Rower marzeń? Marin odchudził elektrycznego potwora i dał mu 120 Nm do dyspozycji

Elektryczne rowery górskie przez długi czas były dla mnie jednym z najbardziej niejednoznacznych symboli technologicznego postępu. Z jednej strony mamy maszynę, która otwiera góry dla ludzi, a z drugiej strony mamy jednak coś, co coraz częściej zaczyna przypominać mały pojazd terenowy z pedałami, a nie klasyczny rower z dodatkowym wsparciem. Dziś mam wrażenie, że właśnie na tej granicy dzieje się dziś najciekawszy etap rozwoju eMTB i Marin Alpine Trail E w nowej wersji wjeżdża dokładnie w ten punkt dyskusji.
Rower marzeń? Marin odchudził elektrycznego potwora i dał mu 120 Nm do dyspozycji

Marin Alpine Trail E to ewidentnie nie jakiś subtelny rower na niedzielną przejażdżkę, ale pełnokrwisty elektryczny enduro, które ma być lżejsze od poprzednika, a jednocześnie jeszcze bardziej bezczelne na podjazdach.

Elektryczny góral przestał być tylko rowerem z pomocą

Odkąd piszę o e-bike, coraz mocniej widzę, że branża przeszła od etapu “czy elektryk to jeszcze rower?” do etapu “jak daleko można przesunąć możliwości roweru, zanim zaczniemy udawać, że nie widzimy oczywistego?”. Opisywałem to szerzej przy temacie coraz mocniejszych eMTB, bo rynek od lat ściga się nie tylko na zasięg, ale też na moment obrotowy i chwilową moc, a to akurat może się źle skończyć.

Czytaj też: Mondraker zrobił rower do latania po ziemi. KOAZ jest prosty, sztywny i trochę bezczelny

Cały ten temat robi się ciekawszy przez konkurencję. DJI Avinox coraz śmielej wchodzi w rowery elektryczne, a podobny kierunek widać przy Megamo Upon z napędem DJI. Firma znana głównie z dronów potrafiła wnieść do e-bike narrację o ogromnej mocy, zwartej integracji i elektronice z bardzo nowoczesnego świata. Bosch nie mógł więc zostać przy starej opowieści o sprawdzonej solidności, jeśli konkurencja zaczęła odbierać mu tlen w rozmowie o przyszłości.

Marin najwyraźniej nie chciał jednak zrobić wyłącznie roweru z większymi cyferkami. Nowy Alpine Trail E dostał całkowicie przeprojektowaną aluminiową ramę Series 4, która pozwoliła zbić masę o 1,345 kg względem poprzednika. Samo odchudzanie ramy dało około 445 gramów oszczędności, a reszta pochodzi z przepracowania takich elementów jak rocker link i tylne widełki. Przy zwykłym rowerze 1,35 kg zawsze ma znaczenie, ale przy eMTB, które musi wozić silnik, akumulator, mocniejsze koła, większe hamulce i solidniejsze zawieszenie, taka różnica staje się jeszcze ciekawsza.

Nie chodzi naturalnie o to, że Alpine Trail E nagle zamienia się w lekkiego elektryka do udawania klasycznego traila. Nie. Nadal mówimy o maszynie do ostrzejszej jazdy, długich podjazdów i zjazdów, przy których rama, zawieszenie i hamulce dostają regularnie po głowie. Różnica polega na tym, że Marin próbuje uciec od wrażenia topornego elektrycznego kloca.

120 Nm brzmi potężnie, ale najważniejsze jest i tak całe dawkowanie

Sercem nowego Alpine Trail E jest Bosch Performance Line CX piątej generacji. W najnowszej konfiguracji mówimy o maksymalnie 120 Nm momentu obrotowego, 750 W mocy szczytowej i wsparciu do 600 procent. Jeszcze niedawno takie wartości w segmencie eMTB wyglądałyby jak przesada, ale dziś zaczynają trafiać do kolejnych konstrukcji. Pisałem już o tym przy Bosch Performance Upgrade, bo akurat ten ruch dobrze pokazał, że sama liczba niutonometrów nie wystarczy, jeśli moc zostanie podana bez wyczucia.

Najważniejsze zastrzeżenie jest proste – 120 Nm nie oznacza, że rower cały czas wali pełnym momentem w napęd. Bosch traktuje te wartości jako maksymalne i zależne od konfiguracji, trybu oraz ustawień. Maksymalne wsparcie 600 procent dotyczy szczególnych sytuacji, a dodatkowo producent roweru może ograniczyć ustawienia fabrycznie. To akurat dobra wiadomość, bo przy eMTB nadmiar mocy potrafi być równie irytujący jak jej brak. Zbyt agresywne wsparcie potrafi zerwać przyczepność, szarpnąć łańcuchem, wymusić nerwową zmianę przełożeń albo szybciej zużyć cały osprzęt.

Marin dorzucił do tego nową obudowę silnika z myślą o chłodzeniu. Lepszy przepływ powietrza ma ograniczać ryzyko spadku mocy podczas długich podjazdów.

Akumulator 800 Wh i opcja zejścia z masy

Każdy nowy Alpine Trail E dostaje akumulator 800 Wh niezależnie od rozmiaru ramy. W praktyce ma to znaczenie, bo w wielu elektrykach najmniejsze rozmiary cierpią na gorsze możliwości upakowania ogniw. Tutaj nawet rama S ma dostać pełny magazyn energii, a sam akumulator można wyjąć do ładowania poza rowerem albo wymiany. Na górnej rurze znalazł się kolorowy wyświetlacz Bosch Kiox 400C o przekątnej 2 cali.

Czytaj też: Nowy rowerowy osprzęt od Shimano przypomina coś ważnego

Ciekawszy jest jednak drugi wariant. Marin pozwala bowiem zamontować akumulator 600 Wh bez dodatkowych części, co ma obniżyć masę o około 900 gramów. Bardzo podoba mi się ta decyzja, bo dobrze pokazuje, że zasięg nie zawsze jest jedyną odpowiedzią. Przy całodniowej wyprawie 800 Wh ma sens. Przy krótszej jeździe, bike parku, wyciągu albo lokalnej pętli może lepiej mieć lżejszy przód i mniej ociężałe zachowanie.

Tutaj zresztą wraca temat, który szerzej rozpisywałem przy wadach i zaletach e-bike. Elektryczny rower nie jest zwykłym rowerem z małym dodatkiem. Większa masa zmienia hamowanie, obciąża opony, zawieszenie, obręcze, napęd i serwis. Dlatego możliwość zdjęcia prawie kilograma z konstrukcji bez kombinowania z częściami traktuję jako rozsądniejszy kierunek niż ślepy kult największej pojemności.

Geometria ma pilnować, żeby potwór nie prowadził się jak potwór

Nowy Alpine Trail E ma 170 mm skoku z przodu i 160 mm zawieszenia MultiTrac 2 LT z tyłu, więc Marin celuje w agresywną jazdę, szybkie zjazdy, kamienie, korzenie i techniczne podjazdy. Dlatego obok silnika oraz akumulatora równie ważna jest geometria. Standardowo rower jedzie na kołach typu mullet, czyli 29 cali z przodu i 27,5 cala z tyłu, więc przednie większe koło daje stabilność i łatwiej przetacza się przez przeszkody, a mniejsze tylne pomaga w zwrotności oraz zostawia więcej miejsca za siodłem na stromych zjazdach.

Marin dorzucił regulowany ster z zakresem +/- 0,75 stopnia, flip chipy do zmiany wysokości suportu i długości tylnego trójkąta, a nawet możliwość przejścia na 29-calowe tylne koło po zakupie osobnej obręczy. Dlatego zresztą producent mówi o 12 konfiguracjach ustawień ramy, co pozwala dostosować charakter maszyny do terenu.

Producent na dodatek przeprojektował okolice dolnej rury i obudowy silnika tak, aby zwiększyć prześwit o 37 mm. Przy eMTB to wcale nie jest kosmetyka. Silnik centralny siedzi nisko, bo tak chce fizyka i prowadzenie, ale właśnie dlatego bywa narażony na uderzenia. Więcej miejsca pod spodem oznacza mniej nerwowego kalkulowania, czy za chwilę nie przyłożymy drogim napędem w przeszkodę. Rama dostała też osłony dolnej rury i tylnego trójkąta, uszczelnione wewnętrzne prowadzenie przewodów, standard UDH, oś Boost 148 x 12 mm oraz punkty montażowe pod górną rurą. Dolna rura ma też mocowania pod bidon albo range extender Bosch PowerMore.

Czytaj też: Orbea wzięła świetny rower i zaczęła szukać grzeszków do poprawy

Wersje różnią się osprzętem. Alpine Trail E1 startuje od X-Fusion, Shimano CUES i hamulców TRP. Alpine Trail E2 wchodzi w RockShox Select+, SRAM Transmission i Maven Bronze. Alpine Trail EXR dorzuca RockShox Ultimate, bezprzewodowy SRAM GX AXS, Maven Silver, koła DT Swiss i opony Schwalbe. Różnice są więc klasyczne – im wyżej w cenniku, tym lepsze zawieszenie, hamulce, napęd i koła. Te modele kosztują kolejno 4999 euro, 6799 euro i 7499 euro, czyli po przeliczeniu około 21230 zł, 28870 zł i 31840 zł.

Źródła: Marin Alpine Trail

Mateusz ŁysońM
Napisane przez

Mateusz Łysoń

RedaktorZwiązany z mediami od 2016 roku. Twórca gier, autor tekstów przeróżnej maści, które można liczyć w dziesiątkach tysięcy oraz książki Powrót do Korzeni.