Nowy iPad mini w końcu dostał ekran, na jaki zasługiwał
Pamiętam, że kiedy testowałem iPada mini z 2024 roku, największą przyjemność sprawiało mi po prostu… korzystanie z niego. Brzmi banalnie, ale to właśnie wyjątkowe rozmiary tego tabletu stanowią o jego uroku. Uwielbiałem wrzucać go do plecaka przed podróżą, czytać na nim książki w Apple Books, oglądać seriale w samolocie czy zagrywać się w Balatro, nie martwiąc się o baterię iPhone’a. To jeden z tych sprzętów, które nie mają ambicji zastąpienia nam komputera, ale znakomicie uzupełniają cały technologiczny ekosystem.

Największe zastrzeżenia miałem jednak do ekranu. Apple stosowało w nim 8,3-calowy panel LCD, który w 2024 roku trudno było uznać za szczególnie imponujący — zwłaszcza kiedy na co dzień korzystało się z iPhone’ów z OLED-em i znacznie płynniejszym odświeżaniem. Do tego dochodziły naprawdę grube ramki, które sprawiały, że mini wyglądał momentami jak urządzenie z nieco innej epoki.
Teraz w końcu się to zmienia. Nowy iPad mini otrzymał 8,5-calowy wyświetlacz OLED, a dzięki ramkom cieńszym o 24 procent Apple udało się zwiększyć powierzchnię ekranu bez powiększania samego urządzenia. Nowy panel oferuje kontrast 2 000 000:1, obsługę szerokiej gamy kolorów P3 i jasność sięgającą 1200 nitów w szczytowych partiach obrazu HDR. Przy codziennym użytkowaniu jasność całego ekranu wynosi maksymalnie 600 nitów, a minimalna została ograniczona do zaledwie 1 nita. Ten ostatni parametr jest szczególnie istotny dla osób, które uwielbiają czytać książki na iPadzie przed snem — wiem z autopsji.

Jeszcze bardziej cieszy mnie możliwość zamówienia wersji ze szkłem nanostrukturalnym, ograniczającym refleksy światła. Wreszcie! W swojej recenzji ostatniej generacji iPada mini marudziłem, że Apple nie eksperymentuje z matowymi ekranami w tak kompaktowym tablecie. W końcu coś się ruszyło. Szkoda jedynie, że opcję tę zarezerwowano dla konfiguracji z 256 lub 512 GB pamięci, ale hej — jest to poświęcenie, na które jestem gotów.
Czytaj też: Recenzja iPad mini (2024). Ani trochę go nie potrzebujesz, ale i tak będziesz go chciał
OLED jest świetny, ale gdzie podziało się ProMotion?
Niestety, jest pewien problem. Nowy iPad mini, mimo wszystkich zmian, nadal oferuje odświeżanie na poziomie 60 Hz. I tego naprawdę nie potrafię zrozumieć. W recenzji poprzedniej generacji niemal dwa lata temu zwracałem uwagę na to, że po latach korzystania z urządzeń wyposażonych w ekrany 120 Hz przestawienie się na 60 Hz jest zwyczajnie niewygodne i zwyczajnie… trudne. Oczywiście da się z tym żyć, ale w przypadku urządzenia kosztującego kilka tysięcy złotych oczekiwania są po prostu większe. Ekrany z odświeżaniem na poziomie 60 Hz w 2026 roku moim zdaniem po prostu nie powinny już istnieć.

OLED za to zapewni znacznie lepszą czerń, kontrast i ogólną jakość obrazu, jednak nie sprawi magicznie, że animacje staną się równie płynne jak na iPadzie Pro. A przecież właśnie w tak małym urządzeniu, które bardzo często obsługujemy jedną ręką i nieustannie przewijamy na nim treści, wyższe odświeżanie miałoby mnóstwo sensu.

Jest też kwestia słynnego „jelly scrolling”, czyli charakterystycznego falowania obrazu podczas przewijania. Ten efekt irytował mnie w poprzednim iPadzie mini i był jednym z największych problemów jego wyświetlacza. Przejście na OLED daje nadzieję na wyeliminowanie tego zjawiska w dotychczasowej postaci, jednak to będzie dane ocenić dopiero podczas faktycznych testów. Szkoda, bo gdyby Apple zdecydowało się na 120 Hz, nie miałbym się już absolutnie do czego przyczepić w kwestii ekranu.
Czytaj też: Test iPhone 18 Pro. Sztuka doskonalenia rzeczy niemal doskonałej
Nowy iPad mini jest jeszcze cieńszy, lżejszy i odporny na wodę. To robi wrażenie
Zmieniła się również sama konstrukcja. Nowy iPad mini ma zaledwie 5,4 mm grubości, podczas gdy poprzednik mierzył 6,3 mm. Wersja Wi-Fi waży teraz 255 gramów, czyli o 38 gramów mniej niż wcześniejszy model. Na papierze różnica może nie wyglądać spektakularnie, ale w urządzeniu, które często trzymamy w dłoniach przez dłuższy czas, nawet kilkadziesiąt gramów potrafi mieć znaczenie. Apple przygotowało dwa warianty kolorystyczne: północ i księżycową poświatę. Całość prezentuje się niezwykle elegancko, chociaż trochę szkoda, że firma z Cupertino ograniczyła wybór względem poprzednika, dostępnego również w niebieskim i fioletowym wykończeniu.
Największym zaskoczeniem jest jednak odporność na wodę i pył zgodnie z normą IP67. Oznacza to ochronę przewidzianą między innymi na zanurzenie na głębokości do jednego metra przez maksymalnie 30 minut w warunkach laboratoryjnych. Nie traktowałbym tego oczywiście jako zaproszenia do zabierania iPada pod wodę, zwłaszcza że Apple nie obejmuje uszkodzeń spowodowanych cieczą standardową gwarancją. W codziennym użytkowaniu zapewni to jednak znacznie większy spokój.

I ponownie wracamy do tego, czym iPad mini właściwie jest. Dla mnie to idealny towarzysz podróży. Urządzenie, które wyciągam z torby w pociągu, samolocie czy podczas weekendowego odpoczynku na tarasie… ale to w cieplejszych miesiącach, nie teraz. Większa odporność na przypadkowy kontakt z wodą zwyczajnie do niego pasuje.
Apple nadal zdecydowało się na czytnik Touch ID zintegrowany z przyciskiem zasilania. Jako, że Face ID nie trafiło jeszcze do iPadów Air, decyzja ta specjalnie mnie nie zaskakuje — ale nadal utrzymuję, że przyzwyczajenie do rozpoznawania twarzy sprawia, że przykładanie palca do przycisku jest coraz mniej intuicyjne. To jednak kwestia osobistych preferencji.
Czytaj też: Test iPhone 17e. To nie jest telefon dla mnie, ale Apple i tak ma tu murowany hit
A20 Pro daje nowemu iPadowi mini ogromne możliwości
Wewnątrz urządzenia znalazł się chip A20 Pro, wykonany w 2-nanometrowym procesie technologicznym. Apple deklaruje nawet 60-procentowy wzrost wydajności wielowątkowej CPU, do 2,7 raza wyższą wydajność graficzną i nawet 4,5-krotne przyspieszenie zadań związanych ze sztuczną inteligencją względem poprzedniej generacji.
To naprawdę imponujące liczby, chociaż już iPad mini z A17 Pro był dla mnie urządzeniem wystarczająco wydajnym do zdecydowanej większości zadań. Podczas korzystania z Apple Books, oglądania filmów czy grania w produkcje z App Store nie miałem poczucia, że potrzebuję znacznie mocniejszego procesora. Ale dodatkowa moc zawsze jest mile widziana, szczególnie z perspektywy kolejnych lat użytkowania, więc zdecydowanie akurat na ten ruch narzekać nie można. Nowy układ oferuje siedmiordzeniowy procesor graficzny z akceleratorami Neural Accelerator, sprzętowe wsparcie ray tracingu i znacznie większą przepustowość pamięci. To otwiera drogę do bardziej wymagających gier, zaawansowanej obróbki grafiki i lokalnego przetwarzania modeli AI.

Ciekawostką jest również to, że Apple zróżnicowało konfiguracje procesora zależnie od pojemności pamięci. Warianty 128 i 256 GB otrzymały pięciordzeniowy CPU i 16-rdzeniowy Neural Engine, natomiast wersja 512 GB dysponuje sześciordzeniowym CPU oraz podwójnym, 16-rdzeniowym systemem Neural Engine. Oznacza to, że wybór droższej konfiguracji zapewnia nie tylko więcej miejsca na dane, ale również większą wydajność obliczeniową.
O chipie A20 Pro rozpisałem się dość długo w teście iPhone’a 18 Pro, więc jeśli jesteście zainteresowani tym, jak ten układ sprawdza się w praktyce — gorąco Was tam odsyłam.

Oczywiście iPad mini działa pod kontrolą iPadOS 27, a Apple bardzo mocno podkreśla możliwości nowej generacji Apple Intelligence oraz Siri AI. W tym miejscu warto jednak ostudzić entuzjazm — nowa Siri AI pozostaje niedostępna na iPadach z iPadOS 27 w Unii Europejskiej, a Apple nie podało konkretnego terminu jej udostępnienia. Sam sprzęt jest więc przygotowany na nowe rozwiązania, ale nie ze wszystkich zapowiadanych funkcji skorzystamy w Polsce.
Ciekawą nowością ma być też obsługa rozszerzonego pulpitu na zewnętrznym monitorze, zapowiedziana na iPadOS 27.2. To krok w stronę poważniejszej wielozadaniowości. Nadal jednak uważam, że próba zrobienia z iPada mini pełnoprawnego komputera mija się trochę z sensem jego istnienia. Do takich zadań zdecydowanie wolę większego iPada Air lub Pro. Lepiej jednak mieć taką opcję, niż jej nie mieć.
Nowe głośniki, szybsze ładowanie i kilka praktycznych udogodnień
Apple wprowadziło także rozwiązanie Acoustic Display, które wykorzystuje specjalnie zaprojektowane przetworniki niskotonowe współpracujące z wyświetlaczem i głośniki wysokotonowe ukryte między szkłem a aluminiową obudową. Ma to zapewniać pełniejsze brzmienie, głębszy bas i większą głośność. Jestem bardzo ciekawy, jak sprawdzi się to w praktyce. W końcu iPad mini często służy właśnie do oglądania filmów i seriali, a niewielkie wymiary urządzenia stanowią spore wyzwanie dla systemu audio. Jeśli Apple rzeczywiście udało się poprawić brzmienie bez zwiększania obudowy, będzie to — zakładam — jedna z bardziej niedocenianych zmian tej generacji.

Przednia kamera Center Stage o rozdzielczości 12 MP została umieszczona na dłuższej krawędzi tabletu, co jest zdecydowanie rozsądniejszym rozwiązaniem podczas wideorozmów w orientacji poziomej. Z tyłu znajdziemy aparat 12 MP nagrywający wideo 4K przy maksymalnie 60 klatkach na sekundę, z nowym adaptacyjnym fleszem True Tone.
Do tego dochodzi autorski układ Apple N1 obsługujący Wi-Fi 7, Bluetooth 6 i Thread, a w wersjach komórkowych również modem C2. Apple zapowiada nawet o 50 procent szybszą transmisję danych przez sieć komórkową względem poprzednika.

Nie zabrakło też szybkiego ładowania. Z wykorzystaniem zasilacza USB-C o mocy co najmniej 35 W tablet może odzyskać do 50 procent energii w około 30 minut. Deklarowany czas pracy pozostał jednak na poziomie maksymalnie 10 godzin przeglądania internetu przez Wi-Fi lub oglądania wideo.
Nowy iPad mini nadal współpracuje z Apple Pencil Pro oraz Apple Pencil USB-C, co z pewnością docenią osoby lubiące odręczne notatki, szkicowanie czy rysowanie. Szczególnie wsparcie dla bardziej zaawansowanego rysika cieszy, bo pozwala korzystać z jego pełnych możliwości również na najmniejszym tablecie Apple. Ciekawie zapowiada się również odświeżone etui Smart Folio z tkaniny TechWoven i nową, regulowaną konstrukcją. Poprzednie Smart Folio, z którego korzystałem, miało jedną irytującą przypadłość — podstawka nie była szczególnie stabilna, przez co tablet lubił się przewracać. Mam nadzieję, że nowe rozwiązanie rzeczywiście poprawia tę sytuację.

Czytaj też: Apple HomeView jest piękny, inteligentny i zaskakująco przemyślany. Tak wygląda przyszłość domu?
iPad mini i iPhone Duo mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać
Tegoroczna premiera iPada mini jest szczególnie interesująca z jeszcze jednego powodu. Dosłownie kilka dni wcześniej do sprzedaży trafił iPhone Duo, czyli pierwszy składany smartfon Apple. I trudno nie zauważyć, że oba urządzenia reprezentują bardzo podobny kierunek rozwoju — na to zwróciło uwagę nawet samo Apple, które pokazało… kulisy powstania Duo.
Pierwszy w historii składany iPhone po rozłożeniu oferuje 7,6-calowy wyświetlacz, a nowy iPad mini ma ekran o przekątnej 8,5 cala. Oba korzystają z paneli OLED, procesorów z rodziny A20 Pro i stawiają na możliwie smukłą konstrukcję. W obu przypadkach pojawia się też nanostrukturalna powierzchnia ekranu, ograniczająca odblaski.
Można więc zadać sobie pytanie, czy składany iPhone nie odbierze najmniejszemu iPadowi części jego sensu istnienia… albo odwrotnie? W końcu sam wielokrotnie chwaliłem mini właśnie za możliwość wygodnego konsumowania treści na ekranie większym niż w smartfonie, ale znacznie mniejszym niż w klasycznym tablecie. iPhone Duo próbuje zapewnić bardzo podobne doświadczenie, tyle że w urządzeniu mieszczącym się w kieszeni.

Moim zdaniem oba produkty nadal mają jednak swoje miejsce. iPhone Duo jest propozycją dla osób, które chcą mieć jeden sprzęt do wszystkiego. iPad mini pozostaje bardziej klasycznym tabletem, zapewniającym większy, zawsze dostępny ekran, system iPadOS i obsługę Apple Pencil. Do tego nie musimy wybierać między czytaniem książki a korzystaniem z telefonu, bo są to dwa niezależne urządzenia.
Mam wręcz wrażenie, że tegoroczne premiery pokazują zmianę w podejściu Apple do kompaktowej elektroniki. Firma pod batutą Johna Ternusa coraz mocniej eksperymentuje z tym, jak zaoferować możliwie dużą przestrzeń roboczą w możliwie niewielkiej konstrukcji. I bardzo mi się ten kierunek podoba.
Czytaj też: iPhone Duo oficjalnie. Apple właśnie zaczęło nową erę składanych smartfonów
Nowy iPad mini jest świetny. Jego cena już trochę mniej
Pozostaje kwestia ceny, która może okazać się największą przeszkodą dla wielu zainteresowanych. Nowy iPad mini startuje w Polsce od 3499 zł za wersję Wi-Fi z 128 GB pamięci, natomiast wariant Wi-Fi + Cellular kosztuje od 4299 zł. Przedsprzedaż rozpocznie się 28 października, a urządzenie trafi do sklepów 6 listopada.
Dla porównania, poprzednia generacja debiutowała w Polsce za 2599 zł w podstawowej konfiguracji. Mówimy więc o wzroście ceny o 900 zł, czyli naprawdę sporym przeskoku, nawet biorąc pod uwagę wszystkie ulepszenia.

Oczywiście nowy iPad mini jest urządzeniem znacznie bardziej zaawansowanym. OLED, cieńsza konstrukcja, większa odporność na wodę, nowy system audio i mocniejszy procesor sprawiają, że tegoroczna aktualizacja jest czymś znacznie więcej niż rutynową wymianą podzespołów. Trudno jednak zignorować fakt, że za cenę podstawowego mini można rozważać zakup znacznie większego tabletu.
I tutaj ponownie wracamy do pytania, które zadawałem sobie podczas testowania poprzednika. Czy naprawdę potrzebujemy iPada mini? Prawdopodobnie nie. Zwłaszcza jeśli mamy już dobrego iPhone’a, MacBooka czy większego iPada. Ale w tym urządzeniu nigdy nie chodziło wyłącznie o racjonalność zakupu. To sprzęt, który kupuje się dla konkretnego sposobu korzystania z technologii. Dla wygody czytania, oglądania filmów, grania i podróżowania. Dla przyjemności płynącej z posiadania niewielkiego, świetnie wykonanego tabletu, który zawsze można mieć pod ręką.

Nowa generacja ma wszelkie predyspozycje, żeby robić to jeszcze lepiej. Najbardziej cieszy mnie fakt, że Apple wreszcie potraktowało linię mini poważnie i zdecydowało się na prawdziwą modernizację.
Po tym, jak polubiłem poprzednika, zdecydowanie chciałbym nowemu mini dać szansę. I choć cena oraz brak ProMotion nieco studzą mój entuzjazm, trudno ukryć, że Apple ponownie stworzyło urządzenie, na którego widok mam ochotę sięgnąć po portfel. A to chyba najlepiej pokazuje, na czym polega fenomen iPada mini.
Źródło: Apple

