jak elementy do schowania pod plastikami, tylko jak część charakteru maszyny. Układ napędowy korzysta z elementów obrabianych CNC ze stali nierdzewnej i aluminium, akumulator znajduje się w obudowie ze stali nierdzewnej oraz aluminium, a chłodzenie zostało poprowadzone przez elementy konstrukcyjne zamiast przez klasyczny zestaw przewodów. Blacksheep nazywa ten pomysł systemem BilletFlux, BilletFlow i BilletPower, co po prostu obejmuje unikalny silnik, zintegrowane chłodzenie oraz sposób prowadzenia energii i sygnałów przez metalowe elementy konstrukcji.
Czytaj też: Absurd w ekologicznej postaci. Mercedes chciał sportowego elektryka, a dał mu “ryczącą V8”

Właśnie to podejście najbardziej odróżnia One od wielu elektrycznych motocykli wyglądających jak spalinowe maszyny po transplantacji napędu. Tutaj technika nie jest wstydliwie zasłonięta. Ma być widoczna, bo właśnie na niej opiera się cały urok projektu. Pod tym względem One bardziej przypomina luksusowy zegarek mechaniczny niż typowy środek transportu. Nikt rozsądny nie kupuje takiego zegarka dlatego, że lepiej pokazuje godzinę niż smartfon. Kupuje go dlatego, bo chce mieć przedmiot, w którym widać pracę, materiał, detal i pewien rodzaj uporu. Blacksheep One celuje w podobny obszar emocji, tylko zamiast werków, mostków i kopert mamy aluminium, stal, widoczne komponenty i elektryczny napęd zostawiony na pierwszym planie.
Elektryczne motocykle ciągle szukają własnego języka
Elektryczne jednoślady dopiero uczą się, czym chcą być. Z jednej strony mamy projekty idące w stronę codziennej dostępności, z drugiej ekstremalne próby wyrwania się z klasycznej architektury. Podobny problem widać przy Furion M2, gdzie silnik o strumieniu osiowym w piaście przedniego koła służy nie tylko dodatkowej mocy, ale też odzyskiwaniu energii tam, gdzie motocykl ma największy potencjał hamowania.


Czytaj też: BMW mówi, że mierzyło wysoko, ale chyba ja tak wysoko wzrokiem nie sięgam
Ten sam kierunek, choć zupełnie inaczej rozegrany, pojawia się przy Verge TS Pro 2.0, czyli maszynie bez łańcucha i paska, z silnikiem zintegrowanym z tylnym kołem. Tam cena też jest wysoka, ale przynajmniej łatwiej wskazać użytkowe argumenty, bo większy akumulator, większy zasięg, szybsze ładowanie i mocniejszy charakter. Blacksheep One idzie inną drogą, bo nie próbuje przekonać klientów, że jest najbardziej praktyczny. Próbuje przekonać, że motocykl elektryczny może być przedmiotem rzemiosła, a nie tylko urządzeniem do przemieszczania się, choć w tym akurat przypadku mówimy o sprzęcie kolekcjonerskim, który będzie rezydował głównie w garażu, a nie na drogach.
Źródła: Blacksheep One

