Test Narwal Flow 2. Odkurza, mopuje i nie dokłada kolejnych obowiązków

Największy problem z robotami sprzątającymi nie polega na tym, że są za słabe. Polega na tym, że bardzo często trzeba im pomagać, przygotowywać im przestrzeń przed sprzątaniem, pilnować ich podczas sprzątania, czyścić je po sprzątaniu, a do tego na koniec jeszcze po nich poprawiać. A, no i przede wszystkim musimy cały czas jeszcze udawać, że właśnie zaoszczędziliśmy mnóstwo czasu. Znacie to parszywe błędne koło? No to Narwal Flow 2 może Was zaskoczyć.
Test Narwal Flow 2. Odkurza, mopuje i nie dokłada kolejnych obowiązków

Przez ostatnie lata przetestowałem wystarczająco dużo takich urządzeń, żeby wiedzieć, że sama obietnica automatycznego sprzątania bywa trochę złudna. Robot może mieć dobrą aplikację, sprawnie objeżdżać mieszkanie i ładnie wracać do stacji, ale jeśli po każdym cyklu trzeba płukać mopa, wycinać włosy ze szczotki albo poprawiać podłogę w kuchni, cały ten zachwyt szybko robi się dużo mniejszy. Właściwie… po prostu znika, a my korzystamy z robota tylko po to, żeby usprawiedliwić przed sobą jego zakup.

Narwal Flow 2 jest ciekawy dlatego, że próbuje uderzyć dokładnie w ten problem. Nie tylko odkurza, nie tylko mopuje i nie tylko parkuje w efektownej stacji. Jego największą ambicją jest zrobienie z domowego sprzątania procesu, o którym naprawdę można myśleć rzadziej. Nie raz na miesiąc i nie tylko w idealnie przygotowanym mieszkaniu — po prostu na co dzień, tam, gdzie na podłodze pojawiają się okruchy, kurz, włosy, ślady po butach i cała reszta domowego bałaganu. A jak mu się to udaje?

Tego robota nie chcesz schować do szafy. Narwal Flow 2 wygląda naprawdę dumnie

Zacznijmy od rzeczy pozornie mniej ważnej, ale w praktyce jednak bardzo istotnej — czyli designu. W robotach sprzątających moim zdaniem ma on ogromne znaczenie, bo na tym etapie jest to część wystroju naszego mieszkania, która musi być w dostępnym i zazwyczaj widocznym miejscu — stacja bazowa musi stać w takim miejscu, żeby robot mógł do niej wygodnie wracać. Nie da się jej zawsze schować za drzwiami, pod biurkiem albo w kącie, którego nikt nie widzi. Dobrze więc, żeby stacja z robotem nie straszyła i nie przynosiła wstydu, a wręcz przeciwnie — wyglądała dumnie i cieszyła oko za każdym razem. 

Narwal Flow 2 ma dużą stację, ale nie wygląda jak przypadkowy techniczny klocek. Czarna obudowa, szklany panel i podświetlenie ambientowe robią bardziej eleganckie wrażenie niż większość stacji dokujących, które widziałem przy robotach sprzątających. To nadal sprzęt AGD, ale taki, który można zostawić w salonie albo korytarzu bez poczucia, że właśnie zburzyliśmy całe wnętrze jednym urządzeniem.

Sam robot ma 9,5 cm wysokości. Wjedzie więc pod część mebli, ale nie pod wszystkie. To warto sprawdzić przed zakupem, szczególnie jeśli w domu jest dużo niskich kanap, komód albo szafek. Narwal Flow 2 nie jest ultraniskim robotem, który wciska się wszędzie — to raczej zaawansowany sprzęt z rozbudowaną nawigacją, kamerami i mechaniką mopowania, a takie wyposażenie ma swoje fizyczne konsekwencje. To jednak poświęcenie, na które zdecydowanie jestem gotów.

Całość sprawia jednak bardzo solidne wrażenie. Elementy są dobrze spasowane, zbiorniki i akcesoria są łatwo dostępne, a stacja od początku daje nam poczucie, że nie jest tylko ładowarką. To część całego systemu sprzątania, która przy okazji wygląda naprawdę dobrze!

Czytaj też: Narwal Flow 2 wjeżdża do Polski. Widziałem robota, który chce rozwiązać największy problem automatycznego sprzątania

Konfiguracja nie wymaga cierpliwości świętego. Narwal Flow 2 przygotowuje się do sprzątania sam

Pierwsze uruchomienie Narwal Flow 2 jest proste. Ustawiamy stację, podłączamy ją do zasilania, parujemy robota z aplikacją i pozwalamy mu stworzyć mapę mieszkania. To jeden z tych momentów, w których dobrze widać, jak daleko zaszły roboty sprzątające. Jeszcze kilka lat temu wiele modeli sprawiało wrażenie, jakby uczyły się domu metodą prób, błędów i zderzeń z nogami krzeseł. Tutaj od początku jest spokojniej.

Narwal Flow 2 korzysta z LiDAR-u, podwójnej kamery RGB i bocznego światła strukturalnego. W praktyce oznacza to, że robot nie porusza się po mieszkaniu po omacku. Lepiej rozpoznaje przestrzeń, ostrożniej podchodzi do przeszkód i szybciej zaczyna rozumieć, gdzie faktycznie ma sprzątać.

To ważne, bo robot sprzątający nie pracuje w laboratoryjnej pustce i przygotowanej, nieskazitelnej przestrzeni. W normalnym mieszkaniu na podłodze czasem leży kabel, but, zabawka, torba, mata dla psa albo coś, czego nikt nie zdążył podnieść przed uruchomieniem sprzątania. Flow 2 nie zmienia bałaganu w cudownie przygotowaną przestrzeń, ale wyraźnie lepiej odnajduje się w takim codziennym chaosie niż prostsze roboty.

Nie oznacza to, że można kompletnie przestać myśleć o przygotowaniu podłogi. Cienkie przewody, bardzo lekkie przedmioty czy frędzle dywanów nadal potrafią być wyzwaniem dla tej kategorii sprzętu. Różnica polega na tym, że Narwal Flow 2 nie wymaga od nas nerwowego pilnowania każdego przejazdu. A to przy robocie sprzątającym jest jedną z najważniejszych cech. Robot przez ostatnie ponad dwa tygodnie jeździł regularnie po naszym biurze, gdzie jest multum kabli i innych technologicznych zabawek — za każdym razem sprawnie je wykrywał, zaznaczał na mapie w raporcie po sprzątaniu i omijał. Ani razu niczego nie połknął czy się nie zawiesił, więc dla mnie pod tym kątem zdał test ostateczny.

Odkurzanie w Narwal Flow 2 jest mocne, ale to nie ono kradnie całe show

31 000 Pa ssania robi wrażenie od razu, ale w praktyce najważniejsze jest to, że Narwal Flow 2 po prostu pewnie zbiera codzienny brud. Kurz, okruchy, włosy, drobny piach wniesiony z zewnątrz, resztki przy stole — to są rzeczy, które w domu pojawiają się bez przerwy. I właśnie z takimi zabrudzeniami robot radzi sobie bez problemu. Podoba mi się również, że moc nie jest tu jedynym argumentem. Narwal Flow 2 ma unoszącą się szczotkę rolkową, antysplątaniową szczotkę boczną i system wykrywania cząstek, który dopasowuje pracę do zabrudzeń. W praktyce oznacza to mniej sytuacji, w których robot przejechał po podłodze, ale zostawił po sobie drobne ślady.

Ważne jest też ograniczanie plątania włosów. To jedna z tych cech, które brzmią mało efektownie, dopóki nie trzeba co kilka dni wyciągać ze szczotki całego kołtuna. W domach, w których są długie włosy albo zwierzęta, ma to ogromne znaczenie. Robot sprzątający ma zdejmować z nas obowiązki, a nie zamieniać odkurzanie w serwisowanie szczotki. Tutaj — bez większych zaskoczeń — działa to fantastycznie. Ale całkowicie się tego spodziewałem, bo już w modelu Narwal Freo Z10 Ultra działało to bez zarzutu.

Na dywanach Narwal Flow 2 automatycznie podnosi siłę ssania i unosi mop. To drobiazg, który w codziennym użytkowaniu robi dużą różnicę. Mieszkania rzadko są idealnie jednorodne — trochę paneli, trochę płytek, dywan w salonie, chodnik w korytarzu, próg między pomieszczeniami. Dobry robot musi się w tym odnaleźć bez ustawiania wszystkiego od nowa za każdym razem. Nasze biuro ponownie jest tutaj dobrym testem, bo niektóre pokoje mają wykładzinę, ze względu na akustykę podczas nagrań. W ustawieniach w aplikacji możemy zdecydować, czy chcemy, żeby robot omijał dywany bez sprzątania, czy dokładnie je czyścił — ale nie wjedzie mokrym mopem na tego typu powierzchnie, co jest bardzo istotne.

Czytaj też: Sprzątanie to tylko początek. Narwal Flow 2 przypilnuje psa i odnajdzie zgubione kolczyki

Flow 2 potrafi też pokonywać przeszkody do 40 mm, co pomaga przy progach i przejściach między pomieszczeniami. Nie każda przeszkoda będzie dla niego neutralna, bo dużo zależy od kształtu progu i układu mieszkania, ale sam zapas możliwości jest tu wyraźnie większy niż w wielu prostszych konstrukcjach. W biurze nie mamy wielkich progów, raczej regularnej wielkości — a Narwal za każdym razem podnosił się na kołach i omijał je bez żadnego problemu.

Mopowanie FlowWash to prawdziwy powód, żeby zainteresować się Narwal Flow 2

Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która najmocniej odróżnia Narwala Flow 2 od wielu innych robotów, byłoby to mopowanie. Nie aplikacja, nie AI, nie sama stacja, nawet nie moc ssania. FlowWash jest tu najważniejszy.

Mop gąsienicowy pracuje inaczej niż klasyczne pady. Ma większą powierzchnię kontaktu z podłogą, jest na bieżąco przepłukiwany i dociskany do powierzchni. Narwal wykorzystuje system FlowWash z gorącą wodą, a stacja obsługuje również cykl mycia w wysokiej temperaturze, sięgającej 100 stopni Celsjusza, oraz suszenie gorącym powietrzem. To wszystko sprawia, że mopowanie nie wygląda jak dodatek do odkurzania, a… faktycznie mopuje. Również te plamy, które chwilę już na naszej podłodze goszczą.

Najlepiej widać to w kuchni i przedpokoju. Tam podłoga brudzi się najbardziej naturalnie — krople wody, ślady po butach, drobne plamy, kurz przy listwach, okruchy przy blacie. Narwal Flow 2 nie tylko przeciera te miejsca, ale realnie pracuje nad zabrudzeniem. Nie zastępuje człowieka w każdej możliwej sytuacji, bo zaschnięta plama w narożniku albo trudne miejsce przy samej ścianie nadal mogą wymagać ręcznej poprawki. Ale w regularnym sprzątaniu robi dokładnie to, czego oczekuję od robota z wyższej półki — nie pozwala podłodze dojść do stanu, w którym sprzątanie zaczyna wyglądać jak poważniejsza akcja.

Bardzo sensownie wypada też podnoszenie mopa o 12 mm przy dywanach, o czym wspominałem już wyżej. To nie jest funkcja, którą docenia się w specyfikacji — ale robi się to wtedy, kiedy robot sam przejeżdża przez mieszkanie z różnymi powierzchniami i nie trzeba za każdym razem pilnować, czy nie zacznie moczyć wykładziny czy dywanu.

Narwal Flow 2 ma również system DirtSense, który wykrywa zabrudzenia mokre i suche. To kolejny element, który najlepiej działa wtedy, kiedy nie musimy o nim myśleć. Robot ma po prostu dobrać sposób pracy do tego, co dzieje się na podłodze. Im mniej ręcznego przełączania trybów, tym bardziej czuć, że to sprzęt od codziennego używania, a nie sztuczna pomoc czy technologiczna zabawka. Jeśli oczywiście życzymy sobie intensywniejszego programu w jakimś pomieszczeniu, nie ma problemu — to kilka kliknięć w aplikacji. W codziennym sprzątaniu robot sam decyduje, gdzie i jak ma pracować. I wychodzi mu to naprawdę nieźle.

Czytaj też: Mop, odkurzacz i stacja myjąca w jednym. Narwal w fajnej promocji na Black Friday

Stacja bazowa jest tu cichym bohaterem

W robocie sprzątającym sama jazda po mieszkaniu to tylko połowa historii — druga zaczyna się po zakończonym sprzątaniu. I właśnie wtedy okazuje się, czy urządzenie naprawdę oszczędza nasz czas, czy tylko przesuwa obowiązki w inne miejsce.

Narwal Flow 2 wypada tutaj bardzo dobrze, bo stacja robi sporą część pracy za nas. Automatycznie opróżnia pojemnik na kurz, obsługuje wodę, dozuje detergent, myje mop i suszy go gorącym powietrzem. Pojemnik na kurz w stacji ma 2,4 l i według deklaracji może przechowywać zanieczyszczenia nawet do 120 dni.

Nie oznacza to oczywiście, że o robocie można zapomnieć na kwartał w każdych warunkach. Częstotliwość obsługi zależy od metrażu, liczby domowników, zwierząt, ilości kurzu i tego, jak często robot pracuje. Ale najważniejsze jest coś innego — codzienna obsługa przestaje być codzienna.

To jedna z tych różnic, które po czasie stają się ważniejsze niż efekt pierwszego przejazdu. Odkurzacz ręczny może być mocny, klasyczny mop może być dokładny, ale oba wymagają naszej obecności od początku do końca. Narwal Flow 2 przejmuje nie tylko część samego sprzątania, ale również część konserwacji po sprzątaniu. A to właśnie tam zwykle ginie obietnica wygody w tańszych robotach.

Czytaj też: Nowa era robotów sprzątających? Narwal FLOW może cię zaskoczyć

Aplikacja Narwal to hub naszego sprzątania

Narwal Flow 2 oferuje sporo funkcji inteligentnych. Jest Freo Mind 4.0, Nawa AI, TwinAI, sterowanie głosowe, obsługa Alexy, Google Home i Siri, harmonogramy, strefy sprzątania, wirtualna ściana, mapowanie 3D TrueView, wykrywanie zwierząt, tryb wykrywania dzieci i ochrona wartościowych przedmiotów. Lista jest długa, ale w praktyce najważniejsze jest to, że podstawowe używanie robota nie wymaga ciągłego grzebania w ustawieniach. Po konfiguracji można ustawić harmonogram, wskazać pomieszczenia, dopasować intensywność pracy i pozwolić robotowi robić swoje. Zaawansowane opcje są przydatne, ale nie dominują całego doświadczenia.

To ważne, bo wiele urządzeń smart home wpada w pułapkę nadmiaru. Mają mnóstwo funkcji, ale korzystanie z nich zaczyna przypominać zarządzanie małą infrastrukturą domową. W przypadku robota sprzątającego powinno być odwrotnie — im więcej automatyki, tym mniej naszej uwagi. I tak właśnie jest tutaj. Specjalne życzenia na kilka kliknięć, ale regularne sprzątanie dzieje się samo po początkowej kalibracji i ustaleniu harmonogramu.

Narwal Flow 2 jest najbardziej przekonujący właśnie wtedy, kiedy działa w tle. Kiedy wraca do stacji, przygotowuje mopa, sprząta według mapy, unika przeszkód, rozpoznaje dywan i nie wymaga od nas ciągłego potwierdzania, że naprawdę ma sprzątać. Aplikacja to więc poletko zarówno dla technologicznych freaków, lubiących kombinowanie i analizowanie wszystkich aspektów własnego życia (możliwe, że piszę teraz trochę o sobie), oraz dla osób, które po prostu chcą mieć czyste mieszkanie bez regularnej ingerencji.

Nie każdy dom wykorzysta Narwal Flow 2 tak samo

Narwal Flow 2 najlepiej pokazuje swoje możliwości tam, gdzie podłoga naprawdę żyje. W kuchni, gdzie coś zawsze spadnie na ziemię, w przedpokoju, który po jednym wyjściu z domu potrafi zebrać więcej śladów, niż byśmy chcieli, czy w salonie połączonym z jadalnią, gdzie kurz, okruchy i włosy pojawiają się szybciej, niż ktokolwiek zdąży zareagować. To właśnie w takich miejscach najłatwiej zrozumieć, po co powstał tak zaawansowany robot. Narwal Flow 2 nie jest sprzętem od okazjonalnego przejazdu po idealnie czystej podłodze. Najlepiej czuje się w codzienności — tej zwykłej, domowej, trochę chaotycznej, w której sprzątanie nigdy nie jest naprawdę skończone.

I dlatego im częściej pracuje, tym więcej ma sensu. Regularne odkurzanie, mocne mopowanie, automatyczne opróżnianie, mycie i suszenie mopa sprawiają, że Flow 2 nie czeka na wielkie porządki. On po prostu utrzymuje podłogę w ryzach, zanim bałagan zdąży stać się problemem.

Najbardziej docenią go osoby, które nie chcą kolejnego urządzenia do obsługi, tylko sprzętu, który realnie przejmuje część domowych obowiązków. Właśnie wtedy Narwal Flow 2 pokazuje swój charakter — nie jako gadżet do sprzątania, ale jako domowy system, który pracuje konsekwentnie i pozwala rzadziej wracać myślami do odkurzacza, mopa i pojemnika na kurz. Przez ponad 2 tygodnie codziennego obcowania z tym sprzętem, jedyne co zrobiłem (poza zdjęciami do tego tekstu), to raz opróżniłem brudną wodę i dolałem czystą.

Czytaj też: Recenzja Narwal Freo Z10 Ultra. Warto zaufać debiutantom 

Cena Narwal Flow 2 dobrze pokazuje, z jakim sprzętem mamy do czynienia

Narwal Flow 2 nie próbuje udawać budżetowego robota sprzątającego. W premierowej ofercie kosztował 4099 zł, a jego regularna cena została ustalona na 5099 zł. To od razu ustawia go w segmencie urządzeń dla osób, które nie szukają pierwszego robota do okazjonalnego przejazdu po mieszkaniu, tylko kompletnego systemu do codziennego sprzątania.

I w tym kontekście ta cena zaczyna mieć więcej sensu. Płacimy nie tylko za moc ssania, ale za cały zestaw: zaawansowaną nawigację, rozpoznawanie przeszkód, mop gąsienicowy FlowWash, automatyczne opróżnianie kurzu, mycie i suszenie mopa oraz stację, która przejmuje dużą część tej najmniej przyjemnej obsługi. To właśnie ten pakiet decyduje o tym, czy robot po kilku dniach nadal jest wygodny, czy zaczyna przypominać kolejne urządzenie wymagające naszej uwagi.

Oczywiście 5099 zł to kwota, przy której trudno mówić o zakupie impulsywnym. Ale Narwal Flow 2 nie jest sprzętem, który broni się jednym parametrem — jego wartość najlepiej widać dopiero wtedy, gdy wszystkie elementy zaczynają pracować razem. Robot sprząta, wraca do stacji, opróżnia kurz, myje mopa, suszy go i jest gotowy do kolejnego cyklu. Właśnie za tę ciągłość płaci się tu najwięcej.

W Narwal Flow 2 najbardziej doceniłem nie moc, tylko spokój

Narwal Flow 2 łatwo opisać liczbami. 31 000 Pa, 12 N docisku, 60 stopni Celsjusza przy myciu mopa, 100 stopni w cyklu płukania, 240 minut pracy, 40 mm pokonywania przeszkód. To wszystko jest ważne, bo pokazuje, z jak zaawansowanym urządzeniem mamy do czynienia. Ale po pewnym czasie te liczby schodzą na drugi plan. Najbardziej zostaje poczucie, że podłoga po prostu dłużej wygląda dobrze, kuchnia nie prosi się tak szybko o mopa, przedpokój po całym dniu nie wygląda jak miejsce, przez które przeszło pół miasta, a robot nie wymaga ciągłego ratowania, czyszczenia i ustawiania od nowa.

I właśnie dlatego cena ma tu znaczenie, ale nie działa na niekorzyść tego sprzętu tak mocno, jak mogłoby się wydawać po samym spojrzeniu na kwotę. Narwal Flow 2 kosztuje dużo, ale nie sprzedaje jednej efektownej funkcji. Sprzedaje wygodę rozłożoną na cały proces sprzątania — od rozpoznawania przestrzeni, przez mocne odkurzanie i sensowne mopowanie, aż po stację, która sama opróżnia kurz, myje mopa i suszy go po pracy.

Nie jest to oczywiście robot dla każdego. Stacja zajmuje sporo miejsca, cena jest wysoka, a sam robot nie wjedzie pod wszystkie niskie meble. Do tego nadal trzeba pamiętać o wodzie, detergentach i okazjonalnej obsłudze stacji. Flow 2 mocno ogranicza domowe obowiązki, ale nie zamienia mieszkania w przestrzeń całkowicie bezobsługową. Nie sprawia, że sprzątanie znika z życia całkowicie, bo żaden robot tego (jeszcze) nie robi. Ale potrafi przesunąć je na dalszy plan. Z czynności, o której trzeba pamiętać, robi proces, który w dużej mierze dzieje się sam.

I to jest dla mnie największa wartość tego urządzenia. Po kilku tygodniach z Narwalem Flow 2 najmocniej zostaje nie sama specyfikacja, tylko zmiana rytmu w mieszkaniu. Podłogi są utrzymywane w ryzach, mop coraz częściej zostaje w szafie, a pojemnik na kurz przestaje być czymś, do czego trzeba regularnie zaglądać. To nadal sprzęt z wysokiej półki, ale dokładnie tak powinien działać robot z tej półki — nie tylko sprzątać, ale sprawiać, że o sprzątaniu myśli się rzadziej.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.