Amerykanie już w latach 50. rozważali jądrowy wariant czołgu Chrysler TV-8, ale reaktora ostatecznie do prototypu nie wsadzili, a cały projekt został finalnie porzucony. Dziś podobna idea wraca w znacznie bardziej zaawansowanej formie i tym razem nie chodzi jedynie o rozwiązanie problemu tankowania. Chińscy badacze chcą zrobić z ciężkiego pojazdu bojowego prawdziwą elektrownię na gąsienicach, co wbrew pozorom ma ogrom sensu, a dziś nie jest tak szalone, jak przed dekadami.
Najpierw diesel, a dopiero później atom
Koncepcję czołgu z reaktorem atomowym opisali specjaliści z Inner Mongolia First Machinery Group oraz Beijing Institute of Technology w recenzowanej pracy opublikowanej w czerwcu 2026 roku w Acta Armamentarii. Mowa o pojeździe ważącym około 60 ton, ale najważniejsze jest to, że nie mamy tutaj projektu jednego konkretnego czołgu. Badacze zamiast tego rozpisali całą ścieżkę rozwoju technologii aż za 2045 rok.
Czytaj też: Jeden operator i 35 latających kolosów. Gamera chce zastąpić legendarne wojskowe uzbrojenie

Pierwszy etap ma zostać zrealizowany przed 2035 rokiem i wcale nie zakłada reaktora jądrowego. Źródłem energii pozostałby silnik Diesla o mocy około 1500 KM, czyli około 1,1 MW, współpracujący z superkondensatorami i kołami zamachowymi. Taki pojazd dostałby elektromagnetyczne działo (railguna) o mocy 10 MJ i teoretycznym zasięgu około 150 km, a także elektromagnetyczny pancerz o energii 2 MJ. W latach 2035-2045 poprzeczka miałaby powędrować znacznie wyżej.
Za tę dekadę railgun osiągnąłby 20 MJ i zasięg około 300 km, moc dieslowskiego zespołu wzrosłaby do około 2000 KM, czyli niemal 1,5 MW, a na pokładzie znalazłoby się około pięciu ton magazynów energii. Badacze wymieniają akumulatory półprzewodnikowe, nadprzewodnikowe magazynowanie energii oraz inteligentną mikrosieć zarządzającą przepływem prądu. Już ten etap pokazuje, że przyszły “czołg” zaczyna przypominać bardziej mobilny system energetyczno-uzbrojeniowy niż klasyczny wóz z armatą.
Po 2045 roku diesel ma ustąpić reaktorowi
Dopiero trzeci etap robi się naprawdę atomowy. Chińscy specjaliści zakładają zastosowanie chłodzonego ołowiem i bizmutem reaktora o mocy cieplnej około 10 MW. Podkreślam “cieplnej”, bo ma to ogromne znaczenie, jako że nie oznacza to 10 MW energii elektrycznej dostępnej dla działa, silników i całej elektroniki. Sam reaktor miałby zmieścić się w objętości około 2 m³, jego osłony radiacyjne nie mogłyby ważyć więcej niż 3 tony, paliwo wystarczałoby na co najmniej pięć lat, a cały układ musiałby znosić przeciążenia sięgające 30 g.

Upchnięcie tego razem z systemem konwersji energii, chłodzeniem, załogą, pancerzem i uzbrojeniem wewnątrz 60-tonowej maszyny brzmi już jak jedno z tych założeń, przy których cały pomysł zaczyna się rozjeżdżać. Zwłaszcza że nawet przy znacznie bardziej klasycznych reaktorach nowej generacji problemem pozostają materiały i komponenty zdolne pracować przez lata w ekstremalnych warunkach, co dobrze pokazują chociażby testy takich niepozornych elementów, jak czujników dla reaktorów wysokotemperaturowych.
Cały ten wysiłek miałby jednak konkretny cel. Finalne działo elektromagnetyczne osiągałoby energię 50 MJ, rozpędzając pocisk do około 3,5 km/s. Jego teoretyczny zasięg sięgałby wtedy aż 450 km. Przy takim dystansie określenie “czołg” zaczyna zresztą brzmieć coraz dziwniej, bo mówimy raczej o mobilnej artylerii ekstremalnie dalekiego zasięgu.
Reaktor nie rozwiązuje najtrudniejszego problemu railguna
Broń o mocy 50 MJ odpowiada około 13,9 kWh energii, ale w przypadku działa elektromagnetycznego problemem jest czas. Railgun musi bowiem uwolnić tę energię w ekstremalnie krótkim impulsie, więc reaktor nie może po prostu zasilić działa bezpośrednio. Potrzebny pozostaje potężny magazyn energii, kondensatory, elektronika mocy i cały system zdolny przetrwać kolejne gwałtowne rozładowania.
Czytaj też: Pancerz już nie wystarcza. Chiny wsadziły broń przyszłości na swojego pancerniaka Typu 19

Właśnie dlatego podchodzę do deklarowanych 450 km z dużym dystansem. Zwłaszcza że historia mówi swoje. Przykładowo amerykańska marynarka przez lata rozwijała własny railgun o energii rzędu 20-32 MJ, wydała na program od 2005 do 2021 roku około 955 mln dolarów, a ostatecznie zakończyła jego rozwój. Sama fizyka działa… działa. Problem zaczyna się przy trwałości, szybkostrzelności, zasilaniu i próbie zamienienia laboratoryjnego sukcesu w praktyczną broń.
Nie oznacza to zresztą śmierci broni elektromagnetycznej. Wręcz przeciwnie. Niedawno pisałem o amerykańskim Hermesie, który przenosi podobną ideę do znacznie bardziej przyziemnego systemu przeciwko dronom, a Chiny pokazały nawet ręczną broń elektromagnetyczną. Technologia wraca, tylko w wielu różnych skalach i zastosowaniach.
Najciekawszy może nie być sam czołg, a technologia wokół
Mam więc spore wątpliwości, czy w 2046 roku, a nawet grubo po nim, rzeczywiście zobaczymy kolumnę 60-tonowych czołgów z miniaturowymi reaktorami. Problemów jest zwyczajnie zbyt wiele. Chłodzenie, ekranowanie promieniowania, odporność reaktora na trafienia, masa magazynów energii, amunicja i zwykła obsługa maszyny. Nieskończony zasięg napędu również nie daje nieskończonego czasu walki, bo załoga musi odpocząć, części się zużywają, a pociski trzeba kiedyś uzupełnić.
Znacznie ciekawsze wydaje mi się więc coś innego. Reaktor może być tutaj mniej ważny jako “silnik czołgu”, a znacznie ważniejszy jako źródło ogromnej ilości energii dla przyszłej bezzałogowej platformy. Railgun, radar dużej mocy, system walki radioelektronicznej, broń mikrofalowa, laser i aktywna ochrona mogłyby korzystać ze wspólnego energetycznego serca. Wtedy nagle cała koncepcja przestaje wyglądać jak dziwny nuklearny czołg, a zaczyna przypominać próbę odpowiedzi na znacznie ważniejsze pytanie: czym stanie się ciężki pojazd bojowy, kiedy na polu walki energia elektryczna będzie równie cenna jak amunicja?
Może właśnie w tym kierunku trzeba patrzeć na chińską pracę. Nie jak na zapowiedź konkretnej maszyny, która za dwie dekady wyjedzie z fabryki, lecz jako na mapę technologii potrzebnych do zbudowania zupełnie nowej klasy pojazdu.

