Test Luna Ring 2.0. Bez ekranu, bez powiadomień, za to z masą danych

Mam wrażenie, że wearables przez ostatnie lata trochę się pogubiły. Zegarki miały pomagać nam lepiej rozumieć własny organizm, a tymczasem… bardzo szybko stały się kolejnymi ekranami, które wibrują, świecą, pokazują powiadomienia i przez cały czas próbują zwrócić na siebie uwagę, dokładając nam kolejną cegiełkę do wszechobecnego przebodźcowania. Jasne, potrafią przy tym mierzyć tętno, analizować sen czy liczyć kroki, ale nie każdy chce spać z dużym smartwatchem na ręce albo co chwilę zerkać na kolejny wykres. I właśnie dlatego smart ringi wydają mi się jednym z ciekawszych kierunków rozwoju tej kategorii — bo one również robią bardzo dużo, ale przy tym są niemal niewidoczne. I Luna Ring 2.0 dobrze wpisuje się w tę filozofię.
Test Luna Ring 2.0. Bez ekranu, bez powiadomień, za to z masą danych

Na pierwszy rzut oka wygląda po prostu jak „zwykły” pierścionek czy sygnet. Nie ma ekranu, nie wyświetla powiadomień i nie próbuje nam zastępować telefonu. Za to jest na palcu przez całą dobę, również podczas snu, i bez przerwy w tle zbiera informacje o tym, co dzieje się z naszym organizmem. Dopiero później — wtedy, kiedy uznamy to za stosowne czy potrzebne — zaglądamy do aplikacji i sprawdzamy, co z tych danych faktycznie wynika. Brzmi to banalnie, ale właśnie ta dyskrecja jest tutaj jedną z najważniejszych cech.

Ponad 70 parametrów brzmi efektownie. Po kilku dniach ważniejsze stało się coś innego

Luna Ring 2.0 monitoruje ponad 70 biomarkerów i parametrów. Wśród nich znajdziemy między innymi tętno, HRV, natlenienie krwi, temperaturę ciała, częstotliwość oddechu, poziom stresu, liczbę kroków, aktywność fizyczną czy informacje związane z regeneracją. Do tego dochodzi monitorowanie snu, wykrywanie drzemek, wskazywanie okna kofeinowego, a także funkcje związane z obserwowaniem cyklu menstruacyjnego. Lista jest długa i spokojnie można byłoby z niej zrobić tabelę znacznie wydłużającą optycznie ten tekst, ale po kilku tygodniach korzystania to wcale nie liczba parametrów była dla mnie najważniejsza.

Samo zbieranie danych nie jest dziś żadną sztuką — przecież smartwatche czy inteligentne opaski robią to od lat. Problem zaczyna się później, kiedy otwieramy aplikację, widzimy kilka wykresów, kilka procentów, jakąś zmianę HRV i próbujemy zrozumieć, czy właściwie powinniśmy się tym przejmować. W przypadku Luna Ring 2.0 szybko okazało się, że dużo ważniejsze od samej liczby odczytów jest to, czy aplikacja potrafi nadać im jakiś sens.

I tutaj właśnie AI Coach zrobił na mnie zaskakująco dobre wrażenie. Naprawdę pomógł mi zauważyć i lepiej zrozumieć pewne zależności, a przy bardziej wymagających dniach łatwiej było mi też narzucić sobie sensowniejszy rytm i trochę inaczej podejść do regeneracji. Zamiast tylko patrzeć na wynik snu czy regeneracji, albo próbować odczytywać wykresy z przeglądarką włączoną na laptopie, dostawałem dodatkowy kontekst w formie zwykłej rozmowy z chatbotem, który pomagał mi lepiej zrozumieć, dlaczego danego dnia czuję się tak, a nie inaczej.

Dobrym przykładem są indywidualne okna kofeinowe. Luna może na podstawie danych wskazywać, kiedy warto zakończyć picie kawy, żeby kofeina w mniejszym stopniu wpływała na późniejszy sen. To niby drobna rzecz, ale właśnie takie podpowiedzi sprawiają, że dane przestają być tylko kolejnymi cyframi i zaczynają realnie wchodzić do naszej codziennej rutyny.

Czytaj też: Nowy Casio zmieści się na palcu i ma coś, czego inne smart ringi nie mają

AI Coach naprawdę pomaga, ale w aplikacji udało mi się kilka razy zgubić

Aplikacja Luna jest jednym z ważniejszych elementów całego doświadczenia i generalnie korzystało mi się z niej dobrze. AI Coach faktycznie potrafił wyciągać z danych rzeczy, których sam pewnie bym nie połączył, a im dłużej nosiłem pierścień, tym łatwiej było zobaczyć pewne powtarzalne schematy. Właśnie wtedy Luna Ring 2.0 zaczął mieć dla mnie największy sens — nie jako gadżet do codziennego sprawdzania wyniku snu, ale jako biżuteria w formie narzędzia do obserwowania własnej rutyny w trochę dłuższej perspektywie.

Nie wszystko jest jednak idealne. Synchronizacja danych potrafi czasem trwać odrobinę za długo, a sama aplikacja nie zawsze jest tak intuicyjna, jak bym sobie życzył. Kilka dni temu dostała też sporą aktualizację, która zmieniła niemal cały interfejs i przez chwilę musiałem na nowo przyzwyczaić się do tego, gdzie czego szukać. Nie są to problemy, które dyskwalifikują Luna Ring 2.0, ale przy urządzeniu tak mocno zależnym od aplikacji ergonomia samego software’u naprawdę ma znaczenie.

Brakowało mi też widgetów na iOS i watchOS. Chętnie miałbym możliwość podejrzenia wybranych informacji bez każdorazowego otwierania aplikacji — chociażby poziomu naładowania pierścienia na ekranie głównym iPhone’a albo najważniejszych danych dotyczących snu czy regeneracji na ekranie blokady. Podobny szybki podgląd na Apple Watchu również miałby sporo sensu. Luna z założenia ma przecież wymagać od nas jak najmniej uwagi, więc możliwość sprawdzenia najważniejszych informacji jednym rzutem oka świetnie pasowałaby do całej filozofii tego urządzenia.

Szkoda też, że Luna Ring 2.0 nie można dodać do sieci Apple Find My. To niewielki przedmiot, który łatwo odłożyć podczas ładowania, kąpieli czy treningu i później zapomnieć, gdzie właściwie został. Nie oczekuję oczywiście precyzyjnego lokalizowania pierścienia jak AirTaga, ale możliwość zobaczenia jego ostatniej znanej lokalizacji w aplikacji Znajdź byłaby po prostu praktycznym dodatkiem — szczególnie przy sprzęcie tej wielkości i ceny. Taka funkcja w samej aplikacji co prawda jest, ale mi działała dość różnie.

Czytaj też: Smart ring zamiast smartwatcha? Ten trend nabiera sensu

Po kilku dniach właściwie zapomniałem, że mam go na palcu

Smart ring ma jedną przewagę, której nawet najlepszy smartwatch nie jest w stanie do końca odtworzyć — nie trzeba się nim w ogóle interesować. Zakładamy go rano, śpimy z nim w nocy i możemy właściwie zapomnieć, że mamy na sobie jakąkolwiek elektronikę. Nie ma tarczy, która zacznie świecić przy każdym ruchu nadgarstka, nie ma kolejnych powiadomień z komunikatorów, nie ma wibracji i nie ma pokusy, żeby sprawdzić pogodę, maila czy liczbę wykonanych kroków po raz dziesiąty tego samego dnia.

I tutaj Luna Ring 2.0 wypada naprawdę dobrze. Sam pierścień jest świetnie wykonany i po kilku tygodniach nadal sprawia wrażenie produktu premium, a nie technologicznego gadżetu, który tylko przypadkiem dostał formę biżuterii. To ważne, bo przecież nosimy go przez większość doby i siłą rzeczy cały czas mamy go na widoku. U mnie po kilku dniach zwyczajnie przestał zwracać na siebie uwagę, również podczas snu, a to chyba najlepszy komplement, jaki można dać sprzętowi tego typu.

Luna Ring 2.0 jest dostępny w pięciu wersjach kolorystycznych i różnych rozmiarach. Producent nie zapomina więc, jaką rolę do tej pory pełniły pierścionki i sygnety — i nie traktuje go tylko jako gadżetu technologicznego, ale też jako biżuterię; dodatek, który ma po prostu pasować do codziennego stylu. W praktyce Luna Ring 2.0 próbuje więc połączyć dwa światy — ma wyglądać jak elegancki dodatek, a przy okazji zbierać w tle informacje, które mogą pomóc nam lepiej zrozumieć własne nawyki.

Na zdjęciach możecie zobaczyć Luna Ring 2.0 w czarnym kolorze i rozmiarze 12, natomiast dostępnych wariantów jest więcej, więc można dobrać zarówno kolor, jak i rozmiar do własnych preferencji.

Czytaj też: Tytanowy smart ring z EKG i bez abonamentu? Oto Smalth Titanium Pro

Sizing Kit ma więcej sensu, niż mogłoby się wydawać

Zanim w ogóle zamówimy właściwy Luna Ring 2.0, producent rekomenduje zacząć od Sizing Kitu. To zestaw próbnych rozmiarów, dzięki któremu można sprawdzić, który wariant najlepiej leży na palcu. Wybrany rozmiar należy ponosić przez 24–48 godzin, najlepiej na palcu wskazującym albo środkowym, również podczas snu, a dopiero później zdecydować się na finalny pierścień.

I to nie jest wcale przesadna ostrożność. Palce w ciągu dnia potrafią delikatnie zmieniać obwód, a pierścień musi być jednocześnie wygodny i odpowiednio dopasowany do skóry. Coś, co przez pięć minut wydaje się idealne, po całej nocy może już przeszkadzać — albo zwyczajnie może z palca się ześlizgnąć. Sam Sizing Kit finalnie nie generuje też dodatkowego kosztu, bo po jego zakupie otrzymujemy kod rabatowy, którego wartość pokrywa cenę zestawu pomiarowego oraz wysyłki.

Czytaj też: Samsung nie porzuca swojego pierścienia. Galaxy Ring 2 ma zrobić coś, na co wielu czekało

Niemal tydzień bez ładowania. Luna Ring 2.0 nie szuka desperacko gniazdka

W urządzeniu monitorującym sen i ogólną regenerację bateria jest szczególnie ważna. Najgorszy scenariusz to sytuacja, w której wieczorem zauważamy kilka procent energii i musimy wybierać pomiędzy ładowaniem a utratą całej nocy danych. Luna Ring 2.0 działa od 4 do 7 dni na jednym ładowaniu, a u mnie przez kilka tygodni korzystania sygnet zazwyczaj wytrzymywał 5-6 dni. To wynik, przy którym nie miałem poczucia, że cały czas muszę pamiętać o ładowarce.

Do tego dochodzi przenośne etui ładujące. To pozwala nam dysponować zapasem energii nawet na 30 dni bez konieczności podłączania samego etui do zasilania. W praktyce właśnie takie rozwiązania decydują o tym, czy sprzęt dobrze wpisuje się w codzienną rutynę — a sposób dobrze już znany z dousznych słuchawek bezprzewodowych jest tu bardzo trafionym pomysłem. Jeśli urządzenie ma monitorować coś przez całą dobę, powinno wymagać od nas jak najmniej uwagi.

Czytaj też: Puchnąca bateria w Galaxy Ring posłała właściciela do szpitala

98,2 procent dokładności brzmi imponująco. Ale liczy się też regularność

Sensory zastosowane w Luna Ring 2.0 były certyfikowane w Philips Biosensing Lab i osiągnęły 98,2 procent dokładności w porównaniu z urządzeniami medycznymi. To ważne przede wszystkim dlatego, że pierścień zbiera dane właściwie bez przerwy — w ciągu dnia, podczas aktywności fizycznej i w nocy, kiedy śpimy. Im bardziej regularny jest taki monitoring, tym łatwiej później zobaczyć, jak organizm zachowuje się w dłuższej perspektywie.

Po tygodniu czy dwóch można już zobaczyć, jak zmieniają się sen, regeneracja, poziom stresu, tętno czy HRV i czy pewne schematy zaczynają się powtarzać. U mnie właśnie ta ciągłość miała największe znaczenie, bo poszczególne odczyty zaczynały układać się w bardziej czytelny obraz. Można było zobaczyć, jak organizm reaguje po bardziej intensywnym dniu albo czy kilka spokojniejszych dni z rzędu faktycznie przekłada się na lepszą regenerację. Dane okazały się przydatne właśnie dlatego, że nie były oderwanymi od siebie liczbami.

NIE trzeba tu nic płacić co miesiąc. Brak abonamentu to jedna z największych zalet Luna Ring 2.0

W ostatnich latach coraz więcej urządzeń próbuje sprzedać nam nie tylko sam sprzęt, ale również abonament potrzebny do odblokowania części albo pełnej gamy jego możliwości. W przypadku smart ringa jest to szczególnie irytujące, bo po kilku latach użytkowania koszt subskrypcji zaczyna być całkiem istotną częścią ceny całego doświadczenia — i może nawet przewyższać kwotę, którą zapłaciliśmy za samo urządzenie. A przecież kupując taki sprzęt, płacimy za znajdujące się w nim sensory, więc późniejsze odcinanie pełnego dostępu do generowanych przez nie danych za pomocą subskrypcji nadal wydaje mi się mocno absurdalne.

I tutaj Luna naprawdę mi zaimponowała, bo w Luna Ring 2.0 żadnej dodatkowej opłaty nie ma. Po zakupie pierścienia otrzymujemy dostęp do aplikacji bez konieczności wykupywania kolejnego abonamentu. Użytkownicy iPhone’ów mogą dodatkowo komunikować się z aplikacją przy pomocy Siri oraz połączyć dane z pierścienia z tymi z Apple Health. Ponadto Luna ma oficjalną polską dystrybucję i lokalną obsługę klienta, a pierścień jest objęty 2-letnią gwarancją wymiany.

Czytaj też: Test Samsung Galaxy Ring – opaska sportowa bez ekranu i… kilku innych rzeczy

Luna Ring 2.0 po kilku tygodniach. Czy to ma sens?

Tak. Luna Ring 2.0 nie przekonał mnie dlatego, że na liście funkcji ma ponad 70 parametrów albo dlatego, że potrafi pokazać kolejną statystykę dotyczącą snu. Przekonał mnie dlatego, że po kilku tygodniach nadal miałem poczucie, że dane, które zbiera, faktycznie coś mi dają. AI Coach pomógł mi lepiej zrozumieć kilka rzeczy, łatwiej było mi dostrzec wpływ bardziej wymagających dni na regenerację, a sam pierścień praktycznie przestałem zauważać na palcu.

Nie jest to sprzęt bez wad. Aplikacja mogłaby być bardziej intuicyjna, synchronizacja czasami trwa trochę za długo, a duża aktualizacja interfejsu pokazała mi, jak mocno całe doświadczenie zależy od jakości software’u. Z drugiej strony wykonanie samego pierścienia jest naprawdę bardzo dobre, bateria realnie wystarczała mi na 5–6 dni, etui ładujące świetnie sprawdza się w praktyce, a brak jakiegokolwiek abonamentu po zakupie jest dla mnie ogromnym plusem.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że Luna Ring 2.0 robi swoją robotę bez dokładania kolejnego ekranu do mojego życia. Pierścionek po prostu jest na palcu, zbiera dane, a kiedy chcę się im przyjrzeć, wszystko znajdę w aplikacji. I właśnie dlatego po kilku tygodniach korzystania nadal mam ochotę go nosić — bo zamiast domagać się uwagi, po prostu daje mi dodatkowy kontekst wtedy, kiedy rzeczywiście chcę z niego skorzystać.

Luna Ring 2.0 jest dostępny w kilku wariantach kolorystycznych, a przed wyborem właściwego rozmiaru można skorzystać z Sizing Kitu. Przy zakupie z kodem CHIP13 obowiązuje 13-procentowy rabat. Kod nie łączy sie z innymi promocjami i rabatami, obejmuje też zwrot ceny sizing kitu.

Kacper CembrowskiK
Napisane przez

Kacper Cembrowski

Redaktor Prowadzący
Dziennikarz z wykształcenia, ale przede wszystkim z pasji i wyboru. Zacząłem pisać do internetu w wieku 15 lat — od branży gamingowej płynnie przeszedłem do nowych technologii, z czasem poszerzając je także o motoryzację. Po drodze zacząłem również coraz częściej stawać przed kamerą i za nią. Na co dzień zajmuję się tworzeniem i rozwijaniem treści technologicznych w wielu formach. Piszę artykuły, recenzje, felietony i scenariusze, nagrywam oraz montuję materiały wideo, prowadzę wywiady i realizuję formaty wideo oraz podcastowe. Równolegle rozwijam projekty w mediach społecznościowych. Regularnie relacjonuję najważniejsze targi technologiczne i motoryzacyjne na całym świecie, testuję najnowszy sprzęt oraz samochody, a także pracuję przy współpracach komercyjnych z markami i uczestniczę w procesach sprzedażowych oraz projektowych związanych z mediami i content marketingiem. Od 2020 roku prowadzę również własny podcast. Praca z mikrofonem i kamerą jest dla mnie naturalnym przedłużeniem dziennikarstwa — pozwala opowiadać o świecie nowych technologii, motoryzacji i współczesnej kultury w bardziej bezpośredni sposób. Fascynuje mnie technologia w każdej postaci — szczególnie ta nowoczesna, choć retro sprzęty mają w moim sercu specjalne miejsce (transparentne obudowy zawsze wygrywają). Uwielbiam japońską (pop)kulturę, katalońską piłkę nożną, sprzęty z Cupertino, samochody elektryczne (i najlepiej ze stali nierdzewnej), minimalistyczny design, dystopijny streetwear i anti-fashion, a muzyka towarzyszy mi całą dobę. Najlepiej czuję się w studiu nagraniowym, na planie wideo albo w samolocie.